Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Wolter - sprytny oszust, któremu zawdzięczamy dżin z tonikiem

99 590  
586   86  
Pewnie każdy z nasz ma jakąś pasję, którą chciałby rozwijać. Problem w tym, że dysponujemy mocno ograniczonym czasem, którego wielką część pożera praca. Plany o tym, aby „zarobić, ale się nie narobić” najczęściej kończą się na marzeniach. No, chyba że ma się głowę na karku oraz talent do finansowych przekrętów.
O jednej z osób, która dorobiła się olbrzymiej fortuny, dzięki spektakularnemu matactwu uczymy się w szkołach. Tylko nikt nam nigdy nie powiedział, że gdyby nie skok na gruby hajs, o Wolterze pewnie by dziś nikt nie słyszał.

Z kryminałem za pan brat

W 1715 roku ziemski padół opuścił Ludwik XIV. Tymczasem prawowity następca tronu miał zaledwie pięć lat, więc nikt nawet nie brał pod uwagę koronowania tego smarkacza. W tej sytuacji urząd ten w jego imieniu zaczął pełnić Filip Orleański – hulaka, mający w najgłębszym poważaniu zasady arystokratycznego obycia, a do tego - cyniczny ateista regularnie szydzący sobie z duchowieństwa.

Niestety, przyszło mu władać krajem będącym w dość kiepskiej kondycji. Francja zbliżała się wówczas do skraju ekonomicznej klęski, a dług publiczny był tak potężny, że niektórzy politycy zastanawiali się, czy nie ogłosić bankructwa państwa.


Młody pisarz François-Marie Arouet, znany bardziej jako Wolter, w myśl montypythonowskiej zasady „zawsze patrz na jasną stronę życia”, nie zamierzał podzielać smutku swoich rówieśników i postanowił, dla odmiany, zrobić coś radosnego. Napisał więc kilka zabawnych pamfletów ośmieszających regenta. Filip Orleański, mimo że z pozoru wydawał się luźnym gościem, okazał się wyjątkowym despotą wybitnie wrażliwym na krytykę. Wolter za swój wybryk na kopach wrzucony został do więzienia w Bastylii. Pisarz trafił do niewoli, tak jak stał – bez żadnego wyroku.
W pierdlu rozwijał swój pisarski talent, a kiedy opuścił celę, wyjechał do Anglii. Wkrótce jednak wrócił do Francji i związał się z wybitną matematyczką - Émilie du Châtelet.

Co z tymi akcjami?

W pierwszej połowie XVIII wieku władze Francji desperacko usiłowały ratować fatalną sytuację ekonomiczną kraju poprzez wprowadzenie na rynek papierów wartościowych. Obywatele zaczęli inwestować pieniądze w te akcje, mając nadzieję, że wkrótce ich wartość wzrośnie.
Stało się jednak inaczej. Wraz z upaństwowieniem banku akcyjnego, wartość tych dokumentów drastycznie zmalała. Francuzi nie tylko nie chcieli już kupować nowych akcji, ale i czuli się bezpardonowo wydymani bagietką w le cul.


Aby nieco uspokoić kipiący ze złości lud, komisarz generalny finansów - Michel Robert Le Peletier des Forts, wpadł na kolejny „genialny” pomysł. Wymyślił sposób na podniesienie wartości tych nieszczęsnych dokumentów oraz nakłonienie Francuzów do inwestowania w nowe.
Pomysłem tym było… zorganizowanie loterii. Plan wyglądał tak, że każdy posiadacz akcji mógł kupić sobie los na loterię. Nagrodą była pierwotna, pieniężna wartość dokumentu plus 500 tysięcy liwrów.
To potężna suma. Dla porównania – najbardziej zamożni mieszczanie rzadko kiedy zarabiali więcej niż 30 tysięcy liwrów miesięcznie! Przyznacie, że taki pomysł mógł się wydawać stosunkowo dobrym sposobem na zrekompensowanie Francuzom ich finansowych strat.

Łatwy sposób na duży hajs

Wolter, który w tamtym okresie, za sprawą swojej ukochanej, obracał się w środowisku ludzi o ścisłych umysłach, poznał podczas jednego z wystawnych obiadów Charlesa Marie de la Condamine'a – wybitnego matematyka, z którym od razu połączyła go nić przyjaźni. Podczas jednej z rozmów, uczony podzielił się z pisarzem doskonałym pomysłem na łatwy szmal.
Jako że wartość wspomnianych akcji była nawet i tysiąckrotnie niższa niż w dniu ich zakupu, można było kupić takie dokumenty za bezcen. I tak na przykład akcja warta 1000 liwrów kosztowała zaledwie 1 liwr, czyli za dawną cenę jednego dokumentu, teraz można było kupić ich tysiąc! A najlepsze jest to, że każdy taki papier uprawniał do nabywania loteryjnego losu z szansą na zgarnięcie fortuny.


Condamine wcale nie przypadkiem wybrał sobie Woltera – pisarz ten miał sporo cennych znajomości, a do tego był biedny niczym kościelna mysz. Kto inny mógłby lepiej nadawać się do skoku na grubą kasę? Dodatkowo sam matematyk nie chciał sobie brudzić rąk – był w końcu człowiekiem dość zamożnym i cenionym w środowisku francuskich uczonych. Potrzebował kogoś od „brudnej roboty”.

Ryzykowna gra

Wolter miał jeszcze kilka innych zalet – posiadał charyzmę, był lubiany i do tego nie miał absolutnie żadnych skrupułów, aby odegrać się na władzy za swą więzienną niedolę.
Pisarz wtajemniczył w przedsięwzięcie grupę zaufanych znajomych, którzy mieli za bezcen pozyskiwać jak największą ilość możliwie najtańszych akcji.
O ile znalezienie inwestorów było najmniejszym z problemów, to już większym wyzwaniem okazało się trafienie na chętnych do współpracy notariuszy, którzy to upoważnieni byli przez władze do sprzedaży losów na loterię. Jeśli któryś z bardziej wnikliwych pracowników zorientowałby się, że ta sama grupa osób regularnie wymienia setki akcji, to natychmiast zgłoszono by istnienie luki w loteryjnym systemie i cały misterny plan szlag by trafił.


Na szczęście Wolter miał swoje kontakty, także i w tym środowisku. Znalazł się zatem notariusz, który za drobną jałmużnę zgodził się brać udział w szachrajskim procederze. Pisarz co miesiąc maszerował do swojego człowieka i wracał do domu taszcząc ze sobą tysiące losów. Potem trzeba było czekać do ósmego dnia każdego miesiąca, kiedy to ogłaszano wyniki loterii. Wówczas jedna z wtajemniczonych osób radośnie odbierała nagrodę, a następnie dzieliła się nią z resztą szajki. Prostszego, łatwiejszego i przyjemniejszego sposobu na robienie kasy chyba nie ma.
Wkrótce każdy z członków loteryjnego gangu stał się niewyobrażalnie bogaty.


Wpaść przez taką głupotę!

Wszystko, co dobre kiedyś się kończy. Jeśli myślicie, że loteryjni krętacze wpadli w jakiś spektakularny sposób, to jesteście w błędzie. Pewnie jeszcze długo grupa francuskich spryciarzy czerpałaby zyski ze swojego procederu, gdyby nie brak wyobraźni samego szefa tejże operacji.
W tamtych czasach zwyczajem było, że uczestnicy loterii podpisywali swoje losy, jakimś zacnym hasełkiem, które to, w ich mniemaniu – miało przynieść im szczęście. Wolter też tak robił. Wyobraźcie sobie ile biedak miał roboty. Dlatego też nie za bardzo przejmował się, tym że zdania, które umieszczał na losach powtarzały się.
Cóż z tego, że za każdym razem zwycięzcą okazywała się inna osoba, skoro szczęśliwe losy były podpisywane takimi samymi hasłami? Organizatorzy loterii wzięli sprawę pod lupę i szybko zdemaskowali przekręt.


Wolter trafił pod sąd. Nieprzytomnie zamożny, w tamtym okresie, dramaturg mógł się śmiać władzy w twarz. Przecież nie zrobił niczego wbrew prawu. Mimo że komisarz generalny finansów domagał się ukarania oszustów, a najlepiej skrócenia ich o głowę, to sędziowie nie dopatrzyli się absolutnie żadnych znamion przestępstwa w działalności Wolterowej szajki, która sprytnie wykorzystała lukę w loterii i w ten sposób dorobiła się fortuny.

Wynik loterii? Dżin z tonikiem!

Wolter nie musiał już nic robić. Był bogaty niczym Sknerus McKwacz i od tej chwili mógł się już skupić tylko i wyłącznie na pisaniu. Inne plany wykorzystania zarobionego szmalu miał pomysłodawca całej akcji, czyli Charlesa Marie de la Condamine.


Zorganizował on ekspedycję do Ekwadoru, podczas której planował liczyć ilość przebytych kilometrów. Chciał w ten sposób udowodnić, że Ziemia nie ma kształtu idealnej kuli.
Przy okazji matematyk został też pierwszym naukowcem, który przepłynął całą Amazonkę. Całkiem przypadkiem, podczas swojej przeprawy odkrył zaskakujące właściwości żywicy jednego z południowoamerykańskich drzew. Kauczuk, który Condamine przytaszczył ze sobą na stary ląd, całkowicie zrewolucjonizował europejski przemysł.
Uczony zahaczył też o Andy, gdzie natrafił na substancję pozyskiwaną z jeszcze innej rośliny. Chinina, bo o niej mowa przez 200 kolejnych lat była jedynym skutecznym lekiem na malarię. Wprawdzie obecnie stosuje się już inne medykamenty, to sam alkaloid, który odpowiada za charakterystyczną gorycz, do dziś jest dodawany do napoju zwanego tonikiem.


Kiedy następnym razem będziecie pić dżin z tonikiem przypomnijcie sobie, że raczycie się efektem ubocznym parszywego, loteryjnego przekrętu gościa, którego dziełami w waszych szczenięcych latach katowała was pani od polskiego.

Twoje zdrowie, stary kanciarzu!


Źródła: 1, 2, 3

Oglądany: 99590x | Komentarzy: 86 | Okejek: 586 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

19.01

18.01

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało