Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Praca w korporacji to szczyt marzeń wielu, rzeczywistość bywa jednak okrutna

204 848  
743   198  
Zabawne jest to, do jak wysokiej rangi urosła w ostatnich latach osławiona "praca w biurze".

Kto pracuje w biurze, ten jest lepszy! Co i rusz słyszymy przechwałki typu:

Wiesz, ja to pracuję w biurze, w dużej firmie…

A Krzysio, chrześniak Marka, pierwszego męża Anki, tej wiesz, od Mariusza – to on, wyobraź sobie, mieszka w mieście i pracuje w biurze!

Aha. Super. Wiecie kto to jest young account manager? Ja wiedziałem, ale zapomniałem i nawet nie mam ochoty szukać tego na Wiki – to tak „ważna” osoba. Całe to „w biurze” to taka bajkowa, tęczowa kraina z garncem złota na końcu. Ale wiecie jak to jest z tym gonieniem tęczy? No właśnie, tu nie jest inaczej.


Mordor na Domaniewskiej

Jest w Warszawie ulica Domaniewska i są też jej okolice. W każdym większym mieście jest takie miejsce. Wszystko zabudowane w stylu nowoczesnym. Beton, szkło, metal. Każde piętro jest takie samo. Każde okno na każdym piętrze jest takie samo, a w każdym z tych okien siedzi taki sam zesrany ze strachu korposzczur pod krawatem. Sam tam kiedyś pracowałem… No… parę budynków dalej, tam, gdzie atmosfera przynajmniej próbowała udawać miłą i dwa razy w roku można było liczyć na rozrywkowe ćwiczenia ewakuacyjne.

Zastanawiasz się może co to za rozrywka? No normalnie, odrywasz się od biurka na 15 minut, stoisz przed budynkiem i wszyscy się cieszą, bo im nie ucieka przerwa na zegarze. Na sygnał powrotu wszyscy z miejsca przybierają poważne miny.


Historia właściwa:

W grudniu – przed świętami – miałem trochę produktów do rozwiezienia na Domaniewskiej. Było zimno jak jasna cholera, w dodatku musiałem wstać o wiele wcześniej niż zwykle, bo zaraz z rana miałem już coś w kalendarzu.

Biegałem między adresami, przeklinając po cichu swoją robotę, całe to zimno i całe to poranne zło. Grrr… mogłem sobie siedzieć gdzieś „w biurze”, a nie bawić się we własne biznesy.



Powoli dochodziło ósma rano, a z tramwajów wylewały się szpalery jednako ubranych, jednako wyglądających i jednako stąpających ludzi. Wszyscy jak armia Chińskiej Republiki Ludowej z ogromną precyzją połykali kolejne metry chodnika i ginęli w portalach wejściowych. Punkt ósma wszedłem do windy na górnym piętrze biurowca, za mną wsiadł przyjaźnie wyglądający 40-latek. „Dzień dobry! Pan na parter?” – uśmiechnąłem się do niego. Popatrzył na mnie wytrzeszczonymi oczami, odwrócił wzrok i skulił się w przeciwnym rogu, opierając czoło w kącie windy. Co do urwał nędzy…



Przetrwałem te kilka pięter niezręcznej ciszy, a na parterze przywitała mnie ściana żółtodziobów napierających na otwierające się drzwi windy. Mi udało się wyjść, nie wiem jak mój milczący kolega. Przecisnąłem się, ale ledwo udało mi się odbić kartę w bramce wyjściowej, bo ci którzy mogli przeskakiwali bramki, biegnąc do windy i dalej do biura. Pożegnałem się z recepcjonistką i wychodząc z budynku zobaczyłem ludzi ze strachem w oczach biegnących do szklanych domów, przebiegających na czerwonych światłach (nie muszę wspominać, że rano na drogach ruch jest niemały). Ludzie z zespołem kija w dupie, latający z powiewającymi krawatami niczym pracownicy Ministerstwa Głupich Kroków. Skojarzenie z armią Ch.R.L. wydaje się być mocno na miejscu, bo ci ludzie wyglądali jakby im śmierć pięty lizała. Bo już minęła magiczna godzina odbicia karty na fabryce. O! Przepraszam – w biurze. A może to tylko taka zabawa, że po pełnych godzinach chodnik to lawa? Cholera wie, ale jednego jestem pewien: Nikomu nie życzę pracy w takich warunkach, nikomu nie życzę tego strachu, tej niepewności, tego psychicznego młynka i takiego zamordyzmu. Szeregowy pracownik korporacji to jest nowy „fizyczny”, a biurko to taka ładniejsza łopata.



Kto i kiedy wmówił nam, że to ma jakikolwiek związek z samorealizacją i dążeniem do czegokolwiek w życiu? Osoby, które nie miały styczności z „w biurze” pewnie myślą, że dla takich pieniędzy może warto się poświęcić. Ha, ha, ha, ha! O naiwności! Wiecie jak się zatrudnia żółtodziobów?

Weźmiemy cię, bo byłeś najlepszy w grupie, ale wiesz, jest duża konkurencja, jednak udało mi się przekonać Teama, że to właśnie ciebie potrzebujemy, jesteś najlepszy. Musisz to tylko udowodnić, żebym mógł cię klepnąć wyżej. Ile chciałbyś zarabiać? Trzy tysiące? Spoko, nie ma problemu, serio, będziesz zarabiał trzy, a nawet cztery. Na razie masz tutaj umowę o dzieło na miesiąc na 1200 zł, ale to tylko na razie, jak tylko wróci laska z HR-u, to dostaniesz normalną umowę. Więcej pieniędzy? Tak, tak, dostaniesz, to tylko takie próbne dwa tygodnie, potem sobie poradzisz, bo jesteś najlepszy i będziesz kosił mamonę. No to się dogadaliśmy, zostaw to podpisane i jutro na ósmą.

Domyślacie się, że te dwa tygodnie to tak naprawdę X lat na minimalnej krajowej? O ile ktoś się utrzyma, bo pamiętajcie, że konkurencja jest spora!

Oczywiście nic nie daje szansy na tak szybki awans jak korporacja. Tylko że pierwsze 6 awansów w korporacji przeważnie polega na tym, że zwiększa się poziom odpowiedzialności przy stałym poziomie wypłaty.

Spokojnie, dostaniesz więcej siana, jak zrobisz lepszy wynik na tym projekcie. Kto jest zwycięzcą? No, no, to do roboty, mój ty mały zwycięzco!


Nie muszę wspominać, że z nowo obejmowanego stanowiska nie ma się realnego wpływu na robienie kasy z projektów?

Pamiętaj, żeby zmienić stopkę w mailu, bo od dziś jesteś już Back Office Account Managerem! Widzisz? Zrobiłem cię pełnoprawnym MANAGEREM!




Tak, to jest właśnie jedno z tych „stanowisk kierowniczych”, jest się kierownikiem jednoosobowego zespołu konia z pługiem… ekhm… człowieka z biurkiem.

Ja tu nie będę dostarczał jakichś odkrywczych życiowych maksym, bo sami wiecie co o tym myśleć, wspomnę tylko krótko drogą podsumowania:

Pracowałem kiedyś w sklepiku – obsługiwałem klientów. Odpowiedzialność moich decyzji sprowadzała się do tego, czy ktoś kupi towar niebieski czy różowy, ostatecznie i tak mu mogłem wymienić. Co godzinę wychodziłem na przerwę, popatrzeć jak drzewa rosną lub jak od słońca farba elewacji blaknie. Do domu wracałem z czystą głową. W pracy uśmiechałem się co pięć minut, bo lubiłem swoich klientów, a na koniec miesiąca miałem też odpowiedni powód do radości. Ja nie mówię, że to szczyt ambicji, ale ciężko to nawet przyrównać do tej "cudownej" pracy w biurze.

Oglądany: 204848x | Komentarzy: 198 | Okejek: 743 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

15.07

14.07

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało