Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Jak zostałem Rockefellerem – przemyśleń (byłego) pracownika stacji ciąg dalszy

130 431  
682   180  
Praca z ludźmi (prawie) zawsze wiąże się z mniej lub bardziej osobliwymi historiami. Sięgając do zakamarków pamięci, postaram się przytoczyć kilka ciekawostek, jak i przybliżyć kolejne wnioski, które można wysnuć znajdując się po drugiej stronie dystrybutora.

Nie jest zaskoczeniem dla pracowników sieciówek fakt, że różne standardy uskuteczniane w firmie znacznie odbiegają od tego, czego mogliby sobie życzyć klienci, a nawet, że są to rzeczy kompletnie niepożądane przez kupujących. Nie trzeba daleko szukać – pod poprzednim artykułem sami pisaliście o próbach sprzedaży płynu do spryskiwaczy użytkownikom motocykli, chociaż osobiście najwięcej śmiechu miałem przy historii bojownika „nephilim” i jego porodowym przypadku:
Śmieszną (zależnie od perspektywy) historię miała jedna koleżanka w swoich pierwszych dniach. Dziewczę jak to mówią, do tańca i do różańca, taka swojska Jolka z którą sztamę nawet trzymają dresiki spod monopolowego, bo generalnie równy z niej koleżka. Skrupulatnie starała się wciskać słuszne ilości hot-dogów by zaspokoić wymagania korporacji, jednak w końcu na jej trasie pojawił się ON, z zawodu syn bogatego ojca, koszulka „stop being poor”, generalnie klasa człowiek. Tak więc wywiązała się rozmowa:

ONA: Kawę?
ON – chamska odmowa
ONA: Hot-doga?
ON – chamska odmowa
ONA (zniechęcona, jednak świadoma, że to pytanie musi paść): Karta na punkty?
ON (z dostojnością godną ojca chrzestnego): Życzę pani, żeby pani umarła.

A że generalnie była to sympatyczna koleżanka, którą było za co złapać lubić, to jakiś dobrego serca obywatel postanowił wstawić się za nią, jednak ON i tak przed wyjściem rzucił kilka epitetów, sprawiając że bidulka miała zatrutą atmosferę do końca dnia. I jak nietrudno się domyślić, spory wpływ na taki stan rzeczy mają właśnie oni, czyli…

Dyrektorzy i innej maści kierownicy

Tak jest. Wymyślający często niesamowicie skuteczne metody, bo przecież pojawiając się raz w miesiącu na na godzinę, znają pracowniczą codzienność od podszewki. Podobnie działa to w biznesie paliwowym. W moim przypadku na stacji benzynowej, taki „kierownik okręgu” wymyślał i wydawał dekret „w przyszłym miesiącu target sprzedaży paliw wynosi X litrów”. Co ciekawe, na naszej stacji w ogóle nie było stanowiska „podjazdowego” – każdy tankował sam, czyli nie mieliśmy najmniejszego wpływu na to , ile litrów paliw jest sprzedawanych danego miesiąca. Prawda, że logiczne? Należy też dodać, że podczas swojej wizyty ważniak lubił wziąć pracownika do gabinetu na dywanik i sprawdzać, czy jest on świadomy ile litrów paliwa powinni zatankować klienci w danym miesiącu i tego typu rzeczy, na które szary sprzedawca nie ma jakiegokolwiek wpływu.

Istotną rzeczą, o której pisaliście w komentarzach, jest ajencja. Obecnie wiele stacji jest zarządzanych w ten sposób – menadżer stacji prowadzi jednoosobową działalność gospodarczą, dzierżawi stację od koncernu i ma robić to jak najtaniej, czyli w gruncie rzeczy wyciągać jak najwięcej za jak najmniej ze swoich pracowników. Co rzecz jasna jest bardzo korzystne dla sieci. Z tego co mi wiadomo, system ten działa następująco: ajent (kierownik stacji) ma stałą pensję, natomiast na prowadzenie stacji (wypłaty dla pracowników, środki czystości, opłaty za kanalizację, Internet itp.) ma każdego miesiąca określoną sumę. To co uda mu się z tej sumy zaoszczędzić, wpływa na zamrożone konto, z którego raz na czas może pobierać pieniądze, bądź ewentualnie przy awansie/rozwiązaniu umowy jest mu wypłacana całość (zależy pewnie to już od ustaleń danej osoby). Tak więc dla przykładu, zmiana menadżera stacji z luzaka na bardzo skrupulatnego wiązała się z ucięciem premii pracowników na umowie o pracę, również osoby które odchodziły, były zastępowane pracownikami o niższej stawce. A stąd już blisko do kombinacji, jakby tu poprawić swój los i zaczynają się…

Przekręty


Wymarzony klient to taki, który tankuje równą kwotę, przychodzi dając banknot i po sekundzie znajduje się poza zasięgiem wzroku. Standardowo sprzedawca ściąga na komputerze dane z dystrybutora, kasuje rachunek i wrzuca pieniądze do szuflady. Skarbówka ściąga podatki, stacja notuje przychód, sieć ma dla kogo wydobywać ropę, tylko pracownikowi jest to zupełnie obojętne… ale jak się okazuje – nie zawsze. Otóż chciwość i względne postrzeganie uczciwości potrafią wprowadzić pewne modyfikacje, a wszystko rozbija się o podatek VAT, a konkretnie o zwrot, który przysługuję firmom m.in. za tankowanie paliw. System działa mniej więcej tak: pracownik ma kolegę (pewnie ten sam, który jest ekspertem od kina szturchanego) co to sobie prowadzi też jakąś tam działalność gospodarczą (fake taxi?). Wymarzony klient zostawia stówę za paliwo i znika, natomiast chciwy kasjer zamiast przyjąć płatność, wyrzucić paragon i grzecznie umyć ręce, wystawia na kolegę fakturę. Przekazuje fakturę koledze, ten odbiera zwrot VAT za paliwo, którego nie tankował, wykupuje premium dzielą się i obie strony są na plusie.

Z zasłyszanych plotek wynikało, że pracownik zgarniał jakieś 10% kwoty, na którą opiewała faktura. Przy czym należy dodać, ze trafiali się klienci, zostawiający pięć stówek, nie biorąc przy tym paragonu/faktury, czyli pracownik mógł na jednej takiej operacji dorobić sobie 50% ekstra do zapłaty za dwunastogodzinną zmianę. O ile wiem, to jadący najbardziej po krawędzi potrafili uciułać sobie każdego miesiąca dodatkową pensję, słyszałem też o rekordziście (gość 40 plus) całkiem wygodnie żył w taki sposób, wyciągając nawet do 300 złotych lewizny na dobrej zmianie. Z drugiej strony jest to tępiony proceder, tuż przed tym jak rozpocząłem pracę akurat wynikła jakaś afera i kilku wieloletnich pracowników, można powiedzieć kwiat (lotosu) stacji, zostało zwolnionych/odeszło z pracy.

Wszystko inne


Generalnie na większości stacji wchodzą teraz standardy dotyczące oferty gastronomicznej, na przykład świeże kanapki, których pracownicy muszą narobić całe góry przez nockę. Jest to wg mnie o wiele korzystniejsze od tych pakowanych w firmowe folie. Gdy pracowałem, to takie kanapki przyjeżdżały i miały termin ważności na jakieś pięć, czasem nawet sześć dni do przodu, a współpracownik zapierał się, że są produkowane na Słowacji (co w sumie może być możliwe, bo da się je też znaleźć w marketach w różnych częściach Polski). Tygodniowa mięsna/rybna kanapka,przydatna do zjedzenia? Odpowiedzcie sobie sami. Porada: ja osobiście w takiej sytuacji poleca zjedzenie hot doga, które mają krótki czas przechowywania, który właściwie nigdy nie zostaje przekroczony ze względu na wysoką sprzedaż.

Z innych udziwnień to pamiętam, jak mi zwrócono uwagę na wydawanie kuponów na darmową kawę. Otóż okazało się, ze nie wystarczy położyć kuponu przed sobą, czy zapytać o chęć zbierania. Ludzie studiujący zarządzanie dużą firmą wymyślili, że ma być to robione w sposób dosyć ostentacyjny, tak by później przeglądając naszą obsługę na kamerach mogli widzieć, ze faktycznie próbowaliśmy wcisnąć ten kupon na wszystkie możliwe sposoby, zanim poirytowany klient rzucił nim sprzedawcy w twarz.

Z kolei znajoma koleżanka opowiadała, ze na BP wchodzi mleko sojowe dla ciepłych wymagających klientów. Oczywiście spieniane przez pracownika, rzecz jasna nawet gdy zniecierpliwiona kolejka zaczyna sięgać wlotu do miasta.

Na mój (i nie tylko) gust niezły strzał w stopę zafundował swoim pracownikom Orlen. Tam zamiast tajemniczego klienta wprowadzono ocenę przez Internet, zdaje się, ze na podstawie jakiegoś numeru z paragonu. Czy jakiś zadowolony/obojętny klient będzie chciał wejść na stronę, żeby wystawić pozytywną ocenę? Wątpliwe. Za to poirytowany (słusznie bądź nie) raczej nie będzie miał obiekcji, by kogoś zrugać i dowalić na złość jakąś parszywą ocenę. Słowem sprostowania dodam tylko słowo o tajemniczych klientach, bo niektórzy z poprzedniego artykułu wywnioskowali, jakoby to były hieny, chociaż nie starałem się niczego takiego przekazać. Oni też pracują pod standardami korpo przełożonych (przykład: przy autostradach sprzedaje się setki kaw dziennie przy ogromnym natężeniu ruchu, standardy wymagają przetarcia ekspresu po każdym kliencie, zaś tajemniczy powinien sprawdzać czy nie ma gdzieś kropli mleka) i nie są z automatu wyrachowanymi maszynami do uprzykrzania życia biednymi Bogu ducha winnym pracownikom. Zwyczajnie robią swoje, chociaż jakieś dziwne sytuacje się zdarzały, bo jak zwykle – wszystko zależy od konkretna człowieka.

Generalnie w pracy spotyka się ludzi wszelakiego gatunku, w tym wielu cwaniaków uważających się za lokalnych watażków, z którymi bywały bardziej lub mniej zabawne historie. Na koniec przytoczę tu nadesłaną przez użytkownika Tupak93

"Typowa sytuacja, koleś sobie tankuje paliwo, a żona przyszła zapłacić.
Ja - Paragon czy faktura?
Ona - (cisza, szuka coś w portfelu, po czym patrzy
na mnie)
Ja - Paragon czy faktura będzie dla pani?
Ona - Hmm?
Ja - Paragon czy faktura?
Ona - Paragon, paragon.
Skasowałem ją, dałem jej paragon i w tym momencie
do sklepu wchodzi mąż
Mąż - Masz fakturę?
Ona - Nie dał mi.

Mąż wkurwiony podchodzi do mnie z taką agresją jakby zaraz miał mnie pobić. Zanim zdążył się odezwać zdążyłem wyjść zza kasy i od razu mówię.
- Pytałem trzy razy czy ma być faktura czy
paragon! Dwa razy nie usłyszałem nic, za trzecim razem łaskawie się
dowiedziałem, że ma być paragon to dałem paragon.

Koleś w tym momencie popatrzył na żonę jakby to ona miała dostać i grzecznie zapytał czy zrobię mu z tego fakturę. Trzeba przyznać, że niby taki koksik, ale potrafił się zachować".

Tak że tak. Spokojnego tankowania.
10

Oglądany: 130431x | Komentarzy: 180 | Okejek: 682 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

25.11

24.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało