Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Olimpijczycy w anegdocie

15 258  
2   14  
Wejdź do Monster Galerii!

Wielkich sportowców pamiętamy najczęściej z ich osiągnięć, z heroicznej walki o medale. Tymczasem bywali oni także bohaterami wielu zabawnych sytuacji.

DOCIEKLIWY
Olimpijczyk z Berlina, pływak Kazimierz Bocheński, w dzieciństwie znany był z dociekliwości. Nauczyciel wychowania fizycznego, by zachęcić chłopców do pływania, opowiedział im, jak w starożytnym Rzymie Cyceron przepływał trzy razy Tybr, by nabrać tężyzny i dobrego samopoczucia przed obradami rzymskiego senatu.
- Chyba dwa albo cztery razy - poprawił nauczyciela rezolutny chłopak.
- Dlaczego akurat dwa albo cztery, Kaziu? - zapytał nauczyciel. - Cycero miał ochotę na trzy razy i to mu wystarczało.
- W takim razie musiał chodzić do senatu na golasa, bez zostawionych na drugim brzegu rzeczy.

ZAPOMNIELI
Adam Królikiewicz kończył szkoły jeździeckie we Włoszech, w sławnych ośrodkach Pinerolo i Tor di Quin-to. Włoszki szalały za przystojnym polskim oficerem. A polska kawaleria zawsze była znana z rycerskości wobec dam. Podczas jakiegoś przyjęcia w gronie paru przyjaciół i... przyjaciółek Królikiewicz wypił iście po kawaleryjsku odrobinę za dużo i nieostrożnie się... oświadczył. Nazajutrz z niepokojem podpytywał adorowaną wcześniej wybrankę serca:
- Wybacz, ale wczoraj się tobie oświadczyłem i zapomniałem, czy powiedziałaś "tak", czy "nie".
- Wybacz, ale nie pamiętam, co odpowiadałam, gdyż wszyscy po kolei mi się oświadczaliście - odparła z przekąsem dziewczyna.

KROWA TO JEDNAK NIE ROWER

Małego Józefa Nojego ojciec wziął do miasteczka, gdzie w miejscowym sklepie z artykułami żelaznymi rozważał zakup roweru. Wahającego się rolnika sprzedawca usiłował przekonać:
- Rower może się zawsze przydać, czy to na zakupy, czy do jazdy do gminy lub na pocztę.
- No, nie wiem - mruknął wieśniak. - Raczej zdecyduję się na nową krowę.
- Ha, ha! - zaśmiał się ironicznie sprzedawca. -Na krowie ani po zakupy, ani do gminy nikt nie pojedzie.
- No tak, ale rower nie da nam mleka - wtrącił przysłuchujący się temu dialogowi mały Józek.
Niewykluczone, że właśnie ten przypadkowy dialog w sklepie żelaznym skłonił Nojego raczej do lekkoatletycznych biegów niż kolarstwa.

JAK DZIELIĆ SIĘ SANKAMI Z BRATEM
Tadeusz Kuchar, znany lekkoatleta, piłkarz i współ-założyciel Polskiego Komitetu Igrzysk Olimpijskich, w dzieciństwie ubóstwiał zjeżdżanie na sankach. Pewnego razu matka nakazała mu, by przykładnie dzielił się sankami pół na pół z młodszym bratem Wackiem, później również wybitnym i wszechstronnym sportowcem. Tymczasem mały Wacek wrócił z płaczem.Matka przywołała starszego chłopca i rozpoczęła reprymendę:
- Mówiłam ci, że zjeżdżanie ma być pół na pół z bratem.
- No i tak było - odpowiedział potulnie Tadzio.
- Ja brałem sanki do zjeżdżania w dół, a Wackowi zostawiałem ciągnięcie ich pod górę.

UPRZEJMOŚĆ W TRAMWAJU
Jerzy Skolimowski, sternik srebrnej dwójki i brązowej czwórki z Los Angeles, znany był z filigranowej sylwetki. Gdy pewnego razu wracał do domu, do pojazdu weszła dama o obfitych kształtach i stanęła między Skolimowskim a drzwiami. Nasz olimpijczyk zerwał się z miejsca, co dama jednoznacznie wzięła za chęć ustąpienia jej miejsca.
- Nie trzeba - powiedziała. - Nie jestem jeszcze taka stara, chętnie postoję.
- Ależ, proszę pani...
- Przecież powiedziałam wyraźnie, że postoję. -Tylko że...
- Żadne tylko, postoję i już.
Tak na wymianie grzeczności minęło kilka przystanków, aż filigranowy Skolimowski nie zdzierżył i nie zważając na przerywającą mu kobietę, wykrzyknął:
- No dobrze, proszę już sobie stać do woli, ale dlaczego od dwóch przystanków zastawia pani drzwi i nie da mi wysiąść?

NIE CZEKAJ, AŻ CIĘ WYLICZĄ
Na przyszły styl walki Aleksandra Polusa, olimpijczyka z Berlina i pierwszego naszego mistrza Europy w boksie, z pewnością miało wpływ pewne wydarzenie z dzieciństwa. Matka, chcąc, by nie wdawał się w bójki na pięści z chłopakami z sąsiedztwa, ostrzegała go surowo:
- Nim zaczniesz się bić z kolegami, zastanów się i policz do stu, może trochę ochłoniesz.
Po jakimś czasie mały Olek wrócił z mocno podbitym okiem. Matka, widząc siniaka, poczęła mu robić wyrzuty:
- Czy nie mówiłam, żebyś najpierw liczył do stu?
- Zrobiłem tak, mamo - odparł posłuszny syn i wskazując na oko, dodał:
- Zrobili mi to, gdy doliczyłem zaledwie do pięciu.
Nic dziwnego, że po takim doświadczeniu Polus nigdy już nie czekał z ciosami, ani, tym bardziej, dla uspokojenia nie liczył do stu. Starał się natomiast, i to wcale skutecznie, by... liczono innych. Najczęściej, gdy po jego sławnym sierpowym leżeli na deskach.

MINISTER W ROLI KELNERA
W czasach PRL jednym z nielicznych polityków mających poczucie humoru był długoletni szef polskiego sportu, doktor Włodzimierz Reczek. Pozwalał się nawet wykpiwać w noworocznych szopkach radiowych i telewizyjnych. Podczas igrzysk olimpijskich w Monachium (1972) niezbyt wierzył przechwałkom Władysława Komara, że ten zdobędzie medal. Była mowa o jakimś kaktusie i nawet, na której ręce ma wyrosnąć, jeśli niesforny Władek stanie na najwyższym stopniu podium. W końcu doszło do zakładu, że jeśli Komar znajdzie się na "pudle", to nazajutrz Reczek osobiście przyniesie mu śniadanie do łóżka.
Medal, jak wiadomo, został zdobyty, a na drugi dzień rano do sypialni Komara w wiosce olimpijskiej ktoś dyskretnie zapukał. Gdy nasz rozespany medalista otworzył drzwi, ujrzał w nich Włodzimierza Reczka ze śniadaniem na tacy.
Do dziś trwają zacięte spory, czy na tę okazję Reczek włożył kelnerski frak.

RÓŻNICA MIĘDZY SŁONIEM A KOMAREM
Ten sam Włodzimierz Reczek, znany z niewielkiego wzrostu, lubił też często żartować z rosłych polskich sportowców.
- Jaka jest różnica między komarem i słoniem? -zapytał kiedyś trenera miotaczy kulą, Sławomira Zieleniewskiego, podczas oficjalnej wizytacji obozu w Spale.
Zieleniewski nie odpowiedział, a Reczek kontynuował:
- Otóż różnica między słoniem a komarem jest niewielka...
Tu skierował wzrok ku trenującemu nieopodal Władysławowi Komarowi, znanemu z potężnej wagi, i dokończył:
- ... i wynosi jakieś pięć, może sześć kilo.

TAJEMNICA NISKIEJ CENY
Andrzej Badeński lubił imponować kolegom okazyjnymi zakupami dokonywanymi za granicą. Po meczu Polska-Włochy w 1963 roku pojawił się na bankiecie w nowiutkim, ciemnym garniturze, chwaląc się umiejętnością targowania. Za ubranie zapłacił bowiem mniej niż połowę normalnej ceny, więc wszyscy aż jęknęli z zazdrości. Garnitur prezentował się wspaniale, ale tylko do momentu, gdy zaczęła przygrywać orkiestra i lekkoatleci ruszyli w tany. Wówczas spodnie pękły niemal na dwoje, od pasa do nogawek. Biedny czterystumetrowiec musiał się ratować ucieczką wśród salw śmiechu. Okazało się, że kupił garnitur z dobrej, lecz... papierowej imitacji. Takie ubrania oszczędni Włosi sprzedają dla... nieboszczyków do trumny.

FRANKE PRZEMYCA ZŁOTO
Polscy olimpijczycy wracali z Tokio skomplikowaną drogą. Najpierw radzieckim statkiem "Uritski" z Jokohamy do Nachodki, potem pociągiem i samolotem do Polski. Nasz złoty florecista Egon Franke przeżył na "Uritskim" małą przygodę. Radzieccy celnicy podejrzewali sportowców o przemyt i urządzali w kabinach gruntowne rewizje. "Gdie zołoto?!" - wrzasnął jeden z nich na Frankego. "Mam złoto" - odpowiedział Polak. "Dawaj!" - krzyknął celnik, ucieszony, że dopadł przemytnika. A Franke ze spokojem pokazał mu... złoty medal.

JASKÓLSKI WOLI BYDGOSZCZANKI
Po meczu Polska-USA (1961) zabawna przygoda spotkała trójskoczka, Jana Jaskólskiego. Chicagowski restaurator o nazwisku Woźniak urządził na cześć polskiej reprezentacji wielki piknik z trzema orkiestrami i obficie zaopatrzonym bufetem.
W pewnej chwili do Jaskólskiego zajadającego szarlotkę podszedł starszy polonus i zaproponował mu... ślub z jedną ze swych córek.
- Mam dwie dziewuchy, Kachnę i Marychnę. Wybieraj! Mam tu w Chicago sklep rzeźniczy. Będzie wam dobrze. Nasz mistrz trójskoku wziął to początkowo za żart po paru głębszych, ale nazajutrz polonus już na trzeźwo ponowił propozycję, przyprowadzając córki. Na ich widok (nie były nadzwyczaj urodziwe) Jaskólski po prostu czmychnął. "Wolę bydgoszczanki" - powiedział po powrocie do swego rodzinnego miasta.

OSOBIŚCIE ZNANY
Waldemar Baszanowski podejmował pieniądze z książeczki PKO. Zapomniał, niestety, dowodu osobistego. Kasjerka spojrzała nań i rzekła:
- Właściwie to znam pana z telewizji, ale nie pamiętam, skąd. Mogę bez dowodu wpisać "osobiście znany", ale niech mi pan podpowie, kim pan jest.
Na poczcie kończono akurat remont centralnego ogrzewania. Pod ścianą leżały dwa żeliwne kaloryfery połączone rurą. Właśnie męczył się nad nimi hydraulik, nie mogąc ich unieść. Nasz sztangista przeprosił go na chwilę, chwycił za rurę jak za gryf i przed zdumionymi klientami poczty zademonstrował poprawne rwanie. Kasjerka zrobiła uszczęśliwioną minę:
-Ależ tak! Teraz już wiem!
I wpisała na odcinku wypłaty: "osobiście znany".

No... jeszcze tylko kilka sześciopaków i jesteśmy gotowi do przeżycia Igrzysk :D

Anegdoty zaczerpnięte z https://www.olimpiady.edu.pl/


Oglądany: 15258x | Komentarzy: 14 | Okejek: 2 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało