Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Kim naprawdę był Vigo z "Pogromców Duchów II"

147 892  
499   30  
To parszywe spojrzenie trudno porównać z jakimkolwiek innym. Zerkający z obrazu karpacki rzeźnik Vigo nie tylko przyćmił swoją osobą całą gwiazdorska obsadę drugiej części „Pogromców Duchów”, ale także sprawił, że dzieciaki na całym świecie moczyły swoje barłogi, kiedy to po filmowym seansie, okrutny czarnoksiężnik nawiedzał ich w snach.
Postać Vigo nabierze jeszcze większej głębi, gdy dowiecie się jakim sukinkotem był odtwórca jego roli.


Jaki ojciec, taki syn

Richard Wagner – tak nazywał się ojciec demonicznego Vigo. Warto na początek przybliżyć jego historię.
Richard przyszedł na świat w Niemczech i dorastał w najgorszym, możliwym okresie. Blondwłosy, błękitnooki, dobrze zbudowany młodzieniec szybko znalazł się na celowniku SS.

Oficerowie bardzo chcieli, aby taki modelowy „Aryjczyk” zasilił szeregi tej ochotniczej (jeszcze wówczas) organizacji paramilitarnej. Wagner, dzięki pomocy swojego pracodawcy, wymigał się funkcjonariuszom. Miał bowiem marzenie – zamiast odbywać żmudną musztrę, chciał nauczyć się boksować. Na zapleczu piekarni, w której pracował zorganizował więc sobie mały kącik i każdą wolną chwilę spędzał tłukąc w treningowy worek.


Przeznaczenie dopadło go jednak szybciej niż można by się tego spodziewać. I to w wyśmienitym stylu. Pewnego dnia, koło piekarni przechodził nie kto inny, jak sam Hermann Göring z małżonką. Nazista przez chwilę przyglądał się chłopakowi, a następnie wszedł do lokalu i zawołał go.

Richard widząc przed sobą jedną z najważniejszych postaci III Rzeszy, prawie stracił przytomność. Mężczyzna poprosił go o chleb. Wagner trzęsącymi się rękoma chwycił pierwszy z brzegu wypiek i wręczył go pani Göring. W tym momencie cała trójka spojrzała na bochen. Oto bowiem na samym jego środku w najlepsze siedział sobie tłusty karaluch. „Co to jest?” - zapytał Hermann. „A, to tylko rodzynka.” - wymamrotał blady ze strachu Wagner, a następnie w mgnieniu oka pochwycił owada i wpakował go sobie do ust. Żując uśmiechał się udając, że zabłąkana rodzynka jest wręcz obłędnie słodka. Göring doskonale wiedział, że dzieciak właśnie na jego oczach zjadł karalucha, ale wyczyn ten zrobił na nim ogromne wrażenie.

Wkrótce Richard wstąpił do armii. W międzyczasie jednak spłodził sobie potomka. W 1940 roku na świat przyszedł wielki Vigo, czyli Norbert Grupe.
Kiedy wojna się skończyła, Wagner rozpoczął karierę zawodowego boksera. Początkowo walczył w Niemczech, ale po latach przeniósł się wraz z rodziną do USA. To w tamtym czasie dorastający Norbert odkrył w sobie predyspozycje do pójścia w ślady ojca. Rozpoczął solidne treningi i szybko jego ciało obrosło twardymi mięśniami. Zamiast jednak skupiać się jedynie na boksie, młodzieniec zaczął też ćwiczyć zapasy.


Ojciec i syn zaczęli walczyć w duecie. Publiczność uwielbiała tych dwóch archetypowych, aryjskich osiłków. Z czasem Norbert skupił się na boksie. Problemem było jednak jego... nazwisko. To kojarzyło się ze słowem „groupie” - bardzo świeżym wówczas określeniem puszczalskich dziewcząt sypiających z muzykami podczas ich tras koncertowych. Norbert Grupe przemianował się więc na Wilhelma von Homburga i pod takim pseudonimem obijał twarze swoich rywali.


Osiem lat na ringu

Bokserska kariera Wilhelma trwała od 1962 roku. Niemiecki osiłek dał się poznać jako silny, charyzmatyczny zawodnik. Większość ze swoich zwycięskich walk, Norbert wygrał przez nokaut. W pewnym momencie zmienił nawet image. Nie chciał być już kojarzony z nazistowskimi korzeniami swojego taty, a zamiast tego zaczął pozować na arystokratę i sięgnął po nowy pseudonim - „Prinz”. Niemiecki książę masakrował facjaty do 1970 roku. Wówczas przeszedł na emeryturę. I to wtedy zaczęło się dla niego prawdziwe życie.


Dziwki, koks i jeszcze więcej koksu

Jeszcze jako zawodowy bokser, Wilhelm słynął z bardzo nieszablonowych zachowań. Miał na przykład w zwyczaju wychodzić na ring otoczony kłębami dymu z palonego przez siebie cygara. W tamtych czasach nie do pomyślenia było, aby tak tytułowany bokser był uzależniony od tytoniu.


Podczas telewizyjnego wywiadu w 1969 roku sportowiec praktycznie nie odpowiedział na żadne z pytań zadanych mu przez redaktora. Zamiast tego, przez dziesięć minut patrzył się na swojego rozmówcę z sarkastycznym uśmiechem przylepionym do twarzy. Dwie dekady później dokładnie ten sam uśmiech stał się znakiem rozpoznawczym filmowego, karpackiego okrutnika.

https://joemonster.org/images/vad/img_35020/0365c667a032e407fa753e68a1f2da99.gif

Kiedy Grupe ostatecznie zszedł z ringu, dziennikarze szybko zorientowali się, że emerytowany bokser wiedzie wyjątkowo rozpustne życie. Przeprowadził się do najbardziej imprezowej części Hamburga, gdzie szybko wdał się w kontakty z miejscowymi dilerami narkotyków. Dragi zresztą bardzo lubiły towarzystwo Grupe. A sam zainteresowany, oprócz regularnego wciągania koksu, nie gardził też dziwkami. Norbert zaczął prowadzać się w towarzystwie lokalnych alfonsów oraz członków niesławnego gangu motocyklowego Hell's Angels.

Były bokser coraz częściej zadzierał z prawem. Sądzony był za sutenerstwo, wyłudzenia oraz handel narkotykami. W pierdlu spędził dwa lata.


Żeby tego było mało na jaw wyszedł pewien dawny, dość paskudny występek Norberta. Jeszcze w 1959 roku, chłopak pod nieobecność swojego ojca zgwałcił jego młodziutką żonę – Ursulę. Wkrótce okazało się, że dziewczyna jest w ciąży. Do dziś nie wiadomo, czy Rona jest przyrodnią siostrą Norberta, czy też może jego córką…


Grupe zdając sobie sprawę, że jego życie znajduje się na równi pochyłej, postanowił wziąć się w garść. Odskocznią od prostytutek, dragów i niekończących się libacji było… aktorstwo

Wielki Vigo

Z występami przed kamerą Norbert już miał trochę do czynienia. W latach 60. zagrał małą rolę w „Morituri” - produkcji z samym Marlonem Brando, a niedługo potem pojawił się w filmie „Torn Curtain” w reżyserii Alfreda Hitchcocka.


Jako że Norbert miał facjatę wyjątkowo kaprawą, szybko znalazło się dla niego zajęcie.
Zazwyczaj grywał czarne charaktery. Wcielił się na przykład w postać zwyrodniałego alfonsa w filmie Wernera Herzoga pt. „Stroszek”. Miał też swój epizod w „Szklanej Pułapce”.


Jednak najbardziej zapamiętany został jako Vigo – karpacki tyran, postać ewidentnie wzorowana na Vladzie Palowniku, czyli pierwowzorze Drakuli. Norbert miał wówczas 50 lat, a jego facjata nosiła ślady tysięcy ciosów, które musiała przyjąć podczas bokserskiej kariery Grupe. Również dragi odcisnęły na obliczu niemieckiego osiłka, swoje piętno.



Grupe miał duży problem z wyraźnym mówieniem. Trudno było coś z jego niezbyt składnego bełkotu zrozumieć, więc producenci filmu zdecydowali się zatrudnić innego aktora do zdubbingowania Vigo. Osobą, która stoi za mrocznym, barytonowym głosem karpackiego okrutnika był sam Max von Sydow – niezapomniany ksiądz z „Egzorcysty”.


Jak powstał słynny obraz?

Ivan Reitman, reżyser filmu pragnął, aby portret Vigo budził grozę, ale jednocześnie wydawał się bardzo „żywy”. Niestety – wszystkie koncepcyjne prace, które trafiały na biurko filmowca bardziej by się sprawdzały, jako portrety postaci w stylu Conana Barbarzyńcy, niż demonicznego tyrana.
W pewnym momencie specjaliści z Industrial Light and Magic doszli do wniosku, że jest tylko jeden sposób na stworzenie przerażającego, niemalże żywego obrazu.
Niesamowity efekt, który możemy podziwiać w filmie to wcale nie zasługa uzdolnionego malarza, a charakteryzatorów, makijażystów oraz fotografa, który zrobił zdjęcie byłego boksera pozującego wśród ludzkich czaszek i ruin.



W scenach, gdzie postać utrwalona na obrazie zaczyna się ruszać, filmowcy ponownie charakteryzowali byłego boksera i kręcili z nim ujęcie na wcześniej wspomnianym tle. To zadziwiające, że kiedyś tak banalne rozwiązania załatwiały to, co dzisiaj zwykło się osiągać za pomocą zaawansowanych rozwiązań CGI.


Norbert Grupe zagrał jeszcze w kilku produkcjach. Na starość jednak nieco zdziwaczał. Niczym bezdomny, sypiał w przytułkach, albo jeździł vanem w towarzystwie swego psa po terenach okalających Los Angeles. Emerytowany bokser i aktor cierpiał na raka prostaty. Ostatnie dni swojego życia spędził w Meksyku u jednego ze swych kumpli. Tam też, w 2004 roku, wyzionął ducha.

Mimo że mający opinię prawdziwego motherfuckera (którym, można by rzec, że w pewien sposób faktycznie był), jego oblicze widniejące na filmowym obrazie nadal tętni życiem, a patrząc w twarz Vigo można by wręcz przysiąc, że ten zaraz wyłoni się z płótna i w dobitny sposób okaże swój gniew. Portret karpackiego tyrana podobno do dziś wisi w jednym z pomieszczeń wytwórni Industrial Light and Magic.


Źródła: 1, 2, 3, 4

Oglądany: 147892x | Komentarzy: 30 | Okejek: 499 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

10.12

09.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało