Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Sprawa połaniecka - jak sąsiedzki konflikt może doprowadzić do morderstwa

93 784  
465   178  
Do potrójnego morderstwa doszło 40 lat temu w noc wigilijną. Dotąd pomimo upływu kilkudziesięciu lat budzi ona emocje.

Zrębin, wieś położona w województwie świętokrzyskim, niczym nie różni się od innych wsi, jednak mieszańcy do dziś żyją historią sprzed 40 lat. To jedna z najgłośniejszych zbrodni PRL. Jej ofiarami byli ciężarna 18-letnia Krystyna Łukaszek (z domu Kalita), jej poślubiony kilka miesięcy wcześniej mąż 25-letni Stanisław Łukaszek oraz 12-letni Mieczysław Kalita.

Historia konfliktu

W Zrębinie żyją do dzisiaj rodziny Sojdów i Kalitów. Rodziny te nienawidzą się, przyczyn owej nienawiści należy szukać już od lat powojennych. Niektórzy z Kalitów skumali się z władzą ludową. Wstąpili do PPR i prześladowali innych członków rodziny Sojdów. Zmuszali ich do głosowania na „3 razy tak” w referendum w roku 1946, doprowadzili do ich aresztowania oraz zapędzali na pochody pierwszomajowe. Także dziadek zamordowanych później ludzi udzielił kiedyś pomocy organom ścigania w zatrzymaniu Jana Sojdy, podejrzanego o dokonanie gwałtu. Jakiś czas później na podwórku Sojdy, wskutek "wypadku" z bronią palną, zginął syn owego dziadka Kalitów. Wkrótce później w niejasnych okolicznościach zginął sprawca tego zabójstwa.
Jednak wydarzenia, które bezpośrednio doprowadziły do tragedii były przerażająco banalne. Poszło o kradzież kiełbasy na weselu Krystyny i Mieczysława Łukaszków, którą poczyniła siostra Jana Sojdy, Adasiowa, żona Józefa Adasia, jednego z współwinnych. Na wesele został zaproszony Jan Sojda z rodziną, a jego siostra została poproszona o pomoc w kuchni w trakcie przyjęcia. Podczas zabawy weselnej inny pomocnik kuchenny zauważył, że wynosi ona wędliny i mięso w ilościach większych, niż było ustalone z gospodarzami wesela. Po zwróceniu uwagi przez Zdzisławę Kalitową na ten fakt siostra Jana Sojdy miała się obrazić i opuścić przyjęcie. Nazajutrz wymusiła ona od gospodyni wesela podarowanie jej wypożyczonej przez Zdzisławę Kalitową zastawy stołowej, natomiast Jan Sojda miał grozić rodzinie Kalitów, za rzekomą zniewagę i pomówienie dotyczące kradzieży żywności z wesela i wymuszenie zastawy, słowami, że wypleni Kalitowe plemię.

Główny sprawca

Jan Sojda, urodzony w roku 1928, nazywany był królem Zrębina. Sojda, jak i cała jego rodzina, miał poważanie na wsi. Sojda był największym gospodarzem w okolicy, miał traktor, telefon, co w tamtych czasach było bardzo rzadkie. Wszyscy wiedzieli, że to bardzo zamożna rodzina. Sojda był przed laty ławnikiem w sądzie, znał się też na wyrywaniu zębów, miał znajomości w urzędach i instytucjach.

Potrójna zbrodnia "gdy się Chrystus rodził"...

25 grudnia 1976 r. o północy w kościele w Połańcu odbywała się uroczysta pasterka. Oprócz mieszkańców tego kilkutysięcznego miasteczka przybyli na nią ludzie z okolicznych wsi – w tym również ze Zrębina. Większość z nich przyjechała na mszę autobusem PKS. Byli wśród nich również Jan Sojda i jego zięciowie. Do kościoła przybyło także młode małżeństwo Krystyna i Stanisław oraz dwunastoletni kuzyn Krystyny Mieczysław. Ci ostatni jednak nie dotrwali do końca nabożeństwa, ponieważ Jan Sojda dyskretnie poinformował ich, że w ich rodzinnym domu toczy się awantura i z tego powodu muszą oni natychmiast wrócić do wsi.
W wieczór wigilijny obok rynku w Połańcu zaparkowały dwa autobusy - san i autosan. Przywiozły ludzi ze Zrębina na pasterkę. Około trzydziestu osób zostało w sanie i zamiast iść na mszę, piło wódkę. Pijaństwo w czasie pasterki to był w pewnym sensie niepisany zwyczaj zrębinian. Krystyna, Stanisław i Miecio wyszli z kościoła i ruszyli pieszo w stronę odległego o pięć kilometrów domu. Przechodzili obok sana, w którym trwała libacja. Myśleli, że może autobus zaraz pojedzie w stronę Zrębina. Adaś i Sojda nie wpuścili ich jednak do środka. Poszli dalej, po zaśnieżonej drodze, przy padającym śniegu i wiejącym wietrze.
Upłynęło kilka minut. Biesiadnikom z sana skończyła się wódka. Padło hasło: jedziemy na melinę do Zrębina po alkohol. Sojda jednak wiedział, że nie o wódkę tu idzie.
Fiatem 125 w kierunku Zrębina wyruszył zięć Sojdy Socha, za nim san z podpitymi pasażerami, za kierownicą którego usiadł Józef Adaś. A potem drugi autobus, prowadzony przez Macieja Wysockiego. Sojda groźbami zmusił go do jazdy. Z wyjątkiem rodziny króla Zrębina nikt nie był świadom wydarzeń, jakie wkrótce nastąpią. Jakieś dwa kilometry dalej jadący "dużym fiatem" Socha dostrzegł Kalitów. Potrącił idącego poboczem od strony jezdni 12-letniego Mieczysława.
Autobusy zatrzymały się za fiatem. Z sana wyskoczyli Adaś i Sojda, zaczęli bić Stanisława, męża Krysi. Katowali go metalową korbą - kluczem do odkręcania kół i metalowym prętem. Oprawcy z zimną krwią roztrzaskali mu głowę. Gdy upadł martwy, zbrodniarze rzucili się w pogoń za uciekającą w pola Krystyną. "Wujku, nie zabijaj mnie. Zabiliście mi męża, zostawcie chociaż mnie matce" - błagała Sojdę 18-letnia dziewczyna. Ale bestie nie znały litości. Używając klucza szwagrowie bestialsko zatłukli dziewczynę.
To nie był jednak koniec makabry. Na drodze ze złamaną nogą leżał i jęczał potrącony 12-latek. Sprawcy wyciągnęli go na środek jezdni. Sojda stanął z przodu i pokazując rękami, naprowadził na rannego chłopaka fiata kierowanego przez Sochę. Jak ustalono w czasie procesu, w aucie siedziały też żony Kulpińskiego i Sochy. Koło samochodu zmiażdżyło głowę dwunastoletniego Miecia.

Świadkowie tylko patrzyli

Cała ta makabra rozgrywała się na oczach około 30 osób siedzących w sanie. Jak potem ustalono w śledztwie, pośród nich byli partyjni aktywiści, sołtys, a nawet członek ORMO (Ochotnicze Rezerwy Milicji Obywatelskiej). Początkowo niektórzy próbowali wybiec z autobusu, ale w drzwiach stanął zięć Sojdy - Stanisław Kulpiński. Groził, że jeśli ktoś wyjdzie, to spotka go los "Kalitowych dzieci". Z sana wydostało się jednak trzech mężczyzn, między innymi Henryk Witek. To on półtora roku później jako piąty zasiadł na ławie oskarżonych. Według ustaleń, gdy Adaś i Sojda mordowali w polach Krystynę, Witek podbiegł zaciekawiony i zaświecił latarką. Widział bestialską zbrodnię, ale nie zareagował. Bał się sprzeciwić Sojdzie.
Po zamordowaniu trzech osób, sprawcy nakazali wszystkim osobom z sana przejść do autosana. Przerażeni i pijani ludzie posłusznie wykonali rozkaz. Sami oprawcy natomiast wciągnęli martwe ciała do sana. Do pomocy zmusili też Henryka Witka. Autokary ruszyły w stronę Zrębina. Zatrzymały się dwieście metrów przed pierwszymi zabudowaniami.
Ciała Stanisława i Mieczysława sprawcy położyli w rowie. Józef Adaś najechał sanem na te ciała, pozorując wypadek drogowy. Tego sana tam zostawili - mówi prokurator Jacek Świercz. - Zwłoki Krystyny obnażyli i położyli za autobusem, dla upozorowania gwałtu.

Przysięga krwią

Aby świadkom zamknąć usta, Sojda naprędce zorganizował w autosanie przysięgę. Najpierw kazał wszystkim uklęknąć i przyrzekać, że nikomu nie powiedzą o tym, co widzieli. Potem każdemu dawał krzyżyk do całowania, potem nakłuwał palec agrafką, aby każdy świadek zostawił ślad własną krwią na kartce papieru. Dzisiaj to brzmi jak scenariusz filmu, ale wówczas taka była ludzka mentalność, że dali się zastraszyć.
Dopełnieniem tych groteskowych wręcz obrzędów było przekupywanie. Każdemu ze świadków zbrodni Sojda wręczył plik banknotów.
Aby świadkowie bestialskiego mordu mieli alibi, autosan zawiózł ich z powrotem do Połańca. Każdy miał wejść do kościoła tak, aby inni ludzie go widzieli. Henryka Witka i jeszcze jednego świadka fiatem odwieziono pod kościół w sąsiedniej Beszowej, aby tam szukali sobie alibi. Jakby co w Połańcu nawet tego wieczora nawet nie byli. Po zakończeniu pasterki ludzie wsiedli do autosana i wymieszali się świadkowie zbrodni z tymi, którzy byli na mszy w kościele.
W tym czasie pod kościołem rabanu narobił kierowca sana twierdząc, że ktoś ukradł mu autobus. Nie zgłosił tego jednak na milicję. Wsiadł do drugiego autobusu. Potem ustalono, że był jednym ze świadków zbrodni i doskonale wiedział, iż za kierownicą jego autobusu siedział Adaś.
Gdy w czasie drogi powrotnej z pasterki autosan kierowany przez Macieja Wysockiego zatrzymał się przy sanie stojącym w rowie, zaciekawieni ludzie wybiegli na zewnątrz. Ktoś dostrzegł nogi wystające spod samochodu. Wezwano milicję.


Świadkowie

Mimo upozorowania zbrodni na wypadek, nikt w Zrębinie nie miał wątpliwości co do tego, że w nocy z 24 na 25 grudnia 1976 r. w pobliżu ich wsi popełniono brutalne morderstwo. „Zabójcy!” krzyczano przed domami Józefa Adasia i Jana Sojdy. Tak było jednak tylko przez trzy dni. Później cała wieś solidarnie zamilkła. Kilka dni po zabójstwie "Kalitowych dzieci", 14-letni wtedy Stasiu Strzępek przechodząc obok domów Sojdy i Adasia, wykrzyknął: "Zabójcy. Zabiliście mojego kolegę Miecia". To był pierwszy trop mówiący o tym, że to nie był wypadek drogowy. Zanim jednak przesłuchano tego chłopca trzeba było ustalić, co to za chłopak i czy jest wiarygodny. Później okazało się, że gdy Stasiu Strzępek szedł razem z dwoma kolegami, to minęły ich owe dwa autobusy. A potem, gdy doszedł do miejsca znalezienia ciał, widział Adasia kręcącego się przy stojącym w rowie sanie.
Warto w tym miejscu wspomnieć, że jedynym świadkiem, który od samego początku zeznał, iż Sojda, jego szwagier i zięciowie z zimną krwią zamordowali rodzinę Kalitów, był Leszek Brzdękiewicz. Ten świadek nie dożył jednak procesu. W okresie Wielkanocy 1978 roku nagle zaginął. Jego ciało znaleziono w przepływającej przez Połaniec rzece Czarnej. Leżał twarzą do dołu w kilkucentymetrowej głębokości wodzie.

Oskarżenie

Prokuratura Rejonowa w Staszowie wszczęła postępowanie w sprawie o spowodowanie wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym. Było ono prowadzone w sposób zagadkowo wręcz nieudolny. Sekcja zwłok ofiar została dokonana przez lekarza bez uprawnień, całkiem sprawny autobus oddano do kasacji przed zabezpieczeniem śladów zdarzenia, nie zabezpieczono też żadnych śladów na miejscu rzekomego „wypadku”.
Sprawcy zbrodni robili bardzo wiele, by prawda o tym, co wydarzyło się w noc wigilijną 1976 r. na drodze z Połańca do Zrębina, nie wyszła na jaw. W sąsiedniej wsi Wolica odbyło się potajemne zebranie, na którym wszyscy świadkowie morderstwa przed ołtarzykiem z zapalonymi świecami, krucyfiksem i obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej ponownie podpisali przysięgę krwią, że nie pisną w sądzie ani słowa. Nie obyło się przy tym bez bardziej przyziemnych argumentów - każdy z potencjalnych świadków otrzymał za swe milczenie od 2 do 10 tysięcy złotych. Łączna suma wydana przez rodziny morderców na łapówki przekraczała 200 000 złotych.
W czasie procesu rodziny oskarżonych w dalszym ciągu przekupywały i zastraszały świadków morderstwa. W rezultacie kilkadziesiąt osób, wezwanych w charakterze świadków, solidarnie milczało. Dopiero zarządzone przez sąd na wniosek prokuratora aresztowania za składanie fałszywych zeznań skłoniły mieszkańców Zrębina do powiedzenia o tym, co widzieli.
Wkrótce okazało się, że biegły dokonujący sekcji zwłok nie wykonał podstawowych badań. Nie miał zresztą uprawnień. Był przekonany, że to ofiary wypadku drogowego. A może chciał, aby tak było? W każdym razie po kilku miesiącach, na wniosek prokuratora zarządzono ekshumację ciał i dokonanie ponownej sekcji. Jej wyniki nie pozostawiały złudzeń - to były ofiary potwornej zbrodni. Dziura w czaszce jednej z zamordowanych osób idealnie wręcz pasuje kształtem do korby klucza do kół. To było narzędzie zbrodni.
Część świadków przestała się bać, na przesłuchaniach wychodziły fakty, które składały się w logiczną całość. Na tej podstawie odtworzono przebieg tragicznych zdarzeń. Prokuratorzy zaczęli pisać akt oskarżenia.
Prokurator wydał nakaz aresztowania Jana Sojdy, Józefa Adasia, Jana Sochy i Stanisława Kulpińskiego. Ich proces rozpoczął się 7 listopada 1978 r. przed tarnobrzeskim Sądem Wojewódzkim, który wówczas miał siedzibę w Sandomierzu.

Kara śmierci

Po trwającym dokładnie rok procesie, 10 listopada 1979 roku Sąd Wojewódzki w Tarnobrzegu z siedzibą w Sandomierzu wydał wyrok: 51-letni Jan Sojda - kara śmierci, 37-letni Józef Adaś - kara śmierci, 30-letni Jerzy Socha - kara śmierci, 31-letni Stanisław Kulpiński - kara śmierci. Henryk Witek skazany został na pięć lat więzienia.
5 lutego 1982 roku w Sądzie Najwyższym zapadł wyrok. Wobec Jana Sojdy i Józefa Adasia utrzymane zostały kary śmierci, skazanym Jerzemu Sosze i Stanisławowi Kulpińskiemu sąd zamienił "kaesy" (tak w nomenklaturze sądowej określana jest kara śmierci) na odpowiednio 25 i 15 lat pozbawienia wolności. Wyrok dla Henryka Witka został utrzymany.
23 listopada 1982 roku, w Areszcie Śledczym przy ulicy Montelupich w Krakowie, dwaj skazańcy zostali przekazani katu. Wyrok wykonano poprzez powieszenie, w obecności lekarza, naczelnika więzienia i prokuratora Franciszka Bełczowskiego. Podobno przed egzekucją miało też miejsce coś dziwnego, ale nikt otwarcie o tym mówić dziś nie chce.
Matka zamordowanych Kalitów z ich podobiznami


Tak zakończyła się sprawa jednej z najbardziej makabrycznych, a zarazem niezwykłych zbrodni w najnowszej historii Polski. Jak zgodnie stwierdzili zarówno badający sprawę milicjanci, jak i prokurator oraz sąd, podobnego przestępstwa nie odnotowano we wcześniejszej historii kryminalistyki.


W oparciu o tę sprawę powstała książka Wiesława Łuki "Nie oświadczam się". Autor przez półtora roku trwania procesu sądowego publikował na łamach tygodnika serię reportaży z sali sądowej i kilku wsi pod Połańcem, z których pochodzili świadkowie zbrodni. Powstał także film "Zmowa" na podstawie scenariusza Wiesława Łuki, natomiast Roman Bratny napisał powieść pod tytułem "Wśród nocnej ciszy", a także przedstawienie teatralne. O sprawie pisali też inni dziennikarze, m.in. Hanna Krall.
Wzmianka o tej sprawie kryminalnej pojawia się także w kryminale Zygmunta Miłoszewskiego "Ziarno prawdy".

Źródła:
1, 2, 3, 4.

Oglądany: 93784x | Komentarzy: 178 | Okejek: 465 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

23.03

22.03

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało