Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Parę słów o transporcie miejskim w Peru - relacja redaktora JM z podróży

50 176  
320   26  
Jakiś czas temu opowiedziałem wam, jak wygląda przemieszczanie się pomiędzy peruwiańskimi miastami. Gorsze od kilkudziesięciu godzin miażdżenia kolan siedzeniami i sporego prawdopodobieństwa, że autokar runie w otchłań andyjskich przełęczy jest tylko jedno – transport miejski.

Istnieją cztery typy pojazdów, którymi możemy dotrzeć do celu. Pierwszy tu autobusy. Do diaska, cóż za niespodzianka! Wiedzcie jednak, że nie są to jakieś wypasione krążowniki szos. Autobusy, o których mowa to zazwyczaj wehikuły, które spokojnie mogłyby się znaleźć w muzeum motoryzacji. Kopcące kobyły z drzwiami otwieranymi za pomocą wielkiej korby naprawdę robią wrażenie.


Każda maszyna ma w swoim zaopatrzeniu kierowcę i nawoływacza. Co robi ten ostatni? Ano, nawołuje. Najczęściej wygląda to tak, że gość wisi w otwartych drzwiach i drze japę wymieniając po kolei kolejne ulice, przez które autobus będzie się przetaczał.


Ponadto to właśnie do tych dużych pojazdów oprócz pasażerów wsiadają też kreatywni żebracy, którzy proszą państwa o ciszę, albowiem chcą coś ważnego zakomunikować. „Zmarła mi żona, wyszedłem z więzienia, mam chorą okrężnicę, Bóg mnie opuścił, dajcie no piątakaaaa...” - to jest standardzik, który nikogo już specjalnie nie rusza. Dlatego też sprytni Peruwiańczycy chwytają się innych, bardzo zaskakujących sposobów wyciągnięcia kasy z kieszeni umęczonych podróżnych.


Widziałem już raperów nawijających pod odtwarzane z magnetofonów bity, były też dzieciaki grające na grzebieniach, iluzjoniści, sprzedawcy leków na raka, czy nawet śpiewacy operowi. Jednak wszystkich tych artystów przebił chłopak, który wpakował się do pojazdu z gitarą elektryczną i piecykiem. Gość nie wydał ze swojego instrumentu nawet jednego fałszywego dźwięku, gdy fruwał bezwładnie po autobusie odbijając się od pasażerów, ścian, rurek i poręczy. Dziwię się, że facet nie pomyślał o przywiązywaniu się do tych ostatnich paskiem – oszczędziłby sobie siniaków.


Na ulicach peruwiańskich miast najwięcej jest jednak colectivos, czyli małych busików. Zasada jest podobna jak w przypadku autobusów. Jest jeden kierowca i jeden nawoływacz (który w tym przypadku pełni też rolę „upychacza”). Te małe gówienka, oprócz niewygodnych siedzeń, dziur w podłogach i przaśnych obrazków z Jezusem nadających wnętrzu nieco bardziej mistycznego klimatu, charakteryzują się jeszcze jedną cechą – mają nieskończoną pojemność.


Peruwiańskie feng-shui, czyli sztuka upychania ludzi do colectivo to chyba jedna z umiejętności, którą potencjalni pracownicy muszą wykazać się na egzaminie państwowym. Mówi się, że pomiędzy idealnie oszlifowane kamienie, z których Inkowie konstruowali swoje majestatyczne budowle nie sposób włożyć nawet cienkiej karty kredytowej*. Podobnie jest w przypadku pasażerów peruwiańskich busików. Każdy milimetr przestrzeni wypełnia kawałek Peruwiańczyka.

* KŁAMSTWO!



Do tego kierowcy colectivos to prawdziwi psychopaci, którzy za nic mają ludzkie życie. Rozpędzają te rozpadające się szroty do dużych prędkości, jeżdżą pod prąd, wymuszają pierwszeństwo i potrafią wdać się w awantury z kierowcami innych busików, którzy śmiali bezczelnie zajechać im drogę. Do niedawna colectivos zatrzymywały się w dowolnym miejscu, gdy tylko nawoływacz zlokalizował potencjalnego pasażera. Jeśli zaszła taka potrzeba, wehikuł potrafił zahamować pośrodku skrzyżowania. Obecnie jednak za takie zachowania grozi mandat, więc kierowcy są troszkę ostrożniejsi.


Taxi-cholo to kolejny rodzaj pojazdu, który można spotkać w każdym peruwiańskim mieście. Małolitrażowe motorki nie wszędzie jednak mają prawo wjechać. W niektórych miejscach obowiązuje zakaz przemieszczania się tymi cudeńkami. Najczęściej są to chińskie, tanie motocykle o malutkim, słabym silniczku (przy dużym balaście potrafią mocno zamulić i należy im pomóc odpychając się od ziemi nogą).
W przeciwieństwie do autobusów i colectivos, tu już trzeba się targować. Cenę ustala się bowiem przed podróżą. Na widok białego gringo o twarzy naiwnego jełopa, kierowca najczęściej zaproponuje za kilkukilometrową podróż równowartość domu z garażem. Dlatego warto choćby odrobinę znać język hiszpański i wywalczyć sobie uczciwą stawkę. W rzeczywistości przejazdy tymi mikro-taksówkami są śmiesznie tanie.


Należy jednak pamiętać, że Peruwiańczycy mieszkający na prowincji to ludzie troszkę wolniej myślący niż my. I absolutnie nie chciałbym sugerować, że poza Limą wszyscy są potężnie zamulonymi głupkami. Nie. Tym ludziom po prostu nigdy się nie spieszy. Ponadto charakteryzują się olewczym stosunkiem do każdego aspektu życia, wliczając w to swoją pracę. W efekcie możemy zostać na przykład wywiezieni w zupełnie inne miejsce niż to, do którego chcieliśmy dotrzeć. Bo tak.


Fajne natomiast jest to, że właściciele moto-taksóweczek najczęściej posiadają dużą wiedzę na temat miasteczka, w którym pracują. Jednym słowem – znają miejsca i znają ludzi. Szukasz taniego hotelu? Zagadaj do taksówkarza. A może węszysz za jakimiś, niekoniecznie legalnymi, rozrywkami? Spoko – mały Pablito zadzwoni gdzie trzeba. Ci goście to prawdziwa kopalnia cennej wiedzy, więc zatrzymując się na dłużej w jakiejś peruwiańskiej dziurze warto zaskarbić sobie zaufanie jednego z takich chłopaków.


Oczywiście każde większe miasto roi się też od klasycznych taksówek. W samej Limie jest ich grubo już ponad 230 tysięcy! Wśród nich prym wiodą niemiłosiernie poobijane Tico z drzwiami trzymającymi się na sznurek bądź trytytkę. Te małe popierdółki zazwyczaj zaopatrzone są też w chałupniczo wykonaną instalację gazową. Czasem też samochód pada ofiarą wiejskiego tuningu. A musicie wiedzieć, że zarówno kierowcy busików, jak i moto-taksówek i klasycznych „złotówek” uwielbiają zamieniać swoje pojazdy w mobilny odpowiednik choinek bożonarodzeniowych. Niemało też na ulicach przyrdzewiałych, wyklepanych szrotów, które kiedyś były naprawdę pięknymi, klasycznymi wozami.



Jak w ulicznym chaosie odnajduje się zwykły pieszy? Cóż, jeśli uważasz, że polskim kierowcom brakuje kultury w stosunku do osób, które chcą przedostać się na drugą stronę jezdni, to powinieneś przejechać się do Peru. Ci ludzie nie zdejmują nogi z gazu, nawet gdy pieszy leży już, rozmaślony niczym mucha, na masce. Przez ulicę się więc nie przechodzi. Przez ulicę się przebiega, wcześniej dokładnie kalkulując każdy krok. Dotyczy to też miejsc z sygnalizacją świetlną. Im szybciej znajdziemy się po drugiej stronie, tym lepiej dla nas.


I jeszcze parę słów o klaksonach. W Peru mają one bowiem zupełnie inne zadanie niż w innych krajach świata. Mianowicie służą do napierdalania. Dźwięk klaksonu dudni człowiekowi w głowie jeszcze długo po powrocie do Polski. Trąbią wszyscy i na wszystko. Chodnikiem przechadza się fajna sucz? Napierdalaj w klakson! Chcesz wymusić pierwszeństwo i pragniesz powiadomić o swoim zamiarze innych kierowców? Klakson, hijo de puta! Nudzi ci się? Jeb w klakson! Staruszka przetacza się powoli przez pasy? Gaz w podłogę. Na pewno w ostatniej sekundzie wykaże się fizyczną sprawnością i wykona efektowny sus połączony z podwójnym saltem w tył.


Problem trąbiących kierowców jest tak duży, że władze wielu miast rozpaczliwie ustawiają znaki nakłaniające uczestników ruchu drogowego do cichej i kulturalnej jazdy. Oczywiście nie zdaje to żadnego rezultatu.

Natomiast sami kierowcy muszą zmagać się ze złodziejami. Podbiegające do aut dzieciaki, które wyrywają telefony z rąk siedzących wewnątrz osób to nic w porównaniu z bandziorami, którzy zachowują się niczym bohaterowie gry GTA. Jeden z moich kuzynów, stojąc kiedyś swoim Jeepem na światłach, miał nieprzyjemność poczuć zimną lufę spluwy przyłożonej mu do czoła. Samochód musiał czym prędzej oddać nowemu właścicielowi.
Swego czasu ofiarami złodziei padali też kierowcy z „zimnymi łokciami”. Małolaty wyczaiły, że gdzieś tam na końcu ramienia często znajduje się zegarek. Kiedy samochód stał na światłach, gówniarze podchodzili do ofiary. Jeden chwytał ją za wystawioną przez okno kończynę, a drugi w ciągu ułamków sekund zrywał z nadgarstka cenny łup. O procederze zrobiło się na tyle głośno, że sprytni kierowcy zaczęli zakładać zegarki na prawą rękę. Czy to powstrzymało małych bandytów? Oczywiście, że nie. Zmieniła się tylko taktyka. Szczyle łapały pozbawione przyszłego trofeum ramię, a następnie przypalały je papierosem. W naturalnym odruchu ofiara chwytała się za oparzone miejsce, jednocześnie wyciągając w stronę złodziei rękę z zegarkiem, który oczywiście momentalnie znikał z nadgarstka.


Na podróżniczych forach internetowych Peru figuruje jako miejsce, gdzie ruch uliczny jest nazywany „sportem ekstremalnym”. Ostatecznie idzie się jednak do tej dżungli jakoś przyzwyczaić. Jak dziecko człowiek uczy się zachowania w nowym środowisku i po jakimś czasie wszystkie „atrakcje” związane z dramatycznymi próbami przeżycia na peruwiańskiej ulicy zaczynają już trochę mniej przeszkadzać.
6

Oglądany: 50176x | Komentarzy: 26 | Okejek: 320 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

21.09

20.09

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało