Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Piekielne autentyki LXIII - uważaj, jak nazywasz swojego kota

62 470  
207   33  
Dzisiaj będzie o księżach. O księdzu, sztuk jeden.

Pogrzeb z gatunku trudnych. Nagły zgon osoby w przedziale 50-60 lat, doskonała rodzina, hałda miłości w domu. Jednocześnie familia na wysokim poziomie, tak materialnym, jak też związanym z wykształceniem, obyciem itd. Ludzie z dużą klasą. Państwo poprosili o ceremonię pozbawioną patosu, niepotrzebnych ozdobników, taką "do wewnątrz".

Pochówek na cmentarzu parafialnym, po części zabytkowym, wszystko omówione, załatwione i uzgodnione, wraz z prośbą o ulubioną muzykę zmarłego.
D-day, startujemy, urna wystawiona w kaplicy cmentarnej, pełna, czteroosobowa warta, budynek wypchany, mnogość ludzi na dworze.

Wbywa księżulo. Młodzieniaszek, oblicze niczym marzenie Paetza, rączki złożone, słowem świętość bije. "Oho, będzie pod górę" - pomyślała cała nasza czwórka. I było... Nie dla nas. Dla nas było to żenujące. Dla Rodziny... Hmmmm, współczuję, mimo całego profesjonalnego dystansu.

Pierwsza jazda - miało się odbyć nabożeństwo pogrzebowe, nasz święty młodzieniec pociągnął pełną mszę, wraz z kazaniem, takim na kwadrans. Ok, bywa, na twarzach zgromadzonych zaskoczenie ale spokój i skupienie.

Jazda na wyższym biegu - koniec mszy, księżulo mikrofon w łapę i wybywa z kaplicy. Syn zmarłego podchodzi do pulpitu by powiedzieć kilka słów, mimo braku mikrofonu, a w głośnikach słychać "Proszę o wyjście z kaplicy, liturgia trwa" - no tak, ksiądz, władca mikrofonu. I to bezprzewodowego.

Bieg nr 3. Urna w karawanie, ruszamy. Z auta rozbrzmiewają dźwięki Beethovena, o jakiego prosiła Rodzina. Co robi urzędnik Pana Boga? Podchodzi do auta i wsiada na kierowcę, że on nie pozwala, że natychmiast wyłączyć, że on będzie śpiewał odpowiednie pieśni (no tak - mikrofon). Młody za kółkiem wymiękł i nie zaoponował, wyłączył. Reakcji rodziny nikt z nas nie widział, wszak odwracać się nie uchodzi.

Bieg nr 4. Zmarły, jak się okazało, był zajadłym cyklistą, członkiem jakichś klubów czy stowarzyszeń rowerowych. Po opuszczeniu urny, koledzy rowerowi zaczęli dzwonić zabranymi ze swych bicykli dzyndzołkami. Władca mikrofonu spurpurowiał i: "To jest ceremonia katolicka i JA SOBIE NIE ŻYCZĘ takich WYGŁUPÓW". Nożżż k...aaaa. Współczucia dla Rodziny.

Bieg nr 5. Księżulo czyta info o zamówionej mszy za Zmarłego, po czym dodaje: "Proszę o jak najwyższą FREKWENCJĘ (sic!) i hojne datki na potrzeby naszej parafii".

Nie jestem wierzący, onegdaj ochrzczony, pierwszą komunię przyjąłem. Od lat, cytując mojego Dziadka w stanie: "Po Bożemu zakonu, u mnie we wsiech atestacjach kreska". Jednak, nawet gdybym był żarliwym katolikiem i tak potraktowano ostatnią drogę najbliższej osoby, rzuciłbym instytucjonalny Kościół, reprezentowany przez urzędników Pana Boga w trybie natychmiastowym.

I dziwią się, że im kościoły pustoszeją...

by Bestatter

* * * * *


Historyjka nieco humorystyczna.

Bratowa powiła dziecię. Jako że wraz z mężem (moim bratem) na stałe mieszkają w Anglii, pierwsze moje spotkanie z nowym członkiem rodziny nastąpiło w piątym miesiącu jego życia, kiedy to całą trójką przyjechali na 2 tygodnie do Polski.

Przyjechali do mojego mieszkania, standardowa kawka, herbatka, jak się maleństwo chowa, jak życie za granicą, prezent dla synka od dumnej cioci oczywiście też się pojawił - normalne rodzinne spotkanie. Nic nie przepowiadało armagedonu, który miał za chwilę nadejść.
A sprawcą wybuchu okazał się być... mój kot.
Uwaliło się bydle na takiej interaktywnej macie dla malucha, która była rozłożona na podłodze. Jako że jest to pers i mógł zakłaczyć dziecku matę zawołałam w jego stronę 'Psssiiko! Wojtek, to nie twoje, złaź!'.
I się zaczęło.

Jak ja mogłam nazwać kota takim samym imieniem, jakie nosi ich syn?! Dowiedziałam się też, że jestem złośliwa, bezczelna i natychmiast mam 'przechrzcić' zwierzaka. Co z tego, że on na to imię reaguje! To niedorzeczne, oburzające, a ja jestem nieodpowiedzialna!
W pierwszej chwili mnie zatkało. Próbowałam obrócić sytuację w żart, jednak bezskutecznie. Dowiedziałam się, że jak będę mieć swoje dzieci, to dopiero wtedy MOŻE zrozumiem jak bardzo mojej rodzinie ubliża fakt, że byle futrzak jest nazywany tak samo jak mój bratanek.
Generalnie rozmowa skończyła się fochem, zbieraniem rzeczy w tempie ekspresowym i trzaśnięciem drzwiami.

Być może reakcja brata i jego szanownej małżonki była w pewnym stopniu uzasadniona, gdyby nie fakt, że mój kot ma już prawie dziesięć ludzkich lat i rodzinka znała go już wcześniej, wiedziała również, jak się wabi.

W rozmowie telefonicznej z bratem (udało mi się dodzwonić dopiero po kilku dniach, wcześniej połączenia były odrzucane), usłyszałam dodatkowo, że nie spodziewali się po mnie takiego zachowania, bo uznali, że sama domyślę się, że muszę zmienić kotu imię, kiedy dowiedziałam się o tym, że ich pierworodny będzie nosił dumne imię Wojciech. A dzwoniłam tylko po to, żeby porozmawiać na spokojnie, bo jakby nie było, kłócić się nie zamierzałam.

No nie domyśliłam się, przykro mi.

by elfia_luczniczka

* * * * *


Historia zaczęła się mniej więcej 3 lata temu, kiedy to poznaliśmy, jak się później okazało, przyszłą małżonkę naszego "przyjaciela". Dziewczyna wydawała się naprawdę spoko, była w podobnym wieku do mnie, miała dwoje dzieci tak jak ja, też w zbliżonym wieku do moich "aniołków".
Jednak po pewnym czasie z jej strony zaczęły nadchodzić piekielne sytuacje.
Pierwsza z nich wydarzyła się podczas naszej rozmowy.

[ja] [k]oleżanka

[k] - Wiesz, jestem w ciąży.
[ja] - No to chyba super nie? Ale w sumie jak to? Przecież zarzekałaś się, że nie chcesz już więcej dzieci.
[k] - No tak, ale się nie wysikałam.
[ja] - Co? Jak to? Nie czaję....
[k] - No nie wysikałam się. Nie rozumiesz?!?!
[ja] - Nie... (myślę sobie wtf? Może nie słuchałam i ominęłam ważny wątek z jej wypowiedzi???)
[k] - No bo nigdy się nie zabezpieczaliśmy i po każdym zbliżeniu szłam się wysikać, więc nie zachodziłam w ciążę. Tym razem nie poszłam i zaszłam.

W tym momencie zrobiła mi się chyba jakaś zwara w mózgu, przeżyłam szok i niedowierzanie. Nie mam pojęcia, kto bardziej piekielny, ona czy jej mąż, który w wieku 31 lat wierzył, że takie coś ochroni ich przed nieplanowanym rodzicielstwem.

by ona531

* * * * *


Jestem zawodowym kierowcą.
Piekielności między ciężarówkami a osobowymi można by opisać tysiące z jednej jak i z drugiej strony, ale nie o tym dziś.

Jakieś pół roku temu wiozłem z GB sortownik do owoców, maszyna zacna, za prawie $100 000, dostawa do małej miejscowości, okolice Grójca. Bez problemu dotarłem na miejsce, ale była godzina 4 rano, to postanowiłem zdrzemnąć się trochę.

Ze snu wyrwało mnie walenie w ścianę naczepy metalowym prętem. Pomyślałem WTF, wychodzę więc z szoferki i widzę dziadka ok. 70 wiosen, dziarsko demolującego 3-miesięczną chłodnię. Bez namysłu wyrwałem dziadkowi pręt coby więcej szkód nie zrobił i telefon po naszą dzielną policję. Gdy spytałem, dlaczego niszczy pojazd, za który ja odpowiadam, stwierdził, że zastawiłem mu widok na wschodzące słońce i by obejrzeć to cudowne zjawisko musiał wstać z łóżka, co go straszliwie rozzłościło.

Policja po przyjeździe spisała odpowiednie papierki. Ja po rozładunku odjechałem na bazę, gdzie rzeczoznawca oszacował straty na 60 tys. zł. Ja do dziś nie rozumiem do końca co się wtedy stało, ale szef i koledzy z firmy mają ubaw ze mnie, że zabrałem dziadkowi wschód słońca i przypominają mi o tym jak tylko jest okazja.

by tweety100

* * * * *


Duża stacja benzynowa niedaleko miasta wojewódzkiego.

Wchodzi elegancka i zadbana pani koło 50-tki z dorosłą córką. Kobieta idzie do kasy, płaci za paliwo i pyta "Gdzie są mentosy?". Sprzedawca - młody chłopak - bardzo grzecznie wskazuje ręką regał stojący przed kasą. Pani nie spojrzała nawet w stronę regału i mówi "Proszę mi podać". Sprzedawca na to, że są w tym miejscu (znów wskazuje ręką), wystarczy sięgnąć (on, żeby je podać musiałby wyjść zza lady, okrążyć regał, więc trochę roboty by miał, a kobieta naprawdę miała je na wyciągnięcie ręki).

Na to kobieta, zamiast po prostu wziąć dropsy zaczęła się wydzierać, że sprzedawca jest niekulturalny i nie wypełnia swoich obowiązków i przyzwoitość wymaga pomóc starszej pani [sic!]. W tym momencie córka, czerwona od żeber po cebulki włosów podchodzi do półki, bierze te nieszczęsne mentosy, kładzie na ladzie i wychodzi.

Czy sytuacja była piekielna? Dla mnie na pewno. Ponieważ w tej historii jestem córką...

by corkapiekla

* * * * *


Trafiliśmy z brygadą montażową do maleńkiej popegeerowskiej osady w Podlaskiem, gdzie droga się kończyła. Dalej dookoła był poligon i zakaz wstępu. Istny koniec świata i obyczaje tubylców temu dorównujące. Rozwój cywilizacyjny niektórych – bez urazy – zatrzymał się w latach 50-tych XX wieku.

Przy rozładunku sprzętu i materiałów, asystowało nam pół społeczności oglądając wszystko z niekłamanym zachwytem. Po rozplanowaniu zadań, każdy z moich „orłów” udał się na wskazane rubieże wyjściowe i rozpoczęli natarcie remontowe. Zauważyłem, że społeczność aktywnie kibicuje w grupkach 2-3 osobowych wszystkim naszym czynnościom. Dopóki był spokój nie interweniowałem, a skoro mieliśmy tu spędzić 3 tygodnie, to warto było mieć ich po swojej stronie.
Zadzierzgnięte nici sympatii były systematycznie i starannie podsycane przy spożywaniu „rozmownej wody” na wieczornych ogniskach. Na szczęście tylko wówczas, bo gdyby to się przeciągnęło do godzin pracy, to pewnie niejeden z „orłów” osiadłby tam z rozkoszą na stałe. Poniżej anegdotki z owego montażu.

1. Fabian zwany Ropuchem miał nadzór nad rurą miedzianą fi 15 w sporej ilości. Od pierwszej chwili zyskał grupkę wiernych adoratorów, którzy nie przeszkadzając mu w pracy chodzili za nim krok w krok bajerując o „d*pie Maryni” calutki dzień. Któregoś razu jeden z nich - pan Władek – uprzednio rozejrzawszy się bacznie czy aby Kierownika nie ma w pobliżu – konfidencjonalnym szeptem zapytał:

- Fabian, a tej rurki błyszczącej to nie masz trochu za dużo?
- A na co ci? – spytał.
- Ano aparaturkę do bimbru by my zbudowali.

Ropuch wyczuł korupcyjną propozycję, ale nie z nim takie numery. Nie na tak mizerną skalę. Przy negocjacjach o „opylenie” n.p. wagonu cementu byłby pierwszy, ale te biedne kilka metrów rurki to nie jego skala.
Z drugiej strony zachodziła obawa, że tubylcy sami sobie podbiorą, a on nie zdoła się rozliczyć. Wieloletnie doświadczenie budowlańca pozwoliło wybrnąć z tego problemu.

- Widzisz, Władek, nie da rady! Ta rura jest skażona chemicznie. Jak puścisz przez nią zacier to nawet nie wypijesz – taki syf się robi! Jeden już próbował i musiał wylać pół beczki.
Władek oniemiał. Pokręcił głową z niedowierzaniem i wyszeptał.
- Rany boskie... pół beczki.

2. Brygada wiertaczy Koklusz i Django otoczona wianuszkiem wielbicieli, rozpakowała swój najlepszy sprzęt – superhiper-extramega dużą wiertarę do betonu. Sprzęt rzeczywiście niezawodny i wyposażony prawie jak łazik marsjański. Przez tłum przeszła fala westchnień. Moje orły poczuły się jak mityczni herosi, wkraczający w glorii chwały na podbite tereny. Szybciutko sprzęt podłączyli, drabinę ustawili żeby korzystając z oniemienia tłuszczy, dodatkowo się dowartościować przy wierceniu. Koklusz wskoczył na drabinę, Django ją trzyma, tubylcy wstrzymują oddech. A tu nic się nie dzieje.
Django z góry półgębkiem, żeby tylko Koklusz go usłyszał:

- Ty, kuffa, nie działa.
Koklusz podobnie odpowiada.
- No. Teraz sobie przypomniałem. Kabelek pod uchwytem się ułamał i zapomniałem naprawić. Poruszaj nim, to powinna zaskoczyć.

Django z nonszalancką miną pozoruje poszukiwanie wzrokiem odpowiedniego miejsca na ścianie do wykonania otworu, ale lewą ręką aktywnie kręci kabelkiem i szuka styku. Żaden nie daje po sobie poznać, że coś nie idzie zgodnie z planem.
Jest! Ruszyła. Co prawda przerywa czasami, ale te momenty chłopaki wypełniają aktywną pozoracją typu: nie będę wiercił za dużo na raz, bo zakurzę całe pomieszczenie...

Po wywierceniu jednego otworu tak się przypadkiem złożyło, że zrobili sobie przerwę śniadaniową, a to już był banał dla tubylców i poszli sobie do innej ekipy.
Przed odejściem jeszcze jeden z miejscowych wziął wiertarkę do ręki i spróbował włączyć. Oczywiście bez skutku. Podsumował z westchnieniem:
- Patrz pan jaki to sprzęt zmyślny teraz produkują. Nawet jak ukradniesz to nie skorzystasz...

Od tych zdarzeń rura miedziana i elektronarzędzia mogły bezpiecznie leżeć na budowie bez nadzoru. Nic nie zginęło.

P.S. Chciałbym być dobrze zrozumiany: nie sugeruję żądzy przywłaszczenia mienia przez kogokolwiek z tubylców, lecz wieloletnie doświadczenie budowlane jest okrutne. Okazja czyni złodzieja. Nie stwarzaj okazji. Będziesz spał spokojnie.

by kerownik

* * * * *


Ostatnio pisałem jak łatwo w drugim największym kraju świata zdobyć prawo jazdy. Dziś będzie o organach policji (historia zasłyszana od przyjaciół).

Prowadzenie po piwku czy nawet dwóch nie jest kłopotem/wykroczeniem, ponieważ alkomatów policja nie używa, ocenia trzeźwość na podstawie zapachu tudzież zachowania. Śmiało więc można legalnie spotkać się ze znajomymi na mieście, przechylić złocisty napój i wrócić samemu samochodem do domu.
Pewien znajomy postanowił spotkać się ze znajomymi na piwko. Niestety czasami i tak bywa, że dobra zabawa i stracone poczucie czasu zamienia jeden browarek w niezłą popijawę. Po wszystkim uparcie postanowił, że prześpi się w samochodzie i rano wróci do siebie.

Po otrzymaniu zgody na nocleg na parkingu od właściciela lokalu, uchyleniu szyby, oddał się na tylnej kanapie kulturalnie pod kocykiem objęciom Morfeusza.

Po kilku godzinach, jeszcze grubo przed wschodem słońca, obudził go patrol policyjny z zapytaniem co tutaj robi. Wyrwany z letargu, otulony kocem, po wyjaśnieniu swojej wersji wydarzeń został zabrany na komisariat gdzie zabrano mu prawo jazdy za... próbę usiłowania prowadzenia pod wpływem upojenia alkoholowego.

by r4ll

* * * * *


Jakiś czas temu (no dobra - 23 lata temu) wracałem od mojej jeszcze nie żony do domu. Godzina tak ok. 1:00 w nocy. Przy bloku, w którym mieszkam, sąsiad ma sklepik osiedlowy.

Przechodząc ze zdziwieniem zobaczyłem, że drzwi do sklepu otwarte, a jacyś goście noszą różne pudełka, do i ze sklepu.

Noc, jestem sam - ryzykować nie będę. Wszedłem do domu i dopiero wtedy zadzwoniłem na policję opisując co tam zobaczyłem. Po dosłownie kilku, kilkunastu minutach przez otwarte okno usłyszałem donośne okrzyki:

STAĆ!!! POLICJA!!!

I jeszcze kilka w podobnym tonie.

Potem cisza. Poszedłem spać.

Po kliku dniach dowiedziałem się, że właściciel sklepu, człowiek zapracowany, dopiero w nocy miał czas, żeby jakąś dostawę czy jakieś przemeblowanie zrobić, a tu w trakcie pracy policja mu nalot zrobiła.

by Fiance

<<< W poprzednim odcinku

6

Oglądany: 62470x | Komentarzy: 33 | Okejek: 207 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

22.01

21.01

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało