Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Niemiecki pilot, który uratował załogę alianckiego bombowca i inne pozytywne historie z II Wojny Światowej

55 620  
233   44  
Wojna to taki moment w historii, kiedy wszystkie zasady moralne można zgnieść, uformować w małą kuleczkę i wepchnąć sobie w zad. Od zawsze jesteśmy karmieni opowieściami o wojennym barbarzyństwie, braku poszanowania ludzkiego życia i zimnej jak lód zasadzie „Albo ty ich, albo oni ciebie”.


Na szczęście wśród świstu kul, huku wybuchających bomb i jęków konających, zawsze po każdej stronie konfliktu znajdą się osoby, którym cierpienie bliźniego nie jest obojętne. Dziś wam o takich ludziach opowiemy.

Franz Stigler – humanitarny as z Luftwaffe

Położone w północno-zachodnich Niemczech miasto Brema mocno ucierpiało podczas II wojny światowej. Częste naloty bombowe urządzane przez RAF zmusiły hitlerowców do znacznego wzmocnienia obrony przeciwlotniczej. W 1943 roku amerykański pilot Charlie Brown wraz ze swoją załogą miał wykonać swoja pierwszą misję na pokładzie bombowca B-17. Niestety, nad Bremą samoloty uczestniczące w nalocie znalazły się w ogniu niemieckich dział. Maszyna Charliego mocno oberwała – część silników przestała działać i pojazd zaczął tracić szybkość, oddzielając się od reszty formacji. Wówczas przeszło tuzin Messerschmittów i uzbrojonych po zęby samolotów Focke-Wulf zaczęło z pokiereszowanego B-17 robić sito. Padł kolejny silnik, maszyna straciła część steru, padł system elektryczny, radio i urządzenia nawigacyjne, a z dziobu pozostały strzępy. Większość załogi albo była martwa, albo ciężko ranna. Żeby tego było mało, ampułki z morfiną zamarzły, więc żołnierze nie mogli ulżyć sobie w cierpieniu.


Wkrótce z ledwo trzymającym się w powietrzu wrakiem zrównał się Messerschmitt, za sterami którego siedział as hitlerowskiego lotnictwa – Franz Stigler.
Niemiec widząc przez rozbite okno amerykańskiego bombowca ranną załogę zdecydował się nie otwierać ognia. Jak sam potem opowiadał, przypomniały mu się słowa swojego byłego dowódcy – Gustava Rodela: „Jeśli kiedykolwiek dowiem się, że strzelaliście do spadochroniarzy, sam was zastrzelę”. Stigler wiedząc, w jakim stanie jest zarówno maszyna przeciwnika, jak i załoga uznał, że wróg jest równie bezbronny co spadochroniarz i nieludzkim czynem by było otwierać do niego ogień.


Franz dawał znaki Brownowi, aby ten skierował samolot w stronę najbliższej, szwedzkiej bazy, jednocześnie zbliżając swoją maszynę na tyle blisko uszkodzonego B-17, aby hitlerowcy nie kontynuowali ostrzału. Charlie Brown nie był do końca pewny intencji Franza i na wszelki wypadek przez cały czas trzymał go na muszce. Kiedy samoloty znalazły się nad wybrzeżem, poza zasięgiem niemieckiego ostrzału, Stigler zasalutował na pożegnanie i ruszył w drogę powrotną.
Niemiecki pilot nigdy nie powiedział o tym zdarzeniu swoim dowódcom – za pomoc wrogowi w ucieczce prawdopodobnie trafiłby pod sąd polowy i skończył z kulką w głowie.
W 1986 roku podczas spotkania weteranów, Charlie Brown podzielił się tą historią ze swoimi przyjaciółmi. Ci nakłonili go, żeby poszukał pilota, który uratował mu życie. Amerykanin napisał więc list do Zachodnioniemieckiej Marynarki Wojennej i szybko dostał odpowiedź od samego Stiglera. Panowie zaprzyjaźnili się i utrzymywali kontakt aż do swojej śmierci. Obaj żołnierze wyzionęli ducha w 2008 roku.

Karl Plagge - niemiecki inżynier z Wilna

Pomiędzy 1941 a 1944 rokiem w lesie pod Wilnem dokonywano masowych egzekucji Żydów litewskiego pochodzenia, a także Polaków i Romów. W ciągu tych trzech lat życie straciło tam ok. 100 tysięcy osób, a ci, którzy mieli szczęście i nie zostali rozstrzelani, trafiali do jednego z niemieckich obozów zagłady.
W 1943 roku z inicjatywy majora Wermachtu Karla Plagge powstał w Wilnie obóz pracy dla Żydów. Plagge już wcześniej robił to co mógł, aby pomóc obywatelom tego miasta. Masowo wydawał m.in. certyfikaty świadczące o wysokiej klasy umiejętnościach przydatnych w pracy – osoby posiadające takie dokumenty uważano za bardziej przydatne i najczęściej rezygnowano z „eksterminowania” ich. Niemiecki major szmuglował też jedzenie na teren żydowskiego getta w Wilnie.

Plagge, który był też mechanikiem i kierownikiem wojskowego warsztatu samochodowego, doszedł do wniosku, że stworzenie obozu pracy da cień szansy na uratowanie chociaż części skazanych na zagładę obywateli miasta. Zatrudnił więc 1250 więźniów do prac przy naprawie niemieckich pojazdów.


Kiedy w 1944 roku do Wilna dotarła wieść o zbliżającej się Armii Czerwonej, Niemcy postanowili zlikwidować obóz, co było równoznaczne z wyrokiem śmierci dla jego pracowników. Plagge poinformował więźniów o planach hitlerowców i tym samym dał do zrozumienia, że jedyna szansa na przeżycie to ucieczka z obozu. Części się to udało, reszta niestety została rozstrzelana w niesławnym lesie.
Kiedy po wojnie Plagge trafił pod sąd, do Niemiec wysłana została grupa reprezentacyjna byłych więźniów obozu, którzy zaświadczyli o bohaterskich czynach majora. Co najdziwniejsze – sam zainteresowany nie za bardzo chciał pomocy – podobnie jak Oskar Schindler, uważał, że nie zrobił wystarczająco dużo, aby uratować skazanych na zagładę ludzi.

Herbatka z „Lisem pustyni”

Feldmarszałek Erwin Rommel był niezwykle szanowany zarówno przez niemieckich żołnierzy, jak i przez aliantów, którzy pełni byli podziwu dla jego strategicznego geniuszu i ryzykownych, aczkolwiek trafnych decyzji. Do dziś w oczach wielu historyków dowódca ten pozostaje jedną z tych postaci, którą trudno jednoznacznie ocenić.

Zamachowcy dybiący na życie Hitlera widzieli w Rommlu nadzieję na zakończenie wojny – liczyli na to, że feldmarszałek doprowadzi do ugody z aliantami i uratuje Niemcy przed ostateczną katastrofą. Niezależnie od tego, czy Rommel faktycznie współpracował ze spiskowcami, Hitler, który cudem uniknął śmierci z ich rąk, był przekonany, że cieszący się niezwykłą popularnością feldmarszałek maczał palce w zamachu. Ponadto dowódca otwarcie wywierał nacisk na fuhrerze, aby ten zdecydował się na rozejm z wrogiem. W tej sytuacji wódz III Rzeszy postanowił pozbyć się Rommla i zmusił go do przyjęcia śmiertelnej dawki cyjanku.


Jeszcze w czasie wojny mówiło się o tym, że Rommel nie wykona rozkazu, jeśli sam nie uzna, że jest on słuszny. Jednym z takich rozkazów wydanych bezpośrednio przez Hitlera był ten dotyczący natychmiastowych egzekucji pojmanych szpiegów.
Kilka dni przed lądowaniem aliantów w Normandii brytyjski porucznik Roy Wooldridge został wytypowany do niebezpiecznej misji na terenie Francji. Jego zadaniem było upewnienie się, czy na plażach, gdzie ma odbyć się ofensywa, Niemcy nie zainstalowali min. W tym celu Roy i jego wspólnik zostali przebrani w cywilne ubrania i pozbawieni jakichkolwiek dokumentów świadczących, że są "angielskimi lotnikami".


Niestety, obaj panowie wpadli w ręce wroga. Wooldridge wspomina, że zasłonięto mu oczy i zaprowadzono do dużego pomieszczenia. Tam zdjęto mu przepaskę. Okazało się, że porucznika postawiono przed obliczem samego Erwina Rommela. Jeniec zapytał wówczas jednego z żołnierzy: „Jestem tylko zwykłym porucznikiem. Czemu jestem na spotkaniu z samym generałem Rommelem?”.
„To dlatego, że pan Rommel lubi spotykać się z osobami, które robią dość nietypowe rzeczy” - odrzekł żołnierz.
Generał brutalnie pogwałcił wszelkie możliwe protokoły i rozkazy zapraszając swoich jeńców na herbatkę z tostami. Oprócz tego szpiedzy poczęstowani zostali piwem i paczką papierosów. Panowie pogawędzili sobie przez jakiś czas, a następnie zamiast przed pluton egzekucyjny, odesłani zostali do obozu jenieckiego.

Incydent „Laconii”

We wrześniu 1942 roku sonary niemieckiego okrętu podwodnego U-156 zlokalizowały u jednego z północno-zachodnich wybrzeży Afryki nieprzyjacielską jednostkę. Był to statek pasażerski „Laconia”. Na jego pokładzie znajdowało się 2725 osób – w tym włoscy jeńcy, marynarze oraz brytyjscy i polscy żołnierze. Pod osłoną nocy statek został storpedowany i szybko zaczął iść na dno. Spuszczono więc łodzie ratunkowe, które pomieściły większość ocalałych żołnierzy i cywilów. Miejsca natomiast nie starczyło dla włoskich jeńców, którzy ratowali się skacząc z tonącego wraku do wody. Wkrótce pojawiły się rekiny…


Załoga U-156 wykonała swoje zadanie i u-bot spokojnie mógłby oddalić się z miejsca zdarzenia. Jakby nie patrzeć - „Laconia” była jednostką uzbrojoną, co było wystarczającym usprawiedliwieniem do ataku na ten statek. Jednak kapitan u-bota – Werner Hartenstein – postanowił nie zastosować się do protokołów pozwalających mu wziąć do niewoli tylko najwyższych stopniem dowódców i zarządził akcję ratunkową. Wkrótce na pomoc ruszyły też dwa inne u-boty. Powiadomiony o sytuacji niemiecki admirał Karl Donitz wysłał droga radiową prośbę o dołączenie się do przedsięwzięcia załogi przebywającego niedaleko włoskiego okrętu „Cappelini”.


Cała akcja trwała kilka dni, a niektórych wyłowionych rozbitków przekazywano m.in. jednostkom francuskiej marynarki wojennej. Tymczasem niemieckie łodzie podwodne wypełnione były nowymi pasażerami i brały na hol niemałe ilości szalup ratunkowych po brzegi wypełnionych ludźmi. Wtedy, nieoczekiwanie „z pomocą” przybył amerykański samolot „Liberator”, który to wykorzystując niemożliwość zanurzenia się u-botów pod wodę rozpoczął ostrzał z powietrza.


Na szczęście udało się uratować 1200 osób – zostały one przejęte przez wezwane na pomoc francuskie okręty.
Wydarzenie to stało się głównym powodem do wprowadzenia przez Niemców nowego, bezwzględnego rozkazu zaniechania jakichkolwiek prób ratowania żywych ofiar z zatopionych jednostek. Wspomniany wyżej admirał Donitz, który ów rozkaz wydał, sądzony był w Norymberdze jako zbrodniarz wojenny.


Źródła: 1, 2, 3, 4, 5

Oglądany: 55620x | Komentarzy: 44 | Okejek: 233 osób