Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Wspomnienia konduktora, czyli wesołe życie za czasów PRL

116 704  
854   77  
Staruch pisze: Wczesne lata 80. Świeżo upieczony Mechanizator Rolnictwa podejmuje pracę w wyuczonym zawodzie na PKP jako Konduktor Rewizyjny. (Do dziś nie wiem dlaczego „rewizyjny” – nikogo nigdy nie rewidowałem, ani nawet nie miałem tego w zakresie obowiązków.)

Okres szkoleń, więc jadę jako „szkoleniec” z panią konduktorką.
Środek lata, godziny południowe, pociąg do Katowic zestawiony z 2 piętrusów typu „bipa” - łącznie 680 miejsc siedzących i wszystkie zajęte. Dodatkowo wszystkie przedsionki zatłoczone do granic. Klimatyzacja była pojęciem znanym jedynie z amerykańskich filmów. Skwar, zaduch i ścisk niesamowity. Dziś to wydaje się mało wiarygodne, ale wtedy było normą.
Wleczemy się na kontrolę biletów. Ludzie wymęczeni, mokrzy, zrezygnowani. Szarówa w upalny letni dzień. Dzień dobry, proszę bilety do kontroli… dziękuję, dzień dobry, proszszsz bilety do kontroli… dziękuj…, dzień dobry, proszszsz bilety do kontroli… dziękuj…, dzień dobry, proszszsz bilety do kontroli… dziękuj…
W pewnym momencie widzimy faceta (40-50 lat), purpurowo-siny na twarzy, słania się i masuje po mostku, ciężko dyszy.
- Coś panu dolega?
- Słabo mi.
- Dobrze, proszę z nami do przedziału służbowego (mała klitka koło kibla, ledwo miejsce dla jednej osoby, a wlazło nas tam troje). Czuć od gościa alkohol, ale nie był nawalony, może po jednym piwie, może po dwóch maks. Idę do kierownika pociągu po jakieś krople nasercowe albo cuś. Nie ma. Wracam.
- Wezwać panu pogotowie?
- Nie, nie. Ja zaraz w Gliwicach wysiadam. Już mi lepiej.
Dałem facetowi swoją wodę mineralną (przydział to 2 butelki 0,33 l na służbę). Wypił, podziękował. Widać, że lepiej się poczuł.
- Ale na pewno nie wezwać pogotowia?
- Nie, już mi lepiej. Bardzo wam dziękuję.
Dojechaliśmy do Gliwic, pomagamy wysiąść podróżnemu, jeszcze raz pytamy jak się czuje.
- Wszystko okej!
Odprowadzamy faceta wzrokiem. Parę minut postoju. W pewnej chwili zauważamy gościa na sąsiednim peronie: macha do nas. Dumni, że uratowaliśmy gościowi życie, odmachujemy z uśmiechami. Drze się:
- Hej! Chuje! Ja biletu nie miałem!
Koniec postoju, jedziemy dalej...

* * * * *

Dawno. Głęboka komuna, ale powoli chyli się ku upadkowi.
Z kolegą Witkiem zajechaliśmy do Bytomia. Kilka godzin przerwy i trasa powrotna. Ale do tego czasu coś trzeba robić. Biały dzień, spanie w noclegowni odpada. Leziemy do miasta. Rzecz jasna w pełnym umundurowaniu, tylko opaski z rękawów pozdejmowane. Obowiązkowo zaliczony bar mleczny, w którym panie kucharki robiły najlepszą jajecznicę na maśle jaką jadłem. Idziemy poszwendać się po tamtejszym Domu Towarowym. Może coś rzucili. Złaziliśmy parter – nic ciekawego, wspinaczka na piętro – tam też wielka kupa. Wychodzimy. Szerokie schody z piętra na parter. Przed nami dwie śląskie „omy” spływają po schodach noga za nogą, „lelum-polelum”. Ani ich wyprzedzić z prawej, ani z lewej. Trzymam rękę na poręczy, a drugą z rezygnacją położyłem Witkowi na ramieniu. I nagle Witold:
- Przepraszam panie! Ja z niewidomym!
Babcie zrobiły miejsce. Ja oczy w jeden punkt i gram rolę narzuconą przez dowcipnisia. Przeszliśmy i słyszę dramatyczny szept za nami:
- Spójrz-ino, Truda! Ślepy, a na kolei robi!

Witold – bezcenna historia naszej firmy.

* * * * *

Dawno. Głęboka komuna, ale powoli chyli się ku upadkowi.
System sprzedaży ratalnej funkcjonował wtedy trochę inaczej niż dzisiaj: dostawało się coś jakby książeczkę czekową na określoną kwotę i przy dużym szczęściu (albo znajomościach) można było coś kupić na raty, wpłacając przy zakupie jakiś procent kwoty gotówką. Szczegółów nie pamiętam, w każdym razie miałem taką książeczkę ratalną.
Jesteśmy w Bytomiu z kolegą Witoldem. Łazimy jak zwykle po sklepach i nagle cud! W sklepie meblowym była dostawa i na środku sklepu stały dumnie dwa piękne „leniwce”! Pluszowa tapicerka, butelkowa zieleń. Podnóżek wysuwający się po pochyleniu oparcia do tyłu! Ameryka! No cud! Drogie jak cholera, ale od czego książeczka ratalna. Sprawa załatwiona od ręki, kupiłem oba. Bagażówka na dworzec, fotele owinięte folią upakowane w piętrusie przy naszym przedziale służbowym. Jedziemy.
Dojeżdżamy do Gliwic – pakuje się kilkaset osób do pociągu. Pora ruszyć dupy na kontrolę.
Wyłazimy ze służbówki. Fotele stoją. Piękne, aż serce rośnie. Wkoło tłoczą się ludzie, kilku na stojaka rżnie w karciochy. Jeden dowcipas rzuca do Witka:
- Panie kierowniku, możemy se siednąć?
Już miałem wrzasnąć i bronić dostępu jak Rejtan, ale Wituś ze stoickim spokojem:
- Jasne, panowie, siądźcie sobie.
Co jest?! - myślę - pogięło go?! Cudze dupska na moje nowiuśkie cudeńka?! Ale znając Witka nie reaguję.
- Jerunie, chopie! Serio, możemy se siednąć?
- Jasne – folia jest, nie pobrudzicie – siadajcie, co będziecie tak stali.
Krew się we mnie burzy, ale kamienna maska. Dwóch siada z wyraźnym niedowierzaniem i szczęściem na twarzach. W końcu leniwce komfortowo wygodne!
Witold z miną pokerzysty wyjmuje bloczek z biletami:
- A teraz, panowie, po stówce od łebka - dopłata do 1 klasy!
To przerażenie oczach, poderwanie zadów w błyskawicznym tempie i rechot kumpli od kart. Do końca trasy nikt, nawet w żartach, nie pytał, czy może se usiąść.

* * * * *

Dawno. Głęboka komuna, ale powoli chyli się ku upadkowi.
Wracamy z trasy do domu. Piątolongo, wieczorek. Można coś łyknąć. Cholera, ale za parę minut odjazd – do sklepu nie zdążymy. E tam. Powiemy dyżurnej, żeby zadzwoniła do stacji X, do dyżurnego Y. Też kończy szychtę, będzie z nami wracał, to dziabniemy razem.
Tylko że przecież nie powiemy dyżurnej, żeby dzwoniła do stacji X i kazała dyżurnemu Y kupić flachę! Taki numer byłby ciut za gruby. Ale od czego kiepeła!
- Pani dyżurna! Byłaby pani uprzejma zadzwonić do stacji X na peron 3 do dyżurnego Y, żeby nakupił DUŻY BOCHENEK CHLEBA NASZEGO POWSZEDNIEGO?
- Jasne, zadzwonię.
Dojeżdżamy do stacji X, lecę na peron 3:
- Y! Jedziesz z nami? Masz?
- Jadę! Mam!
Odjazd. Y wbija do służbówki.
- Dobra Y, dawaj, nie ma czasu!
Y sięga do przepastnej kolejowej torby i wyciąga…dwukilogramowy bochen chleba!!!
- Y! Powaliło cię?! Na chuj nam taki wielki bochen chleba?!
- A to wyście flachę chcieli?! Kurde, ja specjalnie rewidenta do sklepu gnałem po ten chleb! Następnym razem mówcie, że chcecie ciastko z kremem, to zakumam!
Od trzydziestu lat czasami w piątki po szychcie chadzamy na „ciastko z kremem”. Jak pedaliści jacyś.

Oglądany: 116704x | Komentarzy: 77 | Okejek: 854 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

19.01

18.01

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało