Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Endurance - minęło już ponad 100 lat od czasu najbardziej pechowej ekspedycji na biegun południowy

66 195  
636   40  
Czy wam też było kure#sko zimno podczas seansu „Zjawy”? Aby zdobyć wymarzonego Oscara DiCaprio musiał pławić się w lodowatej wodzie i bez opamiętania czołgać się na mrozie. I mimo że historia opowiedziana w tym filmie jest oparta na faktach, to warunki w jakich tamten bohater przebywał były i tak luksusowe, jeśli porównamy je do tych, w których przyszło się znaleźć członkom ekspedycji polarnej Ernesta Shackletona.

Już sam pomysł wyprawy żaglowcem na Antarktydę wydaje się poronionym pomysłem, a jeszcze gorzej to wygląda, gdy tuż przed osiągnięciem celu pojawią się niespodziewane komplikacje...


Ernest Shackleton był irlandzkim podróżnikiem, który za punkt honoru postawił sobie zbadanie Antarktydy. Na początku XX wieku odkrywca ten stanął na czele dwóch głośnych wypraw, podczas których udało mu się dotrzeć tak blisko bieguna, jak nikt wcześniej.


W 1909 statek dowodzony przez upartego podróżnika był już 180 km od skutego lodem brzegu. Musiał jednak wówczas zawrócić. Skończyło się jedzenie i trzeba było szybko zebrać żagle w troki. Dzielny podróżnik nie powiedział jednak ostatniego słowa i już pięć lat później został dowódcą nowej ekspedycji. Tym razem Shackleton bardziej niż kiedykolwiek przygotował się do tej eskapady.


Chętnych do wzięcia udziału w tej transatlantyckiej przeprawie było aż 5 tysięcy! Ernest, wybierając swoją załogę, brał pod uwagę nie tylko doświadczenie w żegludze, ale także i różne inne, czasem bardzo nietypowe, umiejętności. Szansę na zatrudnienie miały na przykład osoby o wybitnym talencie do śpiewu…


Jeśli chodzi o wybór pływającej jednostki, to postawiono na żaglowiec Endurance. Jego dziób miał zaledwie 1,3 metra grubości i idealnie nadawał się do kruszenia lodu.
Na pokład statku zabrano 69 potężnych psów (każdy ważył niemalże 50 kg!) oraz znakomitego fotografa, Franka Hurleya, dzięki któremu dziś możemy obejrzeć zdjęciową dokumentację z tej wyprawy.


Plan był następujący – Ernest, wraz ze swoją ekipą wyrusza z Londynu, dociera do Morza Weddella, gdzie w Zatoce Vahsel statek przycumuje i wypuści na ląd Shackletona i część załogi Endurance. Podróżnicy z pomocą psich zaprzęgów, nart oraz motorowych sań, ruszą w głąb Antarktydy. W tym samym czasie do Morza Rossa, położonego po drugiej stronie bieguna, dotrze załoga statku Aurora. Ich zadaniem będzie wyjść naprzeciw Ernestowi i rozmieścić po drodze zapasy jedzenia dla strudzonych wędrowców.


Wszystko było już gotowe, a 26 członków wyprawy nie mogło się doczekać, kiedy dowódca da zgodę na podniesienie kotwic. Tymczasem sytuacja w Europie mocno się zaogniła. Szykowała się światowa wojna i Shackleton w odruchu patriotycznego obowiązku postanowił zmienić plany. Przeczytał w gazecie apel dot. ogólnej mobilizacji. Przejęty, spotkał się ze swoją załogą i powiedział jej o swojej decyzji. Chciał oddać oba statki i wszystkie zapasy na rzecz armii, a swoją wolę przedstawił w depeszy wysłanej do admiralicji brytyjskiej. Wkrótce przyszła odpowiedź od samego Winstona Churchilla. Pierwszy Lord Admiralicji serdecznie podziękował za propozycję, jednakże nie wyraził zgody na taką ofertę. Pragnął bowiem, aby ekspedycja doszła do skutku.
Tej samej nocy wybuchła wojna, a parę dni później Endurance był już na morzu.


5 listopada żaglowiec dotarł do Południowej Georgii – brytyjskiej wyspy położonej na południowym Atlantyku. Tam Shackleton spotkał się z kapitanami norweskich okrętów wielorybniczych i zebrał od nich wszystkie możliwe informacje na temat warunków panujących na Morzu Weddella. Początkowo dowódca wyprawy planował spędzić w porcie parę dni potrzebnych na uzupełnienie zapasów, ostatecznie jednak załoga musiała przeczekać na tej wyspie cały miesiąc, czekając aż warunki do dalszej przeprawy będą korzystniejsze.




W ciągu kolejnych sześciu tygodni Endurance brnął przez tysiące morskich mil w kierunku Antarktydy. Lód stawał się coraz większą przeszkodą, aż w końcu 18 stycznia 1915, dosłownie dzień drogi od wymarzonego celu, żaglowiec z głośnym chrzęstem zatrzymał się.



Wkrótce temperatura drastycznie spadła i pozostałości rozkruszonej kry zamieniły się w twardą skorupę, która na dobre uwięziła statek w swoich lodowatych szponach. Teraz nieszczęsny Endurance wyglądał niczym „migdał w bryle toffi” (tak tę sytuację opisał jeden z członków wyprawy). Shackleton był rozgoryczony – na karku miał już prawie 40 lat, a kolejna jego ekspedycja właśnie poszła w pizdu!

Nie mógł jednak pokazywać swojego koszmarnego nastroju. Jego ludzie potrzebowali otuchy i tylko on mógł im ją zapewnić. Tymczasem pokryty lodem żaglowiec powoli dryfował na południowy zachód.
Na rozkaz dowódcy, załoga za pomocą kilofów usiłowała uwolnić statek z pułapki. Bezskutecznie. Trzeba było czekać na dalszy rozwój wydarzeń i przede wszystkim - nie tracić nadziei.



Pod koniec lutego temperatura spadła do - 20 stopni Celsjusza. Cóż mieli robić członkowie feralnej wyprawy? Przecież to jeszcze nie koniec świata. Może i jest zimno, ale promienie słoneczne poprawiły nastrój zarówno Ernestowi, jak i reszcie podróżników.


Całe tygodnie panowie spędzali więc na grze w hokeja, czy w piłkę nożną. Śmierć głodowa też im nie groziła – w okolicy kręciło się sporo fok i pingwinów. Od biedy dobre i to.








Niestety sielankę i oczekiwanie na stopnienie lodu przerwała dramatyczna wiadomość – Endurance znalazł się uwięziony pomiędzy dwoma potężnymi taflami kry, które to zaczęły na siebie mocno naciskać. Statek skazany był na zagładę.





„Po długich miesiącach nieustannego niepokoju i napięcia, po okresie, gdy nadzieja pokonała wszystkie czarne wizje, zostaliśmy zmuszeni do opuszczenia statku, który został zmiażdżony i ponad wszelką wątpliwość już nigdy się nie wyprostuje. Jesteśmy cali i zdrowi, mamy zapasy i sprzęt do wykonania zadania, które leży przed nami. Zadaniem jest dotarcie do ziemi ze wszystkimi członkami wyprawy. Trudno jest napisać, co czuję."
- zanotował w swoim dzienniku Shackleton. Obecnie wrak statku znajdował się w odległości ok. 550 km od najbliższego lądu, którym była Wyspa Paulet.






Dowódca nakazał wynieść ze szczątków żaglowca jedzenie, najcenniejszy ładunek oraz namioty. Wkrótce na lodowym gruncie, dwa kilometry od wraku, rozbito obóz. 28 osób zostało pozbawionych statku, kończyły się zapasy, a i o jakiekolwiek możliwości komunikacji z cywilizacją można było tylko pomarzyć. Czy mogło być gorzej?
Mogło. Właśnie na horyzoncie pojawiła się wiosna i lód pomału zaczął się topić...




Załoga podzieliła się na dwie drużyny i wkrótce zaczęła szukać ratunku w jedynym sensownym miejscu, czyli w łodziach ratunkowych. Za ich pomocą żeglarze dopłynęli do większej lodowej kry, na której znów mogli na chwilę się zatrzymać. Kolejne dni mijały na ciągłych zmianach pływającego lądu. Od utknięcia Endurance w skutym lodem więzieniu minęło już 14 miesięcy…



Nadzieja jednak wkrótce znów ogrzała serca odkrywców. Oto bowiem gdzieś daleko na horyzoncie pojawiło się coś, co nie wyglądało na kolejną lodową górę, czy krę! Była to położona ok. 900 km od Przylądka Horn Wyspa Słoniowa. Niewiele myśląc, rozbitkowie wskoczyli do łodzi i czym prędzej dotarli do jej brzegu. Był to pierwszy raz od 497 dni, kiedy członkowie tej ekspedycji postawili swoje stopy na lądzie!


Mimo że dzielnym podróżnikom nie groziło już roztopienie się gruntu pod nogami, to ich sytuacja w dalszym ciągu była fatalna i na ewentualny ratunek nie było co liczyć. Tym bardziej, że w okolicach wyspy, na której Shackleton i jego drużyna znaleźli się, nie przebiegały żadne morskie szlaki. Najbliższym zamieszkanym miejscem była stacja wielorybnicza położna w Południowej Georgii.


Aby się tam dostać trzeba by przepłynąć ok. 1300 km po odcinku słynącym z fal, których wysokość sięgała do 15 metrów! Dowódca wraz z kilkuosobową załogą zdecydował się mimo wszystko podjąć takiego wyzwania. I to na kruchej, 7-metrowej łodzi! Reszta jego drużyny miała czekać aż do wiosny. Jeśli pomoc by nie nadeszła, byłoby to równoznaczne z tym, że Shackleton poniósł klęskę i zginął na morzu. W takiej sytuacji rozbitkowie powinni ruszyć w kierunku wyspy Deception, która to była czasem odwiedzana przez wielorybników.



I rzeczywiście – fale były tak potężne, że kilkukrotnie łódź cudem uniknęła roztrzaskania. W końcu jednak, po dwóch tygodniach mozolnego skuwania lodu i wolnego brnięcia naprzód, obolała od odmrożeń załoga zobaczyła stado kormoranów. Każdy wilk morski wie, że te ptaki nie oddalają się od lądu na odległość większą niż 25 kilometrów! Ziemia był już na wyciągnięcie ręki, po chwili widać już ją było jak na doni. Niestety, dopłynięcie do niej nie było możliwe. Zanurzone w wodzie ostre klify rozpłatałyby łódź na kawałki. Trzeba było znaleźć inne miejsce do przycumowania. W końcu, dwa dni później, Shackleton znalazł nieco bezpieczniejsze wybrzeże w zatoce Króla Haakona.


Po dziewięciu dniach odpoczynku i rozbiciu prowizorycznego obozu, dowódca w towarzystwie dwóch kompanów wyruszył w kierunku stacji wielorybniczej. Przeprawa zajęła im grubo ponad 30 godzin – wymęczeni do nieprzytomności rozbitkowie kilkukrotnie pomylili drogę. Żeby tego było mało, na ich drodze stanęła okazała góra, na którą trzeba było się wspiąć, aby po jej drugiej stronie kontynuować marsz.

Potrzeba zrobienia sobie chwili przerwy była już zbyt duża – panowie telepiąc się z zimna, zatrzymali się przy jednym z głazów i od razu zasnęli. Shackleton wiedział, że jeśli również odda się w ramiona Morfeusza, będzie to równoznaczne ze zamarznięciem. Szybko obudził więc swoich podwładnych i okłamał ich, mówiąc, że ci spali dobre pół godziny i że najwyższy czas ruszać dalej.


Będąc już na skraju wyczerpania, nieszczęśni podróżnicy zobaczyli w oddali morze, a na nim wielki okręt! Nagły zastrzyk energii sprawił, że Shackleton i jego skostniali z zimna towarzysze szybko ruszyli na spotkanie ze swoimi wybawcami. W pobliżu norweskiej stacji wielorybniczej umorusani, półprzytomni z wycieńczenia brodaci mężczyźni spotkali dwóch chłopców, którzy pokierowali ich do domu zarządcy - Thoralfa Sørrle'a.

- Czego? - zapytał Norweg
- Nie kojarzysz mnie? – odpowiedział pytaniem Shackleton
- Twój głos brzmi znajomo... – odparł Sørrle – Jesteś ziomkiem z Daisy!

Co to za Daisy? Mowa tu o ostatnim, amerykańskim okręcie wielorybniczym. Norweg pomylił Shackletona z członkiem załogi statku, który przybył do Południowej Georgii 20 miesięcy przed członkami wyprawy transatlantyckiej.

- Nazywam się Shackleton – przedstawił się dowódca
- Właźcie, właźcie! - krzyknął zarządca i szeroko otworzył drzwi swojej kanciapy.

Rano, następnego dnia wyruszył zespół ratunkowy, aby zabrać pozostałą część załogi, która czekała w zatoce Króla Haakona. Jednocześnie zabrano się za szykowanie wyprawy, która miała uratować uwięzionych na Wyspie Słoniowej rozbitków. Udało się – po dwóch latach od rozpoczęcia ekspedycji na pokładzie Endurance, rozbitkowie zabrani zostali z wysp przez ekipę chilijskiego okrętu Yelcho.


Mimo tej ciężkiej przeprawy, Shackleton nie porzucił marzeń o zdobyciu Antarktydy i już w 1922 roku wsiadł na pokład statku o nazwie Quest, aby przemierzyć nieodkryte dotąd obszary okołobiegunowe. Podobnie jak podczas poprzedniej wyprawy, załoga zatrzymała się w Południowej Georgii. Niestety i tym razem Shackleton nie miał szczęścia. Odkrywca zmarł na atak serca dzień po przybiciu do portu. Tam też - w Południowej Georgii, na terenie stacji wielorybniczej, został pochowany.



Źródła: 1, 2, 3, 4

Oglądany: 66195x | Komentarzy: 40 | Okejek: 636 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało