Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Używasz tych przedmiotów podczas każdej wizyty w łazience. Ale czy wiesz, skąd wzięły się ich nazwy?

181 903  
408   98  
Polski język jest fascynujący. Codziennie używamy tysięcy słów, które wryły się w naszą mowę jakiś czas temu i dziś nikt już nie pamięta ich pierwotnego znaczenia. Sympatyczny „kutas” to nic innego jak pompon majestatycznie zwisający u szlafmycy, a „kobietą” obraźliwie zwano kiedyś upadłą przedstawicielkę płci pięknej.

Szampon, a może shampoo, albo raczej चाँपो

Czemu właściwie ten ładnie pachnący płyn do mycia włosów nie nazywa się po prostu „ładnie pachnącym płynem do mycia włosów”, a „szamponem”? To zapożyczenie z języka angielskiego! – ktoś powie. Okazuje się, że rodowód tego wyrazu jest znacznie dalszy niż mogłoby się nam wydawać.

Zacznijmy od tego, że pierwsze szampony powstawały w Indiach jeszcze w czasach, gdy Europejczycy drapali się patykami po zadach i ostatnią rzeczą o jakiej myśleli były kolonialne podboje. Hindusi produkowali ekstrakty z różnych ziół i na ich bazie tworzyli kosmetyki do mycia oraz pielęgnacji swoich grzyw. Jedną z podstawowych roślin, po jaką sięgano był orzech z gatunku sapindus. Wytwarzał on bowiem mazistą substancję, która znakomicie sprawdzała się jako kosmetyk do mycia włosów (ciekawostka – owoce te dziś są chętnie wykorzystywane jako ekologiczny zamiennik proszków do prania!).


W XIX wieku ten indyjski wynalazek wpadł w ręce brytyjskich kolonistów. Dotychczas mieszkańcy Europy myli głowy szarym mydłem - jego zasadowy odczyn nie działał na włosy zbyt korzystnie. Płyn, z którego korzystali Hindusi szybko zawojował rynki europejskich krajów. Początkowo kosmetyk ten sprowadzany był w wersji sproszkowanej, a dopiero w pierwszej połowie XX wieku niemiecka firma Schwarzkopf wypuściła na rynek pierwszą butelkę z płynnym szamponem.


Eksportowany do Europy towar Brytyjczycy nazwali „shampoo”, a właściwie nie tyle nazwali, co zapisali w swoim języku wyraz „chāmpo” (चाँपो), którym to sami Hindusi określali zabieg masażu głowy z wykorzystaniem wspomnianej mieszanki ziołowych ekstraktów.

Grzebień – od grzebania?

Skoro już o owłosieniu mowa to spójrzmy jeszcze na grzebień. To już nasz, od samych korzeni, wyraz. W dawnych czasach, takie słowa jak „grześć”, czy „grzebienie” był odpowiednikiem słowa grzebać i oczywiście miał dokładnie takie samo znaczenie, jak dzisiaj – można nim było opisać dłubanie w nosie, jak i pochówek zmarłego stryjka.
Jeśli by jednak trochę dalej zapuścić się w rodowodzie tego wyrażenia, to okaże się, że pierwotnie „grzebieniem” określano rozgarnianie, drapanie, odgarnianie. Stąd już prosta droga do urządzenia służącego nam do czesania włosów.


Weź teraz do ręki…

Mydło

…i spróbuj połączyć ten wspaniały, antybakteryjny środek czystości z radiowym słuchowiskiem w wielu odcinkach. Skąd się wzięła „opera mydlana”?
W czasach kiedy telewizja dopiero raczkowała, amerykańskie i europejskie kury domowe zmuszone były do śledzenia nudnych niczym referat o życiu płciowym gupików, wieloodcinkowych audycji emitowanych w radiu. Żeby wam zobrazować o jakiej „wieloodcinkowości” tu mówimy, to nadmienię tylko, że brytyjska seria „The Archers” nadawana jest od 1950 roku do dziś, a jakiś czas temu liczba odcinków przekroczyła już 18 tysięcy!


Pierwsze tego typu audycje zagościły na falach radiowych już w latach 30 ubiegłego wieku i oczywiście skierowane były do pań okupujących kuchenne gary. Kilkunastominutowe słuchowiska najczęściej nadawane były 5 dni w tygodniu, w godzinach wczesnopopołudniowych - wiadomo, wtedy największa szansa na „złapanie” słuchaczki pichcącej obiad dla wracającego z pracy męża.
Od lat 20. właściciele amerykańskich rozgłośni radiowych wprowadzili czas antenowy na reklamy. A z czasem modne stało się sponsorowanie przez reklamodawców konkretnych audycji.

Oczywiście dla producenta najważniejsze było trafić na dobry „target”. W przypadku babeczek zasłuchanych w radio-nowelach strzałem w dziesiątkę było przerywanie ich ulubionych audycji obwieszczeniami mówiącymi, że program nadawany jest dzięki hojności producenta wszelkiej maści detergentów i środków czystości… Bardzo często były to reklamy mydła.


Szlafrok – brzmi germańsko?

Coś jest w stwierdzeniu, że większość niemieckich wyrazów brzmi niczym wypowiedzenie wojny. No, bo do diabła – jak można nazwać mięciutki, płaszczyk, zakładany po wyjściu z wanny, słowem, które kojarzy się z mizianiem szczeniaczka za pomocą włączonej na pełne obroty skrawarki.
Szlafrok w oryginale to „schlafrock” i chyba nie będzie dla nikogo specjalnym odkryciem to, że nawiązuje do wyrazu „schlafen”, czyli „spać”.
Ten obrzydliwy wyraz został na dobre wchłonięty przez nasz język i dziś dumnie stoi obok innych niemieckich tworów, jak szynka, flaszka, czy kartofel.


Oczywiście, wiele osób którym na sercu leży czystość języka polskiego urządzało krucjaty przeciw szlafrokowi. W latach 40. ubiegłego wieku, w niektórych kręgach popularny stał się nasz rodzimy szlafroczy zamiennik, czyli „okryjciałko”. Niestety, wyraz ten nie trafił do słowników. Nieco lepszą przyszłość miało słowo „podomka”. W latach 50. tygodnik „Przekrój” zorganizował konkurs na nową nazwę dla szlafroka i wygrało właśnie to określenie. Mimo że jest ono dziś bardzo rzadko używane, to znajdziecie je w każdym słowniku poprawnej polszczyzny.

Prysznic, prysznic über alles!

A skoro już mówimy o germańskich wyrazach, co to gwałcą nasz język, to trzeba też wspomnieć o „prysznicu”.
W XIX wieku, na terenie należącego do Austriackiego Śląska żył sobie pewien ubogi mężczyzna - Vincenz Prießnitz. Człowiek ten wpadł na znakomity pomysł zarobienia dobrej kasy. Nie mając żadnego medycznego wykształcenia postanowił zostać lekarzem. Ale nie takim zwykłym, co to robi zastrzyki i przepisuje lewatywy! Vincenz chciał leczyć swoich pacjentów za pomocą… wody!
Tak zwane wodolecznictwo, czy też hydroterapia, miało długą tradycję. Z poprawiających krążenie kąpieli korzystali przecież zarówno Chińczycy, jak i dawni Rzymianie. Prießnitz jedynie przywrócił tę metodę do łask.


Mimo że pomysłowy przedsiębiorca wyzywany był od oszustów i bazujących na ludzkiej naiwności, znachorów to władze austriackie dały mu zielone światło na otwarcie własnego zakładu kuracyjnego. Tam, oprócz łaźni z olbrzymimi wannami, w których można było pływać, znalazły się też „nowoczesne” natryski. Vincenz po prostu zainstalował nad niektórymi z wanien rury, z których to lodowata woda lała się wprost na głowy zachwyconych pacjentów.


Jak możecie się domyślać to rewolucyjne rozwiązanie dało początek nazwie podstawowego dziś, w większości domów, urządzenia. Prysznic to oczywiście nazwa nadana na cześć Prießnitza.
10

Oglądany: 181903x | Komentarzy: 98 | Okejek: 408 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

07.12

06.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało