Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Komornikiem być - nie jestem złodziejem, a ludzie i tak swoje wiedzą

78 561  
467   287  
Cinus pisze: Zastanawialiście się kiedyś jak to jest pracować w - najprawdopodobniej - najbardziej znienawidzonym społecznie zawodzie? Cóż, trywialnym byłoby stwierdzenie, że nie jest to praca dla każdego.


Zacznijmy jednak od początku. Kilka uwag tytułem wstępu.

Pracuję w zawodzie od kilku lat, do branży wszedłem jeszcze na studiach. Nie, nie jestem z żadnej mafii, nie mam wujka w zawodzie ani przed wejściem w temat nie miałem o nim zielonego pojęcia. Aktualnie jestem asesorem, więc moje uprawnienia de facto są niemal identyczne z tymi, jakie ma komornik, z tą różnicą, że ja nie prowadzę własnej działalności, a pracuję dla kogoś i w jego imieniu (poza tym, że oczywiście także w imieniu RP) działam. Nikogo zapewne nie obchodzą aspekty pracy biurowej, które niewiele różnią się od tego, co robi przeciętny pracownik administracji. Tak jednakże wygląda znacząca większość czasu pracy w biurze, wszak to biuro - kancelaria. Owszem, pojawiają się też zdarzenia, które odrywają nas od przekładania papierków. Są to:

Telefony

O doświadczeniach rozmaitych ludzi odbierających telefon mogliście już poczytać w wielu artykułach. Otóż w tym zawodzie jest podobnie, tyle tylko, że nas nikt nie szkoli z rozmowy. Zasady i metodykę trzeba sobie wypracować samemu.

Ktoś dzwoni, żeby sprawdzić stan zadłużenia:
- Cóż, przykro mi, nie udzielam takich informacji przez telefon.
- Jak to, przecież to moja sprawa, a ja jestem z drugiego końca Polski.
- Szanowny panie, nie mam możliwości potwierdzenia pańskiej tożsamości przez internet. Przykro mi, czy mogę w czymś jeszcze pomóc?

Niby standardowo, ale dodajmy do tego wariację. Dłużnik chce odwołania rachunku bankowego. Pomijając już kwestie ochrony danych osobowych, o niektórych rzeczach możemy porozmawiać. Wbrew pozorom nie jesteśmy tam tylko po to, żeby szkodzić ludziom, wręcz przeciwnie - "Komornik nie zabiera, komornik oddaje". Dzwoni więc ktoś, tłumacząc mi, że na jego rachunek bankowy wpłynęły alimenty, 500 plus, pieniądze matki, babki, ciotki czy z parafii i co on ma zrobić. Uprzejme tłumaczenie, że owszem, może i wpłynęły, ale ja wszechwiedzący nie jestem i tego nie wiem, a żadnego sposobu żeby to sprawdzić nie mam, często nie przekonuje rozmówcy. W praktyce sama istota zajęcia rachunku sprowadza się do wysłania pisma do banku, a kwoty niepodlegające zajęciu są wskazane w ustawie. Ja nigdy nie widzę, co wpływa na rachunek dłużnika - widzi to tylko on i bank. Jak mam się wobec tego ustosunkować? Z mojej perspektywy rolą banku jest zwolnienie kwot, które zajęciu nie podlegają, bo bank nie ma prawa mi ich przelać, kropka.

Inną kwestią jest wytłumaczenie tego dłużnikowi.Musicie pamiętać, że prawdą jest, iż mogę odwołać takie zajęcie wynagrodzenia czy rachunku bankowego i zgodzić się np. na rozłożenie długu na raty, natomiast jeśli dłużnik mi się z nich nie wywiąże, bo powiedzmy ma chorego chomika, to ja ponoszę odpowiedzialność odszkodowawczą. Mimo to często zgadzam się na to, bo też jestem człowiekiem i nie pracuję w zawodzie, by innych gnębić. Inną sprawą jest, gdy sytuacja powtarza się już n-ty raz. Owszem, da się ze mną pójść na ugodę, daję ludziom szansę, ale jak śpiewał mentor ludzi biednych, "każdemu szansę dać, tylko jedną, nie więcej" (by Peja). Nie wiedzieć czemu mi się jednak szacunek ludzi ulicy nie należy. Chociaż po zastanowieniu, to wiem czemu, taka sytuacja.

Wizytacja

Raz na jakiś czas do kancelarii przyjdzie dłużnik. Większość osób wbrew pozorom zachowuje się bardzo grzecznie i jest przestraszona samą obecnością w kancelarii. Z dentystą z pewnością bym wygrał w cuglach w tej dyscyplinie. Z takimi osobami, co zresztą logiczne, nie ma problemu, bo dwóch kulturalnych ludzi dogada się ze sobą bez problemu. Zabawa zaczyna się, kiedy ktoś przychodzi i z miejsca zaczyna się awanturować. Jestem człowiekiem z natury cierpliwym (acz nie zawsze spokojnym), a takie zachowanie działa na mnie jak płachta na byka. Niemniej jednak i w tej sytuacji staram się być ugodowy. Rozumiem, że egzekucja to sytuacja stresowa, a ludzie na stres reagują różnorako. Gros ludzi, którzy przychodzą awanturując się, wychodząc przeprasza i jest pokorna jak baranki. Oczywiście wiele wspólnego z tym ma fakt, że to ja stoję na tzw. pozycji siły i prawdę powiedziawszy - od mojego widzimisię zależy, czy danemu delikwentowi pójdę na rękę czy nie.

Oczywiście wszystko w graniach rozsądku. Generalnie nie robi dla mnie różnicy, czy ktoś dług spłaci w trzy miesiące czy cztery, ale różnica pomiędzy dwoma latami a dziesięcioma to już coś. No i pamiętajcie, że ja generalnie jestem pośrednikiem, bo na drugim końcu tej linii ktoś na te pieniądze czeka, a całkiem prawdopodobne, że i on komuś zalega. Polecam poczytać o spirali zadłużenia.

Raz na jakiś czas zdarza się klient, z którym nijak nie można dojść do ładu. Przyczyny generalnie są różne, bo albo ma babcię prawniczkę, albo sąsiadkę z partii rządzącej, albo, kolokwialnie rzecz ujmując, przyszedł nawalony jak stodoła. Pierwszą linią frontu są zawsze biedne panie w sekretariacie, które z reguły Bogu ducha winne obrywają pierwszą falą obelg.

Jak się ktoś na mnie wyżywa, to przynajmniej z reguły wiem za co. Czasem dłuższą chwilę zajmuje w ogóle ustalenie, o co delikwentowi chodzi. Czasem po kilku minutach przeciągnie strunę i powiem mu, że jak ma jakieś wnioski, to chętnie je zaprotokołuję i niech spierdala. Oczywiście odpowiedź dostanie pisemną. Za tydzień lub dwa. Czasem dobrze jest być elementem machiny biurokratycznej. Podkreślam, że są to sytuacje wyjątkowe i 99% spraw jestem w stanie załatwić w trakcie zwykłej, prostej rozmowy, natomiast nikt mi nie płaci za to, bym słuchał serii obelg i inwektyw w moim kierunku. Gdybym tego właśnie chciał, pewnie poszedłbym do stand-upu. Albo do PiS-u.

Teren

Tutaj zaczyna się prawdziwa zabawa. W kotka i myszkę. Znajomi zawsze mi się dziwią: "jak ty możesz chodzić po ludziach" albo "że się nie boisz, że ktoś ci wbije siekierę w plecy". Otóż, moi drodzy, generalnie cieszę się, jak zastanę dłużnika w domu. Choć "cieszę się" to dużo powiedziane - bo skoro jest w domu, to nie jest w pracy. Tak więc generalnie częściej spotykam matkę, żonę, ciotkę itd. Pewnie myślicie, że sprawia mi perwersyjną przyjemność wynoszenie innym ludziom lodówek i kuchenek. Zadam wam teraz jedno proste pytanie - kto z was zdecydowałby się na zakup używanej, zapewne zaniedbanej, dwudziestoletniej lodówki? Więc na jaką cholerę mam ją zajmować? I niby jak mam ją wynieść, na plecach? Transport też kosztuje. Oczywiście co kancelaria to praktyka, natomiast ja osobiście jeśli już coś zajmuję, to z całą pewnością nie AGD. Nie mam oporów co do RTV, bo to akurat rzeczy zbędne, ale i tu z reguły spotyka się telewizory kineskopowe - bez żadnej wartości. Czasem trafi się jakiś samochód - Punto z '97 r. albo Polonez z '98 r. Istny szał. Czasem nawet takie pudło się zajmie, bo niby i tak wiem, że nikt przy zdrowych zmysłach tego nie kupi, a dłużnik co prawda pracuje na czarno, czyli zająć mu tego nie mogę, ale auto mu potrzebne i coś tam płacić będzie. Raz na ruski rok zdarza się zająć coś lepszego. Pewnie zastanawiacie się teraz nad kwestią traktorów itp. Zatem krótkie pouczenie: nie wierzcie TV. Wiem, trywialne, sam wolę jedne stacje od innych, narodowych nie uznaję. Musicie jednak wiedzieć, że zgodnie z kodeksem postępowania cywilnego zajęciu podlegają wszystkie ruchomości znajdujące się we władaniu dłużnika, przy czym przez władanie rozumie się także współwładanie. W praktyce oznacza to, że jeśli zastanę dłużnika w jakimś aucie, to mam pełne prawo je zająć. Oczywiście, zaprotokołuję też oświadczenie, że pojazd należy do osoby trzeciej, którą o tym fakcie powiadomię. Podobnie sytuacja wygląda w domu. Generalnie w miejscu zamieszkania wszystkie ruchomości znajdują się we współwładaniu wszystkich lokatorów. Jeśli ktoś mi nie pokaże paragonu imiennego czy innego dokumentu nie budzącego żadnych wątpliwości co do prawa własności, nic mnie na dobrą sprawę nie obchodzi, czy dana rzecz należy do żony dłużnika, jego brata, córki czy teściowej. On taką rzeczą co najmniej współwłada, ergo, można to zająć. Na marginesie dodam, że w 99% sytuacji już na wstępie słyszę, że "nic tu nie jest moje". Odpowiedź jest prosta: "to na co pan/pani brał/a dwadzieścia tysięcy kredytu?". Później jest cisza i zaczyna się bajkopisanie. Mógłbym wam opowiedzieć jeszcze wiele ciekawych rzeczy - o eksmisjach, licytacjach, mordobiciach (tak, to też się zdarza).

Powiem wam jednak coś innego. Dla wszystkich, którzy uważają, że śpię na kasie krótkie wyjaśnienie - po 5 latach studiów prawniczych i dwóch latach aplikacji moja pensja jest na poziomie - nie uwłaczając nikomu - nauczyciela. Mój ojciec jest nauczycielem, więc wiem z jakim stresem wiąże się ta praca, natomiast mając już jakąś perspektywę mogę śmiało powiedzieć, że u mnie jest gorzej. Owszem, niektórzy komornicy zarabiają dziesiątki tysięcy złotych, natomiast w branży pracuje kilkanaście tysięcy ludzi, którzy w ciągu roku nie zarabiają tyle, co komornik przez miesiąc. Na marginesie dodam też, że nie wiem skąd gazety biorą dane o zarobkach komorników, bo to co zazwyczaj widziałem jest dochodem brutto. Zapytajcie prywaciarza zatrudniającego 10 osób, czym jest 45 tys. brutto, bo taki był przeciętny dochód komornika. Po uwzględnieniu obsługi biura, pracowników, pojazdów itd. wcale tak wiele nie zostaje. Z chęcią podyskutuję z każdym, kto popiera poroniony pomysł wcielenia komorników do sądu. Moja opinia w temacie jest taka, że po roku od wprowadzenia tej regulacji gospodarka kraju padnie, bo nikt nie będzie ściągał długów - bo się nie będzie opłacać.

Kończąc już - nie narzekam na swój zawód. Mimo że jesteśmy chłopcami do bicia, telefon od wierzyciela dziękującego za odzyskanie pieniędzy potrafi uskrzydlić człowieka na cały tydzień. Bombonierka przyniesiona od dłużnika za to, że sprawa przebiegła możliwie bezboleśnie (której oczywiście odmawiam przyjęcia, a dziwnym trafem znajduje się później w rękach dziewczyn) również nie jest niczym niezwykłym. Owszem, dla wielu jestem ujem z mafii i nic tego nie zmieni. Natomiast - cóż mnie oni obchodzą? To tylko jedni z wielu gniewnych w tym narodzie...

Oglądany: 78561x | Komentarzy: 287 | Okejek: 467 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

20.10

19.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało