Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Państwo jest w biedzie? Wydrukujmy więcej pieniędzy! - Tak zrobili Niemcy po I Wojnie Światowej (i bardzo żałowali)

127 180  
564   169  
Kto nie chciałby być nieprzyzwoicie bogaty i niczym Sknerus McKwacz taplać się w basenie wypełnionym szmalem? W plikach ciężkich banknotów niemieszczących się w portfelu, kosmicznych nominałach milionów, miliardów złotych!



No, dobra – a co jeśli ma się bardzo dużo kasy, która tak naprawdę nie ma praktycznie żadnej wartości?
Jeśli cofniemy się do 1923 roku, to okaże się, że wszyscy mieszkańcy powojennych Niemiec nagle stali się obrzydliwie bogaci i w swym bogactwie biedni zarazem.


Właśnie zakończyła się I Wojna Światowa - konflikt, który posłał do piachu niewyobrażalnie wiele ofiar. Niemcy, czyli naród, który od zawsze skutecznie broni nas przed zbyt długim okresem pokoju w Europie, mieli nie lada problem. A prawdę mówiąc - całą serię nakładających się na siebie problemów.



Olbrzymi dług zaciągnięty przez władze w czasie wojny, bezrobocie, a do tego utrata bardzo bogatych w surowce naturalne terenów, ze Śląskiem na czele... Żeby tego było mało, zwycięskie państwa wcale nie zamierzały na własny koszt leczyć swych wojennych ran i spłatą reparacji wojennych obarczyły germańskiego agresora, a właściwie Republikę Weimarską, bo pod taką nazwą na mapie świata figurowało teraz państwo niemieckie. Rachuneczek opiewał na 132 miliardy marek!



Żądającym rekompensaty za szkody wyrządzone przez swojego sąsiada Francuzom powoli zaczęła kończyć się cierpliwość. Niemcy wyjątkowo ociągały się ze sprawnym wywiązaniem się z narzuconego im zobowiązania, więc trzeba było „rozliczyć się w barterze”. I tak też w 1923 roku francuscy żołnierze wkroczyli do Niemiec i zajęli położoną na zachodzie kraju cenną strefę przemysłową, czyli Zagłębie Ruhry, co dla borykającego się z potężnym kryzysem kraju było niczym kopanie leżącego. Mało tego – francuska okupacja tych ziem sprawiła, że w kilku landach odrodziły się silne ruchy separatystyczne, co zaczęło grozić rozpadem państwa i krwawymi rewolucjami.


Francuska armia wkracza do Buer w Zagłębiu Ruhry


Robotnicy z Zagłębia Ruhry poszli za radą władz i zaczęli stawiać tzw. bierny opór. Nie chodzili do pracy, nie wykonywali swoich obowiązków i generalnie sugerowali, ażeby Francuzi cmoknęli ich w arschloch. Okupant specjalnie się tym nie przejął i sprowadził do Niemiec swoich własnych ludzi, którzy zastąpili leniwych, migających się od pracy bumelantów. W ten sposób niemieckim władzom doszedł nowy problem – utrzymanie pozostawionych bez zajęcia obywateli – robotników, kolejarzy, urzędników, wysiedleńców, no i oczywiście przedsiębiorców, którym podłe żabojady odebrały fabryki…



Skąd wziąć na to wszystko fundusze? Zaraz, zaraz – skoro potrzebujemy więcej kasy, to może powinniśmy ją sobie po prostu wyprodukować? Mein Gott! Toż to genialny pomysł, drogi Gustavie. Odpalajmy drukarnie, niechże geld zaleje nasz naród i ocali nas od biedy!
Gustav Stresemann, ówczesny kanclerz Republiki Weimarskiej, naprawdę wierzył, że wystarczy zwiększyć ilość drukowanych banknotów, aby postawić kraj na nogi.



Efekt? Wprost proporcjonalnie do pachnących farbą drukarską marek, które nagle wypełniły portfele Niemców, zaczęła rosnąć też inflacja. W praktyce obywatele republiki ze zgrozą patrzyli, jak ceny produktów z dnia na dzień zwiększają się kilkukrotnie. Ale kto by się tym przejmował? Grunt, że szybko udało się spłacić długi i zapewnić fundusze dla pozbawionych pracy obywateli.
W ciągu dosłownie kilku miesięcy wzrost cen doszedł do… 30 miliardów procent, a za jednego dolara trzeba było zapłacić 4 biliony marek. Doszło nawet do tego, że udający się na zakupy Niemiec targał ze sobą, dosłownie, dziesiątki kilogramów szmalu. Za sam chleb trzeba było zapłacić grubymi plikami banknotów ledwo mieszczących się w pękatej walizce.
Jako że wartość pieniądza leciała w dół z zawrotną wręcz szybkością, pracodawcy zmuszeni byli do wypłacania pensji dwa razy dziennie.


Dzieci bawiące się plikami banknotów. To chyba najtańsze klocki na rynku.


Niemiecki bankier liczy kolumny pieniędzy.




Banknoty jak papier do wycinanek.


Co zrobić w takiej sytuacji? Ano zwiększyć obroty! W pewnym momencie 130 największych drukarni w kraju dniami i nocami wyciskało z maszyn ostatnie poty, aby tylko nadążyć z produkcją kasy. Kasy, której ciągle było zbyt mało.
Hiperinflację spotkać można było dosłownie na każdym kroku. Widok człeka z mozołem pchającego taczkę po czubek wypełnioną stosem niemających praktycznie żadnej wartości banknotów nikogo już nie dziwił, a kelnerom pracującym w restauracjach doszedł nowy, upierdliwy obowiązek – średnio co pół godziny musieli wspinać się na stoły, aby wprowadzać korekty cen na tablicach z menu.


Co można zrobić z nadmierną ilością hajsu? Ano na przykład pieniężny latawiec.


Sprzedawca upycha banknoty w skrzyni po herbacie.


Bezwartościowe już papierki o najniższych nominałach czekają na spalenie.


Wieżyczka ze 100 tysięcy marek. W chwili robienia zdjęcia była to równowartość jednego dolara.


Marki przydawały się w domu. Łatwo się paliły.


Miały też wpływ na modę. Oto "król inflacji".


Jeszcze w styczniu 1923 roku chleb kosztował „zaledwie” 250 marek, a już w listopadzie za ten sam bochenek trzeba było zapłacić 200 bilionów marek! Pieniądz dosłownie umierał na oczach przerażonych Niemców, którzy zdali sobie sprawę, że tonami zalegających w ich domach banknotów nie wyżywią rodziny. Co najwyżej napalą sobie w piecyku i nie umrą z zimna.


Gustowna, "markowa" tapeta.


Pani kochana, ile za znaczek na polecony do Berlina?


A tak prezentuje się bilion marek w jednym banknocie.


Napis na sklepowej ścianie mówi: "Sprzedaż i naprawa w zamian za jedzenie". W tej sytuacji jedynym rozsądnym rozwiązaniem było rozliczanie się w barterze.



Wielu sprzedawców poszło więc po rozum do głowy i przestało przyjmować zapłatę w formie monetarnej. Zamiast tego postawili na barter, czyli handel wymienny – towar za towar, ewentualnie towar za usługę.
Kiedy sytuacja była już tragiczna, z ratunkiem przyszedł pewien niemiecki ekonomista - Hjalmar Schacht. Wprowadził on walutę zastępczą, tak zwane rentenmarki. Wartość jednego takiego nominału była równa jednemu bilionowi starych marek. Dodatkowo wprowadzono też papiery wartościowe mające pokrycie w ziemi należącej do państwa.



Kanclerz Republiki Weimarskiej, Gustav Stresemann, wynegocjował też pożyczkę, dzięki której można było odrobinę rozbudować i usprawnić gospodarkę. Udało się też trochę udobruchać sąsiadów i nakłonić ich do zmniejszenia żądanych przez nich odszkodowań za wojenne straty, a także nieco przesunąć w czasie ostateczny termin spłat. Te zresztą i tak zostały przerwane, kiedy do władzy w 1933 roku doszedł Hitler, który należną Francji i Wielkiej Brytanii kasę zaczął intensywnie pakować w rozwój przedsiębiorstw zajmujących się produkcją sprzętu militarnego.

Ostatnią ratę odszkodowań za szkody wywołane w czasie I Wojny Światowej Niemcy spłacili 92 lata po jej zakończeniu - Francja i Wielka Brytania dostały ostatnie przelewy w 2010 roku.

Źródła: 1, 2, 3, 4
4

Oglądany: 127180x | Komentarzy: 169 | Okejek: 564 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

16.09

15.09

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało