Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Dziś wyjątkowy dzień dla Polski na Euro 2016

66 481  
287   124  
Pavvel pisze: Gdybyśmy osiągnęli coś na tych mistrzostwach, umarłbym chyba z dumy. Po prostu, nie ukrywajmy, nie jesteśmy jakąś wielką drużyną. Sukces narodowy to coś więcej niż sukces ulubionej drużyny, niby głupie EURO, a łączy ludzi...

Całe rodziny oglądające mecze, strefy kibica, flagi na autach, bluzy, koszulki, czapeczki biało-czerwone. To naprawdę coś wielkiego. Emocje jakie towarzyszą przy wygraniu Ligi Mistrzów przez ulubioną drużynę są nie do opisania, jednak w żadnym stopniu nieporównywalne do osiągnięcia sukcesu kadry narodowej. Przeważnie jesteśmy sympatykiem wielkiego, europejskiej klubu. To przyzwyczaja do wygrywania, prędzej czy później posmakuje się wygrania czegoś wielkiego. Natomiast co do naszej kadry, nie wiem, czy może nie mamy dziś najlepszej kadry w moim życiu, czy za rok się wszystko nie posypie. Nie wiem, może już nigdy nie zakwalifikujemy się na EURO. Nigdy tego nie wiadomo. Nie ukrywajmy, to żaden wstyd. Nie jesteśmy wielkim zespołem. Nie jesteśmy Niemcami, Hiszpanią, Włochami czy nawet Anglią. Nie jesteśmy i koniec kropka. Anglicy to zlepek pseudo talentów z mało ogarniętym trenerem na ławce, a i tak co turniej są w roli jednego z faworytów, natomiast my co najwyżej w roli czarnego konia.

Osobiście uważam, że obecna kadra jest po prostu zajebista i nie myślę o przyszłości. To bezapelacyjnie najlepsza kadra jaką mogłem oglądać za życia. Myślałem, że na EURO 2012 nie można mieć już lepszej drużyny na nasze realia. Wielkie trio z Dortmundu, do tego kilka eksperymentów z Boenischem, Obraniakiem, aby poczuć wielką europejską piłkę z nutką obcokrajowców w składzie. Jednak, jak widać, tamta a ta drużyna to jakiś żart. Tamto było nieporozumieniem. Dziwny, bez elementarnej wiedzy trener, dziwny zarząd, który był znany jedynie z okradania i picia i do tego kawał dobrego żartu w postaci logo PZPN na piersi na koszulkach. To wszystko dziś, po latach, ukazuje malutkość tamtej kadry. Dzisiaj to wielka ekipa, wielcy piłkarze, liczący się w Europie. Oczywiście, nie mamy super 10, nie mamy rewelacyjnej obrony ani zmienników, jednak spokojnie. Niemcy też na pewno w duszy zazdroszczą nam Piszczka i Lewego, inna część bogactwa na bramce, a jeszcze inna skrzydłowych czy Krychowiaka. Mamy bardzo dobrze poukładany zespół, z aspiracjami na małą niespodziankę. Mamy dobrze dobranego trenera i... prezesa. Zbigniew Boniek jest naprawdę odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu. Zachowuje klasę, potrafi wyjść do ludzi, potrafi się pośmiać. Jest z kadrą, a to ważne. To wielki piłkarz, on swoje przeżył, on wie, jak być liczącym się w Europie.


Mecz z Irlandią to wymarzony mecz na początek turnieju. Mnóstwo ludzi przed telewizorami, oglądamy. Oglądam, przecieram oczy i kurwa nie wierzę. Naprawdę mamy mocną kadrę. Naprawdę oni chcą, naprawdę oni walczą. Wyglądają jak groźne, a co najważniejsze głodne psy. Od początku pokazujemy na boisku, kto będzie wiódł prym, kto będzie trzymał w garści mecz i 3 punkty. Dlaczego to robimy? Bo możemy, bo mamy wszelkie argumenty ku temu, aby to robić. Nie musimy się ich bać, jesteśmy lepsi. A kim są oni? No właśnie, słabiutka, zagubiona Irlandia, marząca o remisie wywalczonym grą defensywną, szczęściem i chamstwem na boisku. Oczywiście, mamy kilka dobrych sytuacji i możemy mecz zakończyć kilkoma bramkami, jednak to nieważne. Strzelamy, wygrywamy, mamy 3 punkty. To jest turniej, tutaj nikt nie rozpamiętuje, tutaj liczy się bezwzględność. Francja, gospodarz turnieju, jeden z faworytów. Każdy mecz niemrawy, bramki strzelone wymęczone, jednak i piękne, w ostatnich minutach meczów. Ale to nieważne, wygrywają i bezczelnie awansują jako lider grupy.

Nadchodzi czas grozy. Mecz z Niemcami. Tutaj ciężko o kalkulacje i walkę filozoficzną. Tutaj nikt nikomu nic nie będzie udowadniał w pierwszych minutach. Tutaj każdy wie, że to Niemcy narzucą swój styl gry. A dlaczego? A dlatego, że to Niemcy i tyle. Tak samo jak nikt trzeźwo myślący nie ruszy z rękoma w dole, strzelając liścia jednemu z braci Kliczko. Dlaczego? A dlatego, bo skończy z poważnym wstrząsem mózgu. A więc tutaj każdy ma respekt. Oczywiście przed meczem pompowanie balonika, gadki o dobrej formie Polski, o dobrej kontrze, dobrym składzie i w ogóle. Jednak nie oszukujmy się, nikt w składzie Niemiec nie bierze remisu, straty punktów pod uwagę. Oni już myślą o ćwierćfinale, półfinale, o wygraniu mistrzostw bez straty punktu.


Zaczęło się, pierwsze 20-30 minut. Jeden, wielki, niemiecki szturm. Walą, pukają, stukają, ale głową w mur. Nasi po prostu są wielcy. Taktycznie rozpracowany zespół niemiecki kompletnie. W kajdany zamknięty jeden z najlepszych środków na świecie: Ozil - Kroos - Khedira - przez naszych wielkich piłkarzy, przez naszego generała z 10 na plecach - Krychowiaka. Przez objawienie narodowe - Pazdana. Przez wielką, kompletną ekipę. Przez straszny, cholerny kolektyw. Po tym szturmie gradobicie ustało, jest spokój. Mamy to, mamy ich rozpracowanych. Byle nie stracić gola do przerwy... i nie straciliśmy. Początek połowy, mamy nieprawdopodobną sytuację, tak strasznie nieprawdopodobną, że aż sam Milik nie wierzy i po prostu z wrażenia nie trafia, bo głupio. Głupio upokorzyć tych wielkich Niemców, głupio upokorzyć tego wielkiego Neuera, kolejny raz. Wystarczyło raz w eliminacjach, teraz trzeba zachować klasę. Więc wracamy do tego, co było wcześniej - gramy swoje. Jednak gramy coś więcej, gramy jak równy z równym z mistrzem świata. Zeszło z naszych wszystko, co było na początku. Stres, strach, zakłopotanie. Teraz nie ma tego, teraz jest 22 równych sobie facetów, którzy chcą pokazać się z najlepszej strony. Co więcej, mamy jeszcze kolejne sytuacje i naprawdę, naprawdę kurwa możemy ich pokarać. Nie udaję się, szkoda, naprawdę szkoda.

Żyję w czasach, że gramy z Niemcami przez 60 minut jak równy z równym, a po meczu czuję niedosyt. Lawina hejtu i nienawiści na Milika, lawina chwały na Pazdana i Krychowiaka. Oczywiście, nie ma co się tłumaczyć, być subiektywnym. Arek Milik jako topowa 9 młodego pokolenia w Europie - można tak nazywać człowieka, który tyle zrobił w eliminacjach - powinien to trafić. Powinien, bo to jego główne zadanie, ale nie udało się. Szkoda, jednak nie ma co wieszać psów, ale też nie ma co się obrażać. Więksi nie trafiali, a mniejsi trafiali. Rozegraliśmy kawał meczu, czuje niedosyt i czekam na więcej. Żeby ukazać wielkość spotkania, zawodnikiem meczu nie zostaje nikt z ofensywnych zawodników niemieckich, co jest akurat w miarę logiczne, patrząc na ich po prostu brak pomysłu na grę. Co więcej, nie zostaje nawet nasz środkowy obrońca - Michał Pazdan, który do dzisiaj nie wierzy, jak to się stało i analizuje każdy zjedzony posiłek tamtego dnia. Piłkarzem meczu zostaje środkowy obrońca reprezentacji Niemiec, Jerome Boateng, który robił co mógł, żeby Polska nie wygrała.


Mecz z Ukrainą. Wiadomo, że już wyszliśmy dalej. Wiadomo, że nie będzie to mecz o pietruszkę ani o honor. Wiadomo, że jesteśmy już w najlepszej szesnastce turnieju. Trener Nawałka daje odpocząć kilku zawodnikom po dwóch naprawdę intensywnych meczach. Dwóch, które dla wielu były niczym finały, a dla niektórych najważniejszymi w karierze, to ukazuje i potwierdza nasz głód i chęć walki. To, co dla Niemców jest sprawą normalną, naturalną, dla nas jest już osiągnięciem olbrzymim. Ukraina nie pokazuje nic na tym turnieju. I nie przesadzam, bo nie strzeliła nawet bramki, nie ugrała nawet jednego punktu. Więcej zamieszania robią kibice, trenerzy, afery z szatni i ze sztabu, niż piłkarze na boisku. To dobry moment na chwilę oddechu, na mały reset. Na odpoczynek. Jak się okazuje, my gramy najgorszy mecz na tym turnieju, natomiast nasi rywale najlepszy. Jednak los jest na tyle wredny, że to my kontynuujemy dobrą drogę, to my wygrywamy i nie tracimy bramki, a rywale wracają do domu z zerowym dorobkiem punktowym i bramkowym.

Jednak dla mnie to kubeł zimnej wody i ukazanie naszych słabych stron, ale to dobrze, to daje możliwości analizy drużyny przed Szwajcarami. Naszą główną bolączka okazali się słabi, a raczej ich brak, zmiennicy. Zieliński mający być w teorii, na kartce, przed turniejem, jednym z silniejszych punktów tej kadry, okazuje się być kompletnie innym zawodnikiem niż w Empoli, gdzie jest kluczowym punktem. Oczywiście, ciężko oceniać po jednym meczu, a łatwo zasypać lawiną nienawiści. Ciężko wejść w turniej, gdy drużyna jest myślami w następnej fazie, a naprzeciwko rywal, który w końcu chce też coś udowodnić, a na koniec, ciężko też nie myśleć o Liverpoolu, bo tam Piotrek ma zagrać od następnego sezonu. To wszystko przekłada się na tak dużą presję, a jednocześnie chęć pokazania się, że kończy się na fatalnych 45 minutach.


Po przerwie czas na zmiany, wchodzi Kuba. Gość, który był tutaj już kapitanem, gość, który nie ma już presji, ma za to jaja. A to bardzo ważne na takich turniejach. Wchodzi na boisko, potem wchodzi bezczelnie w obronę rywala, kwitując bramką. Słaby mecz w wykonaniu naszych, ale co? Ale wygrany. Dający nam kolejne 3 punkty i wielki nadmuchany balon przed kolejną fazą, gdzie już nie będzie przebacz, gdzie już nie będzie możliwości sprawdzenia drugiego wariantu. Gdzie każdy najmniejszy błąd może skutkować drogą powrotną do domu. Czeka na nas Szwajcaria, czyli drużyna, którą możemy spokojnie ograć, którą możemy przejść i być dalej w grze. Kiedy, jak nie teraz, nasz wielki z eliminacji atak ma się obudzić? Jeśli nie teraz, to już się nie obudzi, bo nie będzie okazji, bo nas nie będzie już na tym turnieju.

Liczę na wielki mecz, liczę na wielkie emocje. Czekam na coś wielkiego. Wszyscy razem dmuchamy, pompujemy wielki balon, który mam nadzieję, że jak w końcu pęknie, to najwcześniej w lipcu. Głowy mogą być naprawdę gorące, gdy spojrzymy na drabinkę turniejową, na możliwych rywali w drodze do finału, a wśród nich Walia, Chorwacja i trafieni Szwajcarzy. Oczywiście to wielkie zespoły, bo na tym etapie nie ma już słabych drużyn, jednak po drugiej stronie barykady są takie drużyny jak Hiszpania, Włochy, Niemcy, Anglia... Można się rozmarzyć. I niech te marzenia trwają, niech będą z nami jeszcze chociaż przez kilka dni, a potem przez następnych kilka. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, a mój jest już naprawdę spory, bo najadłem się sporo w fazie grupowej strachu, ale i dumy i emocji. Dzięki temu szybko nie będę nasycony.
39

Oglądany: 66481x | Komentarzy: 124 | Okejek: 287 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało