Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Ile prawdy jest w opowieściach o lalkach voodoo i haitańskich zombie?

66 110  
213   41  
Dziwna, owiana mrokiem tajemnicy synkretyczna religia rodem z Haiti doczekała się wielu mrożących mleko w proszku legend, a czarnoskórzy kapłani operujący potężną magią budzili przerażenie nawet wśród całkiem racjonalnie myślących kolonizatorów.

Mówiło się, że dzięki rytuałom voodoo, podczas których szaman pastwi się nad małą kukiełką, można uśmiercić ofiarę, którą owa lalka reprezentuje.

Tak to zwykle bywa, że zbyt intensywne próby narzucenia komuś swojej religii kończą się tym, że uciśniony lud ostatecznie przyjmuje nowego boga, jednocześnie nie wyzbywając się przy tym swych zwyczajów. Misjonarzom wydaje się, że ich zadanie zakończone zostało sukcesem i dzikusy zamiast modlić się do ulepionej z krowiego gówna figurki, biją pokłony żydowi przybitemu do deski. Tymczasem sami zainteresowani dalej wierzą w swoje bóstwa, ukryte pod szatami chrześcijańskich figur.


Tak było właśnie w przypadku Haiti, gdzie w XVIII wieku powstała francuska kolonia. Wówczas sprowadzono na tę wyspę niemałą ilość afrykańskich niewolników. Nowym przybyszom próbowano narzucić katolicyzm, w efekcie czego powstał dziwny miszmasz, w którym afrykańskie demony przyjęły postać chrześcijańskich świętych, albo wręcz zmutowały i stały się całkiem nowymi istotami.
Taka na przykład Aida Wedo (widoczna na obrazku poniżej) to utożsamiane z piękną dziewicą bóstwo patronujące ziemskim żywiołom oraz… wężom, które jest odzwierciedleniem Matki Boskiej, natomiast Legba - istota stojąca na straży życia i śmierci jest czczona pod postacią brodatego, niebiańskiego klucznika znanego z chrześcijańskiej mitologii, czyli św. Piotra.


Co ciekawe – zarówno bóstwa, jak i duchy przodków mogą wchodzić w kontakt z wyznawcami voodoo. Ku temu służą tak zwane „rytuały opętania”, podczas których uczestnicy wchodzą w napędzany bębnami trans. Bezcielesne istoty, co to nawiedzają wówczas ludzkie ciała zwane są loa i wymagają od swoich wyznawców sowitych ofiar z krwi zarzynanej zwierzyny, pieniędzy, a nawet alkoholu (najczęściej rumu) i cygar. Haitańczycy na ołtarzach często pozostawiają małe, szmaciane laleczki, które to mają reprezentować loa. Za pośrednictwem tych prymitywnych artefaktów wyznawcy voodoo mogą komunikować się z zaświatami.


Jak widzicie nie ma tu mowy o wykorzystywaniu laleczek do czynienia komukolwiek krzywdy. Skąd więc obecny w zachodniej kulturze, powtarzany przy tysiącach okazji mit „lalki voodoo”? Ano, pochodzi on z południa… Stanów Zjednoczonych.
Tam z kolei narodziła się religia zwana hoodoo i podobnie jak w przypadku haitańskiego odpowiednika, jej autorami byli czarni niewolnicy przytaszczeni do ciężkiej pracy wprost z Afryki. Początkowo wbijanie igieł w szmacianą reprezentację wybranej osoby miało ją uzdrowić lub wzmocnić siłę rzucanego przez szamana zaklęcia, dopiero z czasem zabiegom tym zaczęto przypisywać intencje zabijania lub robienia bolesnego kuku nieszczęsnej ofierze.


Sporą robotę w popularyzowaniu tego nieprawdziwego mitu odwaliła amerykańska kultura popularna. „Laleczki voodoo” pobudzały wyobraźnię żądnych wrażeń odbiorców, a sceny, w których obłąkany szaman, śmiejąc się złowieszczo, wbija igły w kukiełkę, sprawiając niewyobrażalny ból osobie, która jest z nią w magiczny sposób połączona, weszły do klasycznych motywów leciwych już dziś horrorów klasy B.


Niektórzy tak bardzo wierzyli w skuteczność czarnej magii, że całkiem poważnie widzieli w niej doskonałą broń przeciw swoim wrogom. Pół biedy, gdyby sprawa dotyczyła prób ukarania sąsiada za zajęcie miejsca parkingowego czy też bolesnego wykastrowania rudego listonosza za romans z cnotliwą mężatką. Nie, czarna magia była na tyle potężna, że można było jej użyć przeciwko… Hitlerowi!



Obecny na tej ceremonii pisarz William Seabrook w jednej ze swych książek spopularyzował mit o haitańskich czarodziejach, którzy to posiedli moc przywracania do życia zmarłych.
Nazwa „zombie”, którą zaczęto się posługiwać podczas opisów takich praktyk, wywodzi się z języka kongijskiego, gdzie „nzambi” było określeniem duszy. Wraz z rozwojem kultu voodoo pojawiły się przekazy o ludziach żyjących bez tej witalnej energii – istotach sprawnych fizycznie, ale zupełnie pozbawionych własnej woli, świadomości i inteligencji.


Szamani mieli różne powody wskrzeszać umarłych – czasem obecność takiej pół żywej, pół martwej osoby była konieczna do przeprowadzenia jakiegoś rytuału, czasem miał to być sygnał dla wiernych, mówiący, że za występki popełnione w życiu doczesnym kara może przyjść nawet po śmierci. Wśród haitańskich niewolników dużo mówiło się też o zombie, których zadaniem było wykonywanie najcięższych prac na plantacjach.


Dzięki opartemu na książce Seabrooka filmowi pt. „White Zombie” haitańscy nieumarli trafili na duży ekran i do dziś z niego nie zeszli. Zombie, obok wampirów, wilkołaków czy kobiet bez humorów, stało się fikcyjną postacią, której istnienia nikt nawet nie próbował udowadniać.

Tak było do roku 1980, kiedy to etnobotanik Wade Davis postanowił bliżej przyjrzeć się sprawie Clairviusa Narcisse'a. Ten ostatni był mieszkańcem pewnej haitańskiej wsi, a w 1962 roku zapadł na tajemniczą chorobę objawiającą się bardzo wysoką gorączką. Mężczyzna zmarł, a jego zgon miał zostać potwierdzony przez dwóch lekarzy. Osiemnaście lat później Narcisse, całkiem żywy i przytomny, wrócił do swojej rodziny. Opowiedział swoim najbliższym o tym, że jeden z doktorów „przywrócił go do życia” i kazał przez te wszystkie lata pracować na plantacji trzciny cukrowej.


Davis pojechał na Haiti, gdzie nawiązał kontakt z Maxem Beauvoirem – lokalnym czarodziejem, który dla wielu był kimś w rodzaju „papieża voodoo”. Dzięki kontaktom szamana etnobotanik poznał sekretne ugrupowania haitańskich hounganów – uzdrowicieli parających się również czarną magią. Naukowiec odkrył, że to jednak nie czary ani krwawe ofiary z kur sprawiają, że człowiek powstaje z grobu. Szamani pokazali badaczowi pewien proszek, który to miał być wykonany ze „startej na pył czaszki niemowlaka, świeżo zabitych błękitnych jaszczurek i zdechłej ropuchy zawiniętej w morskiego robaka”. To pod jego wpływem człowiek pozornie umierał.


Davis zbadał tę substancję i odkrył, że zawiera ona tetrodotoksynę. To bardzo silna trucizna obecna m.in. w ciałach ryb fugu. Jej zażycie doprowadza do czasowego przerwania przekaźnictwa nerwowego. W rezultacie człowiek staje się częściowo sparaliżowany, anemiczny, ma problemy z oddychaniem i nie może mówić (mimo to jest w pełni świadomy). Jeśli ofiara zatrucia nie wyzionie ducha w ciągu doby, jest spora szansa, że wróci do pełni zdrowia. W innym przypadku nieszczęśnik zejdzie z tego świata w wyniku uduszenia.


Naukowiec podał tetrodotoksynę szczurom laboratoryjnym. Te wkrótce stały się ospałe i całkiem otumanione. Reagowały tylko na silne bodźce. Po jakimś czasie gryzonie zapadły w dziwny stan odrętwienia i wydawały się martwe, mimo że ich serca powoli biły, a do mózgów docierały pojedyncze sygnały.
Na tej podstawie Davis stwierdził, że jest wielce prawdopodobne, że zatruty szamańskim proszkiem człowiek może zostać pomylony z nieboszczykiem. To jednak nie koniec rewelacji, które miał odkryć etnobotanik.
Kiedy ofiara zostanie wydobyta z mogiły, trzeba ją regularnie czymś szprycować, aby ta nie odzyskała świadomości i nie zechciała dać dyla swojemu „właścicielowi”. Tu przydatna miała być roślina zwana bieluniem dziędzierzawą. W jej pestkach znajdują się trujące alkaloidy (m.in. skopolamina). W odpowiedniej dawce substancja na bazie tej roślinki może powodować dezorientację, amnezję i podatność na sugestię.


Swoje odkrycie Davis opisał w książce „The Serpent and the Rainbow”, która wkrótce została zekranizowana przez samego Wesa Cravena.
Mimo że dla wielu czytelników teoria etnobotanika, który spędził długi czas na Haiti miała sens, to wielu sceptyków zarzucało Davisowi sporo nieścisłości. Przede wszystkim w przedstawionym przez niego proszku była zbyt mała ilość tetrodotoksyny, aby rzeczywiście wywołać u człowieka stan przypominający zgon. Ponadto szamani musieliby bardzo dokładnie wydzielać porcje takiej trucizny – zbyt duża jej ilość w ciągu kilku godzin wysłałaby delikwenta na tamten świat.


Davis sam później stwierdził, że chyba jednak troszkę za bardzo zagalopował się w niektórych swoich teoriach, ale w dalszym ciągu podkreślał też, że jest przekonany co do przedstawionego przez siebie mechanizmu tworzenia zombie przez haitańskich magów.

Niezależnie od tego, czy Davisowy „przepis na zombie” jest prawdziwy, czy też może powstające z mogił trupy to jedynie część haitańskiego folkloru, pewne jest to, że rewelacje etnobotanika nie trafiły do wyznawców voodoo. Z ponad 10 milionów obywateli Haiti ponad 80% wierzy w voodoo i potęgę miejscowych czarodziei, która jest tak silna, że najzimniejszy nawet trup bez trudu wróci z zaświatów, jeśli tylko szaman sobie tego zażyczy.

21

Oglądany: 66110x | Komentarzy: 41 | Okejek: 213 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

20.01

19.01

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało