Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

5 szalonych rzeczy, które ludzie zrobili tylko po to, by za coś nie płacić

184 439  
403   72  
W czasach, gdy życie na kreskę staje się stylem życia, a ludzie z braku lepszej opcji podpisują wieloletnie zobowiązania finansowe, wyczyny bohaterów niniejszego tekstu mogą stać się pewnego rodzaju inspiracją.

#1. Dobra impreza na własne nazwisko

Są takie nazwiska, których samo brzmienie powoduje w człowieku wzmożony przepływ neuronów. Członkowie rodzin Rothschildów, Habsburgów czy Czartoryskich z pewnością nie mają powodów, by zmieniać nazwiska, a nawet jeśli mają, to i tak nikt z nas nie posiada dostępu do poufnych danych FBI. Te nazwiska mimowolnie kojarzą się z tradycją lub olbrzymią potęgą. Co innego, gdy jest się Paździochem albo Fiutem.

„Mały Fiut, zapraszam do odpowiedzi”.

Ale są też nazwiska neutralne, a wręcz wywołujące pozytywne skojarzenia, do których, jak się zaraz okaże, przywiązanie wyraża się wysokością dopłaty do biletu na Ibizę.

W 2015 roku brytyjski student zmienił nazwisko tylko po to, żeby uniknąć dodatkowej opłaty na lotnisku. To znaczy nazwisko miał dobrze wydrukowane, tylko nieprawdziwe, bo zaczerpnięte z Facebooka, gdzie podawał się za aktora wcielającego się w postać telewizyjnego Batmana w latach 60., Adama Westa. Nazwisko chłopaka podał zaś liniom lotniczym Ryanair ojczym dziewczyny, z którą spotykał się student. Powiedzmy sobie szczerze – którego ojca obchodzi tak naprawdę nazwisko chłopaka jego córki?

„Odprowadzisz ją do domu do dziesiątej czy ja mam odprowadzić ciebie do szpitala?”

Gdy okazało się, że student, nazywający się tak naprawdę Adam Armstrong, musi dopłacić w związku z tą pomyłką 220 funtów, nie myślał długo i popędził do urzędu. Tam, korzystając z prawa deed poll, pozwalającego na szybką zmianę nazwiska (podpis w obecności świadka), uporał się z papierkową robotą i skierował swoje kroki do urzędu paszportowego. Wydając 103 funty na nowy paszport, zrobił interes życia i poleciał ze swoją dziewczynę na Ibizę.

Swoją drogą wie ktoś, co słychać u tego gościa?

#2. Zawał na obiad

Wydałeś kupę kasy na dobrą kolację dla nowo poznanej dziewczyny, odwozisz ją taksówką do domu, odprowadzasz do drzwi, wracasz do samochodu i z pewnym niepokojem przyznajesz: „No dobra, nie mam kasy, co robimy?”. Drzwi się zatrzaskują, taksówkarz odwraca się, a do ciebie powoli dociera, skąd ten uśmiech na jego twarzy.

„Pomożesz mi odmalować altanę”.

Jeśli nie chcesz wdawać się w niewygodne rozmowy z taksówkarzem, możesz uciec się do bardziej radykalnych rozwiązań i na przykład udać zawał. Tak jak 52-letni mieszkaniec Milwaukee, który w 2008 roku zaczął symulować atak serca, by nie płacić za taksówkę. Udało się – facet podjechał pod centrum handlowe, odegrał oskarową scenkę i uniknął opłaty. Gość najwidoczniej poczuł, że szczęście mu sprzyja, bo tego samego dnia wywinął ten sam numer w restauracji. Tym razem został odwieziony do szpitala przez strażaków. Tam spotkał go pech, bo został rozpoznany przez lekarzy. Okazało się, że pomysłowy Dobromir kilka razy wyłudził pieniądze metodą „na NFZ” w restauracjach w ciągu kilku tygodni. Ostatni obiad, o wartości 23 dolarów, kosztował go rozprawę sądową z zarzutami o wyłudzenie, za co groziła mu kara 9 miesięcy pozbawienia wolności oraz grzywna w wysokości 10 tysięcy dolarów. Czy został ukarany? Media nie podają, ale zgadujemy, że w trakcie rozprawy mógł dostać zawału.

#3. Związek aż po grób

Umowy. Gdzie się nie ruszysz, ktoś chce od ciebie jakąś umowę. Internet? Proszę podpisać. Telewizja? Tak, dwa lata minimum. Za pisiont dziewięć i telefon stacjonarny w gratisie. Zupełnie jakby słowo dżentelmena już nie wystarczyło. Gdzie te piękne czasy, gdy targu dobijało się krzyżując strumienie moczu? Jeśli wyciągnięcie pindola w obecności drugiego człowieka i wycelowanie swoim strumieniem moczu w jego strumień moczu nie można nazwać aktem najwyższego zaufania, to nie wiemy co nim może być.

„Przysięgam na swoje odznaki harcerskie, że frank nawet nie drgnie przez najbliższe 30 lat”.

No ale w dzisiejszych czasach to nie przejdzie. Nikt już nikomu nie ufa, więc aby móc oglądać Ligę Mistrzów lub przeglądać internet w pracy, musimy podpisywać różne dokumenty. Wchodząc na dowolną stronę internetową należy zaakceptować jej politykę cookies. Tak, zapoznał/em/am się z regulaminem. Tak, mam skończone 18 lat. Doszło już nawet do kuriozalnej sytuacji, że na umowy zgadzamy się w ciemno, byle mieć to już za sobą.

„Zielona, bierz zieloną zanim wykupią!”

Nie powinniśmy się więc zdziwić – zarówno ci, którzy starają się jeszcze bronić przed tym zjawiskiem, jak i ci, którzy się dawno poddali – gdy w pewnym momencie goście z Apple’a wparują nam do mieszkania, gdy my akurat będziemy przygotowywać broń chemiczną za pomocą iTunes. Regulamin iTunes jasno przecież stwierdzał, że nie wolno tego robić. Albo gdy będziemy czytać sobie książkę na Kindle’u, a Amazon postanowi ją z jakiegoś powodu usunąć. Zgodziliśmy się na to. Trudno więc nie utożsamiać się w pewnym stopniu z ludźmi, którzy uciekają się do najbardziej radykalnych sposobów, byle tylko uwolnić się od umowy. Szczególnie gdy w grę wchodzi bolesne zakończenie związku z korporacją.

W 2007 roku Amerykanin Corey Taylor postanowił ostatecznie rozstać się firmą telekomunikacyjną Wireless Verizon. Facet miał dość psującego się telefonu i naliczania według niego nieuzasadnionych opłat. Wtedy jednak dowiedział się, że zerwanie umowy będzie go kosztowało 175 dolarów. To naprawdę zadziwiające, jakie kreatywne supermoce budzą się w ludziach, gdy życie stawia ich pod ścianą. Facet zaczął więc szukać i znalazł. W jednym z zapisów umowy doszukał się wzmianki o tym, że umowa przestaje obowiązywać, gdy klient umrze. Z artykułów pisanych przez trenerów motywacyjnych na Joe Monsterze wiemy, że okazje trzeba wykorzystywać, więc facet nie zwlekał długo i upozorował własną śmierć.

Taylor spreparował świadectwo zgonu i poprosił przyjaciela, by przefaksował je do Wireless Verizon.

90% z was wie także co to jest walkman, wy jaskiniowcy.

Korporacje nie są jednak naiwne, gdy chodzi o pieniądze – jakaś tam śmierć nie przeszkodzi im przecież w wyegzekwowaniu kwot, które w końcu prawnie im się należą. Amerykanin został zdemaskowany i koniec końców musiał spłacić swoje zobowiązanie, czym naraził się nie tylko na zażenowanie, możliwe konsekwencje prawne, ale i jeszcze bardziej uodpornił korporacje na wciskanie kitu. Dzięki, stary.

#4. Najdroższy urlop dziekański

Amerykańskie uniwersytety są jednymi z najlepszych na świecie. Tylko w XXI wieku aż 7 absolwentów University of Stanford, drugiej największej uczelni uniwersyteckiej w Stanach, zostało laureatami nagrody Nobla, w tym 3 razy z rzędu z chemii. Wszystko ma jednak swoją cenę. Jeden rok edukacji na „stanfordzie” kosztuje ponad 47 tysięcy dolarów, przy których koszt nauczania nawet w najlepszych polskich uczelniach wydaje się ledwie pensją woźnego. I mówimy tylko o podstawowych kosztach, do których dochodzi jeszcze zakwaterowanie, ubezpieczenie itd.

Bohaterowie amerykańskich filmów naprawdę się cieszą, gdy mogą wydać TAKĄ kasę?

Co prawda studenci, którym uda się ukończyć studia na którejś z najbardziej prestiżowych uczelni, mogą liczyć na dużo większe zarobki niż reszta studentów, ale i tak ryzyko, na które się decydują, wydaje się ogromne. Studentom z zamożnych rodzin jest oczywiście dużo łatwiej podjąć to ryzyko, ale ci, którzy nie mają na nazwisko Rothschild lub Rockefeller, tylko Paździoch lub Fiut, powinni zastanowić się, czy dysponują wystarczającym potencjałem intelektualnym oraz odpowiednią determinacją zanim zdecydują się na podjęcie edukacji kosztującej tyle samo, co nowy dom.

Wie ktoś w ogóle, ile kosztują domy w Stanach?

Czy pisałem już, że jak ludzie czegoś bardzo pragną, to zrobią wiele, żeby to osiągnąć?

Pozdrawiam, Paulo Ubewueljo.

Pożyczki studenckie to popularny w Stanach sposób autofinansowania swojej edukacji. Gorzej, gdy student zda sobie sprawę z tego, że uzyskana dzięki kredytowi edukacja pozwala mu co najwyżej na opłacenie wynajmu mieszkania i biletu miesięcznego.

Pieniądze trzeba oddać, ale co zyskasz, to twoje.

Wtedy zaczynają się kłopoty. I to nie byle jakie, jeśli student pożycza od rządu federalnego. Rząd federalny USA bowiem cechuje się niezwykłą determinacją w odzyskiwaniu długów. I wcale nie musi stosować znanych z filmów technik, o których nie mówi się zazwyczaj w mediach. Wręcz przeciwnie – rząd federalny USA zapewnił sobie bardzo skuteczne i całkowicie legalne sposoby odzyskiwania długów. Rząd federalny USA może zająć wynagrodzenie dłużnika bez uprzedniej zgody sądu, zająć zwrot podatku, a nawet część renty, emerytury lub świadczeń socjalnych. I jest przy tym bardzo zdeterminowany ­– rząd federalny USA ma dużo czasu, żeby ścigać dłużnika, w przeciwieństwie do samego dłużnika.

Gdy myśleliśmy, że nie ma większych cwaniaków...

Amerykańscy absolwenci są już winni wierzycielom ponad 1,3 biliona dolarów, a kwota ta może być jeszcze wyższa, ponieważ dane pochodzą z początku 2016 roku. Zważywszy na tempo wzrastania długu – 2 tysiące dolarów na sekundę – sami możecie policzyć, czy się zgadza. Żartuję, nie liczcie, czytajcie dalej. Już sama wielkość długu powoduje, że człowiek odruchowo sięga do kieszeni, żeby sprawdzić, czy portfel jest na swoim miejscu. Wielu absolwentów próbuje radzić sobie ledwo wiążąc koniec z końcem, ale część nie wytrzymuje i decyduje się na krok ostateczny.

„Mama? Stęskniłem się!”

Wielu zadłużonych studentów ucieka po prostu ze Stanów, gdy najbardziej ekscytującą perspektywą w życiu stają się dla nich urzędowe pisma wzywające do spłaty zobowiązań finansowych. Wolą oni porzucić rodzinę i znajomych, niż walczyć codziennie o przetrwanie w kraju, w którym amerykański sen bardziej przypomina dla nich koszmar. Częstym celem wyprowadzki staje się Europa. Amerykańscy studenci uważają, że tutaj odetchną i będą mogli godziwie zarabiać, by móc spłacać pożyczkę na bieżąco lub uzbierać odpowiednią kwotę, by po kilku latach móc wrócić do Stanów. Ale część z nich nawet nie zawraca sobie tym głowy i mówi wprost, że nie ma zamiaru płacić. Prawnicy zajmujący się tego typu sprawami tłumaczą, że tak naprawdę nie mogą wiele zrobić, ponieważ nie dysponują odpowiednimi instrumentami prawnymi.

#5. Robota na pół etatu

Jeśli próbę oszukania taksówkarza przez udawanie zawału można nazwać bezczelną, to bohater tej części wpisu wynosi bezczelność na zupełnie nowy poziom. Tylko w jakiś dziwny sposób ta próba budzi w człowieku dużo mniejsze oburzenie niż próba oszukania kogoś, kto uczciwie zarabia na życie.

Autor nie ponosi odpowiedzialności za swoje postrzeganie świata.

Przestępczość ma już tyle historycznych momentów, że omówienie wszystkich trwałoby jeszcze dłużej, niż przeczytanie umowy z iTunes od tyłu. Są zbrodnie doskonałe, gdzie nie można (w)skazać winnego mimo DNA znalezionego na miejscu zbrodni, ponieważ DNA należy do któregoś z braci bliźniaków, ale żadnemu nie można udowodnić przebywania w miejscu zbrodni. Są zbrodnie, które nie zostały wyjaśnione, jak sprawa słynnego „Zodiaka” czy nieznanych snajperów, którzy w 2014 roku ostrzelali jedną z elektrowni w Kalifornii. Są też przestępcy, którzy stali się inspiracją dla filmów o gangu Olsena. Tutaj znajdują się ci, którzy obżarli się i opili, po czym zasnęli w obrabianej przez siebie restauracji lub uciekając z miejsca zbrodni wsiedli do radiowozu sądząc, że to ich transport.

„Na Rakowiecką, kierowniku!”

Mamy też bezczelnych przestępców, których przypadki wywołują uśmiech na twarzy. Jeffrey Edmondson był odnoszącym sukcesy w latach 70. dilerem narkotyków z Minneapolis. Hollywood jednak uczy, że sielanka nie trwa wiecznie, więc i Edmondson w końcu został złapany i osądzony. Byłaby to historia jakich wiele, gdyby nie to, że do Edmondsona dobrał się jeszcze amerykański urząd skarbowy. Nieszczęścia chodzą w końcu parami.
Śledztwo wykazało, że diler jest winien amerykańskiej skarbówce 17 tysięcy dolarów. Zamiast się załamać Edmondson zachował się jak rasowy przedsiębiorca i odwołał od decyzji urzędników, argumentując, że nie uwzględnili oni w swoich wyliczeniach ulg, które mu przysługiwały z tytułu kosztów prowadzenia działalności. Sąd podatkowy uznał, że sprzedając amfetaminę, kokainę i marihuanę Edmondson zatrudniał sam siebie, a że „pracował” z domu, to mógł odliczyć poniesione koszty od podatku. Czasem tak to jest w życiu, że człowiek odkrywa swoje powołanie zupełnie przypadkowo, czym inspiruje internetowych twórców do pisania artykułów.

W 1982 roku wprowadzono zmiany w amerykańskim prawie, uniemożliwiające odpisywanie od podatku kosztów działalności związanej z handlem narkotykami. Sorry.

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11
41

Oglądany: 184439x | Komentarzy: 72 | Okejek: 403 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

20.01

19.01

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało