Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Najbardziej idiotyczne wpadki w historii lotów w kosmos

124 767  
427   28  
W eksploracji kosmosu stawiamy dopiero pierwsze, nieśmiałe kroczki, a już możemy pochwalić się ogromnymi, jak na nasze możliwości, sukcesami. Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy naszych wielkich osiągnięć nie okupili kilkoma większymi (jak na przykład katastrofa Challengera) i mniejszymi wpadkami.

Satelita NOAA-19 – przewrócił się, niech leży

NOAA to seria satelitów meteorologicznych, które od lat 70. produkowane są przez jedną z amerykańskich agencji pogodowych. Ostatni satelita wystrzelony został na orbitę w 2009 roku. Jednak zanim do tego doszło, inżynierowie zaliczyli kosmiczną wręcz wtopę podczas konstruowania urządzenia.

Ekipa usiłowała ustawić maszynę w pozycji horyzontalnej. Jeden z techników odkręcił wszystkie śruby trzymające satelitę na wsporniku zapominając odnotować tę procedurę w dokumentacji. Inżynierowie, którzy za pomocą specjalnego wózka zabrali się do obracania urządzenia nie zdawali sobie sprawy, że uprzednio zdjęte zostały zabezpieczenia. Satelita z hukiem runął na podłogę. Zreperowanie wszystkich uszkodzeń kosztowało amerykański rząd 135 milionów dolarów!


Jak puścić z dymem 400 milionów dolarów?


Naro-1 to pierwsza południowokoreańska rakieta, która wyniosła satelitę w otchłań ziemskiej orbity. Projekt ten pochłonął olbrzymie pieniądze. Głównie dlatego, że dwie próby odpalenia tego ustrojstwa skończyły się niepowodzeniem. Podczas jednego z nieudanych startów pierwszy stopień rakiety z jakiegoś powodu nie odłączył się od reszty pojazdu. W wyniku tej, z pozoru drobnej, awarii doszło do zaburzenia równowagi całej maszyny i po chwili nieszczęsna, warta 400 milionów dolców rakieta runęła w dół. Na szczęście za trzecim razem udało się zakończyć projekt pełnym sukcesem i Naro-1 zagościła wreszcie na orbicie.


Mocz, który prawie doprowadził do katastrofy

W 1984 roku astronauci znajdujący się na pokładzie wahadłowca Discovery przeżyli chwile grozy, gdy przez jedno z okien pojazdu zobaczyli olbrzymi sopel moczu przyczepiony do jednej ze ścian kosmicznego promu.
W przestrzeni kosmicznej trzeba się jakoś pozbywać produkowanych przez załogę nieczystości. I tak na przykład, kosmonauci wypróżniają się do specjalnego zbiornika. Jego zawartość jest następnie co jakiś czas wyrzucana na zewnątrz przez specjalne urządzenie.


I to właśnie ten element postanowił nawalić. W efekcie mocz zamarzał przyklejony do wahadłowca. W pewnym momencie urynowy sopel był już tak okazały, że inżynierowie zdali sobie sprawę z zagrożenia. W momencie powrotu misji do ziemskiej atmosfery, ten wielki stalaktyt może przecież oderwać się, uszkodzić pojazd i doprowadzić do tragedii.
Przez sześć dni kosmonauci zmuszeni byli unikać kibla i szukać innych metod składowania produkowanych przez siebie nieczystości. Ostatecznie udało się oderwać ten wielki sopel za pomocą robotycznego ramienia znajdującego się na pokładzie wahadłowca.

Księżycowe, podniosłe pierdy

Cóż może rzec człowiek, który jako jeden z kilku zaledwie przedstawicieli naszej rasy postawił nogę na Księżycu? Z całą pewnością jakieś podniosłe zdanie, które na zawsze zapisze się w historii ludzkości, prawda? No, cóż. Nie zawsze.
John Young, który w 1972 roku miał przyjemność spacerowania po naszym naturalnym satelicie, zamiast wygłaszać epickie przemowy, zaczął skarżyć się na… uciążliwe gazy będące, jego zdaniem, wynikiem jedzenia zbyt dużej ilości owoców. Young był przekonany, że prowadzi prywatną rozmowę ze swoimi kolegami po fachu. Absolutnie nie zdawał sobie sprawy, że miał włączony mikrofon, dzięki któremu skargi na gastryczne problemy zostały oficjalnie zarejestrowane i na bieżąco odsłuchiwane przez tysiące ludzi. Na szczęście mikrofon nie był wystarczająco czuły, aby zapisać serię księżycowych bąków, tym niemniej nagrany został, przeplatany soczystymi „fuckami”, monolog Younga na temat swoich gazowych erupcji.


Na tym jednak sprawa się nie skończyła. Podczas najbliższej konferencji prasowej zorganizowanej przez NASA, gubernator Florydy, Reubin Askew, wyraził swoje oburzenie, że astronauta zrobił tak spektakularną antyreklamę dla owoców hodowanych we florydzkich sadach…

Wielka afera o małą kanapkę

Bohater powyższej afery zasłynął też ze swojej nieumyślnej próby zniszczenia wahadłowca za pomocą… kanapki z wołowiną. John Young, wbrew restrykcyjnym procedurom NASA, przemycił na pokład promu smakowity sandwicz z kawałkiem przedniego mięsiwa. Uznał bowiem, że to doskonała alternatywa dla pożałowania godnego żarcia, którym zwykło się karmić astronautów. Tymże „skarbem” Young podzielił się ze swoim kompanem w kosmicznej podróży. Dopiero po wzięciu kilku gryzów i zobaczeniu unoszących się w stanie nieważkości okruszków panowie zdali sobie sprawę z zagrożenia na jakie narazili całą misję.


NASA wcale nie przypadkiem zaopatruje astronautów w posiłki chronione specjalnym opakowaniem. „Lewitujące” okruchy mogą przecież bez trudu dostać się do elektrycznych układów i spowodować tragiczne w następstwach zwarcie.

Występek lekkomyślnych astronautów doprowadził do głośnej debaty na temat bezpieczeństwa kolejnych lotów. Rzecznicy NASA musieli publicznie obiecać, że już nigdy żaden astronauta nie odważy się na tak ryzykowne posunięcie, jakim jest wnoszenie kanapek na pokład wahadłowca…


Po co rosyjskim astronautom strzelby w kosmosie?

Tu trudno mówić o wpadce, a raczej o pewnym (pozornym tylko) absurdzie.
Załoga misji Sojuz przez 24 lata brała ze sobą na pokład niezbędny zestaw narzędzi przydatnych w kosmosie. Paczuszka okraszona była nazwą GRANAT-6, a część jej wyposażenia stanowiła strzelba TP-82 ze skróconą lufą. Po co rosyjskim kosmonautom taka giwera?


Nie, nie chodzi o ewentualną obronę przeciw kosmicznym kreaturom. Strzelba, która jednym pociskiem jest w stanie wysłać na tamten świat niedźwiedzia, miała dokładnie do tego właśnie służyć.
O ile kapsuły z amerykańskimi załogami kosmicznych misji najczęściej lądują na Pacyfiku, to już rosyjscy astronauci wracają ze swych podróży wprost w objęcia mateczki Rosji. Najlepszym miejscem na zapewnienie bezpiecznego lądowania są syberyjskie pustkowia. A tam, jak wiadomo, roi się od dużych, niekoniecznie udomowionych misiów. Zanim więc wracający z kosmosu Iwan powitany zostanie przez swoich towarzyszy, warto zapewnić mu namiastkę ochrony. Obrzyn o potężnej sile rażenia z całą pewnością może okazać się przydatny…

Co się stało z nagraniami pierwszej wyprawy na Księżyc?

Ten dylemat kiedy w środku nocy na Polonii 1 leci twój ulubiony film, a na półce pod telewizorem brak już pustych kaset video, żeby to cudo sobie nagrać. Cóż, brało się wówczas nośnik, na którym babcia trzymała sobie jakąś brazylijską telenowelę, a potem fachowo paliło się głupa…
To teraz wyobraźcie sobie, że w 2006 roku pracownicy NASA ze zgrozą odkryli, że gdzieś im „wsiąkła” oryginalna taśma z materiałem zarejestrowanym podczas misji Apollo 11. Przez kolejne trzy lata sztab pracowników rył w archiwach z nadzieją, że może uda się znaleźć zgubę. Bezskutecznie. Najprawdopodobniej taśma z dokumentacją pierwszego lądowania na księżycu została wykorzystana do nagrania jakiegoś innego materiału (na przykład jakiegoś odcinka „Star Treka”).


Aby ratować sytuację, agencja wystosowała do amerykańskich stacji telewizyjnych prośbę o udostępnienie przekazanych im w 1969 roku nagrań. W ten sposób udało się zebrać niewielką część zagubionej dokumentacji. Filmy złożono w całość, a zatrudnieni przez NASA specjaliści zrobili wszystko, aby udało się odrestaurować mocno nieczytelny obraz.
Zaginiecie oryginalnej taśmy jeszcze bardziej wzburzyło piewców spiskowych teorii, którzy uznali ten incydent za kolejny dowód na sfałszowanie przez Amerykanów lądowania na Księżycu.


Źródła: 1, 2, 3
4

Oglądany: 124767x | Komentarzy: 28 | Okejek: 427 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało