Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Spowiedź fotografa ślubnego II

229 497  
645   90  
Adam pisze: W pierwszej części tekstu skupiliśmy się na teorii zagadnienia, dlatego też:

Od teorii do praktyki

W końcu przychodzi kolejna sobota w tym miesiącu. Każdy normalny człowiek w sobotę leczy kaca po piątkowym spotkaniu z przyjaciółmi. Fotograf natomiast zrywa się z samego rana z łóżka, trzy razy sprawdza zawartość torby ze sprzętem, adresy młodych, kościoła i sali weselnej, po czym zaczyna kolejny dzień pracy. W torbie fotografa ślubnego są zawsze przynajmniej dwa aparaty, ze trzy albo cztery obiektywy, dwie lampy błyskowe, od cholery akumulatorów i kart pamięci, do tego spaghetti z kabli i zazwyczaj jeszcze jakiś laptop. Ogólnie taka torba waży jakieś 10-12 kg, jej wartość to lekko licząc jakieś trzydzieści tysięcy złotych. Na początek dnia należy wrzucić cały ten majdan do bagażnika starego trupa wartego góra pięć tysięcy, zatankować do pełna, szybko opłukać pojazd na myjni, żeby nikt nie narzekał na prezencję i pognać w kierunku miejsca zamieszkania panny młodej.

Dom panny młodej w dniu ślubu wygląda zazwyczaj jak po przejściu huraganu. Poważnie. Całe podwórko zastawione samochodami, do tego ciotki, wujkowie, dziadkowie, szwagrowie, stryjkowie i Bóg raczy wiedzieć kto jeszcze, ciasno upchani w każdym pokoju zaczynają degustację weselnej wódki. Oczywiście zapraszają na kielicha. Dwadzieścia minut później, kiedy już uda się wytłumaczyć im, że tego dnia zrobimy za kółkiem jeszcze całkiem sporo kilometrów i po prostu nie możemy się z nimi napić, dowiadujemy się, że młoda jakieś dziesięć minut przed naszym przybyciem poszła do znajomej fryzjerki i przy okazji makijażystki. Sprawdzenie adresu, szybki rzut oka na Google Maps i za chwilę jesteśmy kilka kilometrów dalej, w salonie fryzjerskim. Oczywiście wszystkie spojrzenia kierują się na nas, bo jakiś pan z dużym aparatem robi zdjęcia jednej z klientek. „Krycha, pacz! W telewizorni bedziem!”. Gadu, gadu z panną młodą, ta zaaferowana opowiada jak to bardzo się denerwuje i nie wie, czy jeszcze się nie rozmyśli (taaaaaak, słyszeliśmy to dwa razy w zeszły weekend i trzy razy w poprzedni, jak dotąd jeszcze żadna się nie rozmyśliła). Szybkie potwierdzenie adresu pana młodego i lecimy pod następny adres. Tutaj zawsze sytuacja jest dokładnie odwrotna. Drzwi otwiera nam lekko zaspany, jeszcze nawet nieogolony pan młody, odziany tylko w bokserki z Kubusiem Puchatkiem. Prowadzi nas do salonu, w którym identycznie ubrany świadek sączy piwko oglądając powtórkę wczorajszego meczu. Facetów stres łapie zazwyczaj sporo później, jeszcze zdążą się nadenerwować tego dnia. Zaganiamy więc chłopaków do łazienki, sami nalewamy sobie szklankę wody i z braku laku skaczemy po kanałach na 60-calowym telewizorze. Kiedy dwa obiekty naszego fotozainteresowania opuszczą już łazienkę, robimy szybkie zdjęcia, na których świadek zapina młodemu mankiety koszuli albo wiąże krawat. Wiecie, ilu facetów nie ma bladego pojęcia o wiązaniu krawatów? Z moich obliczeń wynika, że jakieś 99%. Gdyby nie było nas tam, to obaj przyjechaliby do domu panny młodej z niezawiązanymi krawatami. Oczywiście pomagamy, zwijamy sprzęt i wracamy do pierwszego domu.

Tutaj ciekawa sprawa. Kiedy człowiek zajmuje się fotografowaniem ślubów, to w większości przypadków jest najbardziej oblataną w temacie osobą ze wszystkich, które tego dnia otaczają państwa młodych. Fotograf prawie zawsze jest najlepszym doradcą w każdej kwestii. Z której strony przypiąć młodemu kwiatek do marynarki? Jak najlepiej zasznurować gorset sukni, żeby nie rozwiązał się i nie opadł, kiedy młoda będzie wchodzić do kościoła? Szczegóły przebiegu samej uroczystości w kościele? Z każdym z tych pytań możecie śmiało walić do fotografa. Przygotowania to najbardziej nerwowy ze wszystkich okresów w dniu ślubu i prawie zawsze brakuje rąk do pomocy. Nie raz i nie dwa zdarzało mi się jeździć po kwiaty do kwiaciarni czy odbierać świadków z lotniska. Kiedyś pomagałem krawcowej w skracaniu sukni panny młodej w kościele, na zakrystii. Przyszytych guzików od marynarek czy dorobionych dziurek w paskach do spodni nawet nie liczę. Prawie każdy fotograf ma w torbie osobną kieszeń na scyzoryki, igły, nici, śrubokręty i wszelkie szpargały, które po prostu mogą się przydać. Przezorność i doświadczenie.

Kiedy narzeczeni spotkają się już w domu panny młodej, wszystko nagle przyspiesza. Błogosławieństwo rodziców, lamenty ciotek i babć, „łoj córciu, córciu, już ty długo panienką nie będziesz” i za chwilę eskadra samochodów zbiera się do kościoła. Cała sztuka polega na tym, żeby wyjechać spod domu młodej jakieś 20 sekund wcześniej niż cała reszta, zajechać pod kościół przed wszystkimi i zdążyć jeszcze zbić piątkę z kumplem, który fotografuje kończący się właśnie ślub. Nie oszukujmy się, może ślub jest ważnym i jedynym w swoim rodzaju wydarzeniem dla państwa młodych czy ich rodzin, ale dla księdza lokalnej parafii to po prostu kolejna odbębniona godzinka w napiętym harmonogramie letniej soboty. Ślubne limuzyny co godzinę mijają się pod kościołem, jedna podjeżdża, a druga odjeżdża, pary młode wręcz zderzają się ramionami w drzwiach świątyni. To jest produkcja na skalę przemysłową.
Uroczystość to standard, co by się nie działo, choćby się waliło i paliło, to zawsze jest tak samo. Dużo szczęścia mają pary, które odprawiający mszę ksiądz po prostu zna osobiście, wtedy zdarza się, że zwróci się bezpośrednio do nich w kazaniu, chwilę z nimi porozmawia, opowie anegdotę i rozładuje napięcie. „Hymn o miłości”, czyli fragment biblijnego listu św. Pawła do Koryntian każdy fotograf pracujący na ślubach jest w stanie wyrecytować z pamięci, nawet jeśli zostanie brutalnie obudzony w środku nocy, uwierzcie mi. Bitwa z operatorem kamery jest oczywiście nieodzowną częścią każdej przysięgi, chyba że mamy szczęście pracować z zaprzyjaźnionym operatorem, co niestety nie zdarza się często. Natomiast moment, w którym młodzi już z obrączkami na palcach siadają na swoich krzesłach przed ołtarzem to chwila, w której opada całe napięcie. W większości przypadków to pierwszy raz, kiedy można ustrzelić uśmiechniętych małżonków w kościele, wcześniej tak naprawdę nie ma nawet sensu robić zdjęć, są za bardzo spięci. Jeszcze tylko wyjście z kościoła, konfetti, życzenia i znów wsiadamy w samochód, żeby pognać na salę weselną.

„Pogoń” to bardzo dobre słowo. Dziś większość limuzyn ślubnych to wypożyczone Fordy Mustangi czy Mercedesy AMG prowadzone zazwyczaj przez świadka. Znacie jakiegokolwiek faceta, który posadzony za kierownicą takiej maszyny przepuściłby możliwość dociśnięcia gazu? Ja też nie. Niestety, cały czas trzeba siedzieć im na ogonie, a najlepiej jeszcze ich wyprzedzić, by czekać już z aparatem w pogotowiu, gdy oni zajadą pod salę. Myślę, że to całkiem niezły sposób na trenowanie kaskaderów. Przez większość trasy głównie modlimy się, żeby nie trafić na patrol z suszarką. Zazwyczaj się udaje.

Wesele

Każdy wie, jak wygląda typowe, polskie wesele. Jedne są mniej rubaszne, drugie bardziej, ale średnia oscyluje zazwyczaj w górnych rejestrach absurdu. Na weselu każdy namawia nas na wódkę. Namawia orkiestra, namawia świadek, namawiają młodzi, namawiają wszyscy zalani wujkowie i połowa ciotek. Prywatnie nie lubię wódki, ale spróbujcie nie wypić chociaż jednej lufy z orkiestrą, a przez całą resztę wieczoru będą się z Was podśmiechiwać ze sceny i wplątywać Was w żenujące sytuacje i weselne zabawy. Po kilku latach pracy w branży każdy z nas ma osobny segregator z wizytówkami orkiestr, zespołów, DJ-ów i wodzirejów weselnych. Znamy wszystkich ze swojego województwa i połowę z kraju. Wiemy, kto gra z playbacku, kto około północy jest już tak nawalony, że nie jest w stanie utrzymać gitary, a kto z kolei organizuje ciekawe zabawy. Jednocześnie wszyscy nakręcamy sobie nawzajem robotę, polecamy się i kontaktujemy swoich klientów ze sobą. Jeśli raz przechlapiemy sobie czymś u jakiegoś zespołu, to możemy być pewni, że zła sława pójdzie w świat razem z naszym nazwiskiem. Ten pierwszy, wypity na przywitanie kieliszek wódki jest rodzajem umowy.

Wybite zęby, rozbite łuki brwiowe, kilogramy stłuczonego szkła, zgubione na zapleczu majtki druhen – to wszystko standard polskiego wesela. Jeśli ktoś uważnie oglądał film Wojtka Smarzowskiego i nie dowierzał, to śpieszę donieść, że nie jest to aż tak bardzo przesadzony obraz. Praktycznie wszystko co zostało tam pokazane widziałem na żywo. W różnych konfiguracjach. A najwięcej z tego wszystkiego można powiedzieć o oczepinach. W środowisku fotografów wypracowaliśmy sobie podział zabaw oczepinowych ze względu na stopień urągania godności człowieka. Jest na przykład taka zabawa, w której wybiera się kilka damsko-męskich par. Pani z pary przywiązuje sobie garnek (!) tak, żeby zakrywał jej pośladki, natomiast pan mocuje sobie do rozporka wielką, metalową chochlę. Na znak dany przez wodzireja zaczyna się festiwal ruchów frykcyjnych, którego zadaniem jest narobić jak najwięcej hałasu przez uderzanie chochlą w garnek. Bez użycia rąk oczywiście. Jeszcze jakieś pytania?

Po oczepinach zostaje już tylko gorące danie, podziękowania dla rodziców i można wracać do domu. Zazwyczaj ten czas przychodzi około 2:00 w nocy, czyli po jakichś 16 godzinach pracy non stop. Przyznaję, zdarzają się pary, które myślą o swoich fotografach na tyle, żeby zaproponować im nocleg w hotelu przylegającym do sali. To bardzo miły gest, ale kiedy do domu jest ok. 100 km, to nawet bardzo zmęczony człowiek wie, że o tej porze, przy zerowym ruchu, do własnego łóżka dotrze w ciągu godziny. Żegnamy się więc z młodymi, otrzymujemy na drogę flaszkę weselnej wódki (po zakończeniu sezonu miałem tego zazwyczaj pełną lodówkę, więc kiedy tylko kończyły się zlecenia, miałem czym nadrabiać w gronie przyjaciół zawalone pracą soboty) i jedziemy do domu.

Jedziemy na plener

O ile dzień ślubu to klasyczny fotograficzny reportaż, bez miejsca i czasu na specjalne popisy twórcze, o tyle na plenerze możemy wreszcie pobawić się w artystów. Każdy fotograf lubi kreatywne pary młode, które same proponują miejsce zdjęć, bardzo swobodnie czują się przed obiektywem i dobrze bawią się robiąc zdjęcia. Czasami zdarza się dalszy wyjazd. Czasem do Zakopanego, czasem nad morze. Trafiają się też bardzo kreatywne pary, które w ramach swojej sesji ślubnej postanawiają skoczyć na bungee, przejechać się quadami po poligonie. Trafiła mi się też w życiu para, która w ramach swojego pleneru zabrała mnie na żagle, a pan młody przy okazji pokazał co potrafi zrobić z malutką, lekką, bardzo szybką i zwrotną żaglówką, niewiele większą od łupiny orzecha. Oczywiście wszystko to wykonał w smokingu. Przyznaję, że nieraz świetnie się bawiłem na plenerach z parami młodymi, przy okazji mając okazję spróbować nowych sportów czy wykonując totalnie szalone i karkołomne zdjęcia, na przykład z jadącego po poligonie motocykla crossowego.

Niestety, o wiele częściej w praktyce trafia się fotografowi tak zwany „beton”. „Beton” ma to do siebie, że nie ma żadnego pomysłu i w sumie przez cały dzień ma się wrażenie, że tak naprawdę wcale nie chce być wożony po kolejnych planach zdjęciowych. Jeśli para nie potrafi nic zaproponować, a nawet niespecjalnie ma w ogóle ochotę współpracować, to fotograf zazwyczaj idzie na łatwiznę i zabiera modeli na szybki oblot po najłatwiejszych i najbardziej ostrzelanych miejscach w okolicy. Przykładowo w Warszawie są to: Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego, Łazienki, Wilanów, Most Gdański i Most Świętokrzyski. W sezonie ślubnym odwiedzając którekolwiek z tych miejsc i zostając w nich przez godzinę możecie być pewni, że zobaczycie przynajmniej jedną suknię ślubną. Kiedyś byłem świadkiem sytuacji, gdzie na Moście Gdańskim fotografowały się w tym samym czasie dwie pary, a trzy następne czekały już na swoją kolej. Fotografowie postanowili więc zrobić zdjęcie grupowe i zebrać wszystkie pięć par na jednej fotografii. Wszak kreatywność jest w cenie.

I że cię nie opuszczę

Pokrótce tak przedstawia się ta branża. Nie stwierdzę jednoznacznie, że to skrajne bagno, bo nieraz zdarzało mi się naprawdę świetnie bawić przy okazji pracy. Niemniej jednak trafiają się również kłótnie o stawki, kręcenie nosem i szukanie wydumanych problemów. To praca z klientem jak każda inna, jeden klient jest łatwiejszy, a drugi będzie robił pod górkę. Podstawą w tej pracy jest na pewno doświadczenie i dobrze sformułowana, oparta właśnie o doświadczenie umowa, którą należy gruntownie omówić, by nigdy nie zostawiać miejsca na żadne wątpliwości. Aha, należy pamiętać jeszcze o czymś. Wieści szybko się rozchodzą, jeśli zajmiecie się tym biznesem i chociaż raz zdarzy Wam się coś schrzanić, możecie zapomnieć o dobrych zleceniach w przyszłości. Podejmujecie się rejestracji wydarzenia, którego poszczególnych elementów nie da się powtórzyć. Nikogo nie będzie interesowało tłumaczenie, że Wasz sprzęt nie podołał albo że nie zdążyliście. To Wasz problem, w tym zawodzie błąd popełnia się tylko raz, potem nie ma już więcej okazji, żeby go popełnić.
24

Oglądany: 229497x | Komentarzy: 90 | Okejek: 645 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało