Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

7 filmowych sequeli, które nigdy nie powinny powstać

135 663  
385   36  
Kiedy film osiągnie sukces, a kieszenie producentów napełnią się ciężkimi szeklami, oczywiste jest, że prędzej czy później nakręcona zostanie druga część, która ściągnie do kin tyle samo, albo i więcej, widzów.

Czasem jednak zdarza się tak, że do tworzenia sequela zabierają się filmowcy, którzy nie posiadają praw do tego tytułu i w bezczelny sposób usiłują zbić hajs na famie pierwowzoru. Najczęściej powstają wówczas tragicznie złe produkcje, które po latach osiągają status kultowych.

#1. Terminator 2

Zanim James Cameron stanął za kamerą drugiej odsłony swojego dzieła z 1984 roku, ubiegli go Włosi, którzy w tamtym czasie osiągnęli mistrzostwo w bezczelnym kopiowaniu amerykańskich filmów. Mimo że powstały dwa lata przed oryginalnym „Terminatorem 2” film ma tytuł (a nawet i okładkę swojego wydania na VHS) sugerujący, że mamy do czynienia z powrotem T-800, to tak naprawdę dzieło to ma tyle niewiele wspólnego z oryginałem. Jest to natomiast zżyna z… innego filmu Jamesa Camerona. Mowa o „Obcym”!



Aby uniknąć sądowych pozwów, w USA dzieło to wydane zostało pod tytułem „Schocking Dark”. Ta koszmarna podróba znalazła jednak swoich, rozmiłowanych w kiczu, fanów. I to właśnie dla nich w 2006 roku wydano odświeżoną wersję włoskiego „Terminatora 2” w podwójnym zestawie wraz z nakręconą przez tego samego reżysera (Bruna Mattei) drugą częścią „Goonies”!

#2. Obcy 2

A skoro już mowa o niechcianym pasażerze Nostromo, to warto przytoczyć inną, włoską produkcję pt. „Alien 2” (jakże by inaczej!). Oczywiście film ten powstał zanim Amerykanie zabrali się za kręcenie oficjalnej, drugiej części dzieła Ridleya Scotta.



Włoska podróba to niskobudżetowy gniot pełen sztucznych flaków i niemniej sztucznego seksu. Trzeba jednak przyznać, że twórcy tej perełki zadbali o to, aby posiadacze praw do pierwowzoru, nie wkurzali ich pozwami sądowymi. Kiedy więc przedstawiciele 20th Century Fox otworzyli tylko usta, aby wyrazić swoje oburzenie, włoscy filmowcy zaczęli podkreślać, że ich dzieło jest niczym innym, jak ekranizacją napisanej w 1930 roku powieści pt. „Alien”. Szach, mat – tym razem, dzięki sprytnemu fortelowi, Włochom dopisało szczęście.


#3. Easy Rider: Ride Back

Mimo że absolutnie żaden z autorów słynnego dzieła sprzed lat nie chciał nawet słyszeć o współtworzeniu drugiej części „Swobodnego jeźdźca”, to jego reżyser jakimś cudem zdobył i zabezpieczył prawa do tego tytułu. Dzięki temu film, który nakręcił jest oficjalną, drugą częścią produkcji z 1969 roku!



Zresztą twórcy tego półamatorskiego gniotu stawali na głowach, aby upchnąć do tej produkcji możliwie jak najwięcej odniesień do oryginału. Ba, nawet bohater tego filmu jest wyraźnie wzorowany na Peterze Fondzie (trudno się dziwić – w końcu postać ta to jego filmowy brat!).
Producent i scenarzysta nowego „Easy Ridera” - Phil Pitzer prosił zresztą wspomnianego Petera Fondę o błogosławieństwo. Nie tylko go nie otrzymał, ale i wysłuchać musiał długich, rozpaczliwych błagań, aby odstąpić od pomysłu kręcenia "Easy Ridera 2". Nie posłuchał. Na szczęście litościwi okazali się dystrybutorzy. Dzięki temu zhańbiony sequelem jeździec nigdy do nas nie dojechał…

#4. Mój brat Borat

Mieszkańcy Kazachstanu długo nie mogli dojść do siebie, po tym jak Sacha Baron Cohen przedstawił ich ojczyznę jako zapyziałą dziurę pełną prymitywnych wąsaczy o aparycji wiejskiego głupka. Aby podbudować sobie utraconą reputację, kazachscy filmowcy nakręcili drugą, nieoficjalną, część Borata, w której to do jego ojczyzny przyjeżdża Amerykanin.



Oczywiście szybko okazuje się, że Kazachstan jest krajem czystym i nowoczesnym, a jego mieszkańcy to wspaniali, inteligentni i gościnni ludzie. Wyjątkiem jest brat Borata, Bilo – pechowiec, który to zostaje zgwałcony przez osła i zachodzi w ciążę. Koniec końców okazuje się jednak, że obaj bracia nie są wcale Kazachami, ale… rumuńskimi Żydami. Kurtyna.

#5. Wszystkie kolejne części „Night of the living dead”

W tym wypadku chodzi tu nie tyle o kolejne części tego klasycznego horroru Georga Romero, ale o ogólne prawa do tworzenia filmów z „living dead” w nazwie.



Zauważyliście, że produkcje o takich tytułach mnożą się, jak bezrobotni na 500 plus? Winą za to obarczyć trzeba producentów oryginału, którzy z jakiegoś powodu zamiast zabezpieczyć prawa do nazwy, pod którą film był dystrybuowany, zastrzegli tytuł „Night Of The Flesh Eaters”. W tej sytuacji właściwie każdy mógł bez obawy nakręcić drugą część, czy nawet remake dzieła z 1968 roku!
I tak też się stało – powstało ok. 256 filmów odwołujących się do tego klasycznego horroru. Zresztą sam George Romero nakręcił z 5 kolejnych filmów o żywych trupach.

#6. Szczęki 5

Po nakręceniu niesławnej, czwartej odsłony przygód o rekina terroryzującego zblazowanych urlopowiczów z nadmorskiego kurortu, nikt nie odważył się już kolejny raz zabierać za kręcenie kolejnych części „Szczęk”. Przypomnijmy – produkcja ta była tak bardzo zła, że związek zawodowy rekinów wydał swój oficjalny protest przeciw twórcom tego badziewia.
A jednak wiele lat po powstaniu tego koszmaru, grupka japońskich filmowców odważyła się podjąć wyzwania i tak właśnie w 2009 roku światło dzienne ujrzały „Szczęki 5” (zwane także "Szczękami w Japonii" . W dziele tym wykorzystano nawet niektóre ujęcia z poprzednich części.



Twórcy oryginału momentalnie wytoczyli twórcom japońskiej podróby sprawę sadową zmuszając ich do zmiany tytułu. Mimo że późniejsze wydania filmu zwą się więc „Psycho Shark”, wielu kinomanów z Kraju Kwitnącej Wiśni (i tryskającego bukkake) wierzą, że jest to oficjalna, piąta część rozpoczętej przez Spielberga sagi.

A tak to cudo wyglądało w praktyce:


#7. Nigdy nie mów nigdy

W 1971 roku nakręcono ostatnią część przygód agenta 007, w której zagrał Sean Connery. Miejsce szkockiego aktora zajął Roger Moore. Nieoczekiwanie jednak Connery po dwunastu latach powrócił do swej roli. Mało tego – film, w którym zagrał nie jest oficjalną częścią serii o agencie Jej Królewskiej Mości. Jak do tego doszło?



Wszystko zaczęło się w 1961 roku, kiedy Ian Fleming, autor powieści o Jamesie Bondzie, razem z producentem Kevinem McClorym i scenarzystą Jackiem Whittinghamem pracował nad fabułą filmu o 007.
Tytuł tej produkcji miał brzmieć „Longitude 78 West”. Ostatecznie nic z tego nie wyszło. Pisarz zebrał więc wszystkie pomysły, nad którymi panowie wspólnie główkowali i upchnął je w książce pt. „Operacja piorun”. McClory mocno się wkurzył. Wytoczył więc Flemingowi sprawę sadową. I wygrał ją! W ten sposób zdobył prawa do realizacji filmu na jej podstawie.



Po zakończeniu prac nad produkcją „Diamenty są wieczne” Connery przysięgał, że już nigdy nie wcieli się w postać Bonda. Ostatecznie dał się jednak przekonać i w 1983 roku zagrał w tym dziwnym filmie, będącym remakiem „Operacji piorun”, w którym sam przecież pojawił 17 lat wcześniej!
Tytuł „Nigdy nie mów nigdy” wymyśliła żona aktora, złośliwie odnosząc się do zaklinań męża, że nie wróci już do roli 007.
Mimo że fani Bonda po raz kolejny mogli zobaczyć na ekranie Connery’ego (z tandetnie dolepionym tupecikiem) nigdy nie uznali tej produkcji za kanoniczną część serii. Nie byli też zachwyceni tym, że ich ulubieniec dostał pomocnika w postaci… Jasia Fasoli.



Źródła:1,2,3,4
10

Oglądany: 135663x | Komentarzy: 36 | Okejek: 385 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

17.10

16.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało