Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

"Barbarian" - mięśnie, cycki, kultowy film oraz historia jednej z najlepszych gier z lat 80.

92 209  
267   30  
Stare, zakurzone pudła spoczywające gdzieś w zakamarkach piwnic często kryją w sobie prawdziwe skarby. Mogą być to słoiki z ogórkami kiszonymi w okresie stanu wojennego, erotyczny pamiętnik babci z lat młodości, albo… zapyziała kaseta magnetofonowa, na której etykiecie widnieje wyblakły już napis „Barbarian”.

Ach, gdyby jeszcze gdzieś znalazła się poczciwa komoda 64 i jakiś zgrabny śrubokręcik, żeby głowicę ustawić, to zamiast oddawać się weekendowej konsumpcji alko, człowiek spędziłby czas na graniu w jedną z najlepszych 8-bitowych naparzanek!

Ale… zacznijmy od początku. A ten ma miejsce w latach 60., kiedy to Włosi oszaleli na punkcie kostiumowych filmów zainspirowanych Pismem Świętym.

Peplum, czyli sandały i miecze

Zanim włoscy filmowcy zaczęli odtwarzać na swoim gruncie dziki zachód i zastępować amerykańskich kowbojów lokalnymi aktorami, na warsztat poszły inne produkcje z Hollywood. W tamtych czasach widzowie zachwycali się historycznymi megaprodukcjami, często inspirowanymi historiami żywcem wyciągniętymi z Biblii. Podczas gdy cały świat jarał się „Dziesięcioma przykazaniami” oraz „Ben Hurem”, Włosi zakasali rękawy i zabrali się za tworzenie swojej odpowiedzi na ten trend. W ten sposób powstał całkiem nowy gatunek kina, czyli „peplum”. Najpierw powstało kilkadziesiąt produkcji o Herkulesie i seria filmów o Maciste.


W pewnym momencie włoskie kina podbił nawet pewien bohater powieści Henryka Sienkiewicza, czyli Ursus, którego można było podziwiać aż w dziewięciu odsłonach. Potem jego miejsce zastąpiły wieloodcinkowe dzieła o Samsonie, Goliacie, oraz całe multum produkcji o gladiatorach.


Z czasem moda na tego typu kostiumowe koszmarki minęła, robiąc miejsce dla spaghetti westernów. Jednak echo peplum gdzieś tam jeszcze pobrzmiewało, bo dwie dekady później o włoskich, epickich produkcjach spod znaku sandałów, potężnych mieczy oraz wywracających się kartonowych dekoracji przypomnieli sobie twórcy całkiem nowego gatunku kina przygodowego.

Przerośnięte bicepsy, olbrzymie miecze i jeszcze większe cycki!

W latach 80. celuloidowe taśmy zapełniły się umięśnionymi, małomównymi samcami alfa, których jedynym głosem w każdej dyskusji był świst potężnego miecza i dźwięk przecinanej za jego pomocą czaszki oponenta. Jeszcze zanim światło dzienne ujrzał zekranizowany bohater książek Roberta Howarda, czyli Conan, kilku innych osiłków zdążyło już przetrzeć austriackiemu barbarzyńcy szlaki. Nawet sam grany przez Schwarzeneggera Cymeryjczyk musiał konkurować z innym muskularnym herosem. Mowa oczywiście o Darze – głównym bohaterze „Władcy zwierząt” - filmu, który wszedł do kin dosłownie chwilę po „Conanie”.


Obie te produkcje ustawiły poprzeczkę dość wysoko. Aby ją podnieść trzeba było nakręcić film, w którym znalazłoby się jeszcze więcej mięśni, bojowego żelastwa oraz cycków.


No, właśnie – cycki. Tych cieszących oko elementów nie mogło zabraknąć w żadnym z barbarzyńskich dzieł. Już sam „Beastmaster” promowany był przez pozującą na okładce Playboya Tanyą Roberts, która w filmie wcieliła się w jedną z głównych postaci.


Filmowcy prześcigali się więc w sposobach na upchnięcie możliwie jak największej ilości cycuszków na tle spoconych, męskich ciał. A musicie wiedzieć, że trend ten eskalował dość szybko. Już bowiem w 1984 roku powstała produkcja pod tytułem „The Warrior and the Sorceress” z samym Davidem Carradinem. Jednak to nie on był najważniejszym elementem tego filmu, ale (uwaga spojler!) CYCKI! Zresztą spójrzcie tylko na plakat. Przyjrzyjcie się mu dokładnie.
Tak – twórcy tego dzieła bardzo kreatywnie poradzili sobie z problemem pokazywania widzom jak największej ilości piersi. Po prostu podwoili ich ilość na ciele jednej z bohaterek. Proste i doskonałe zarazem rozwiązanie!


Ten nowy rodzaj kina zwany przez niektórych „heroic fantasy” był też wspaniałą okazją dla kulturystów marzących o filmowej karierze. Zapotrzebowanie na umięśnionych koksów było tak duże, że głównym wyznacznikiem zatrudniania „aktorów” nie był już ich talent, ale obwód klaty i wielkość bicka. W ten sposób swoja przygodę z kinem zaliczyli bracia Peter i David Paulowie, których prawdziwym debiutem był film pod tytułem… „Barbarzyńcy”!

Pikselowi wojownicy

Mówimy ciągle o latach 80., czyli epoce, w której wirtualna rozrywka ledwo pełzała. Jakoś tak w połowie tej dekady zaczęły powstawać pierwsze prymitywne produkcje, w których zadaniem gracza było obicie przeciwnikowi twarzy. W samym tylko roku 1985 powstały trzy dzieła, które dla każdego dzisiejszego trzydziestolatka na pewno brzmią znajomo.

„International Karate”



„Yie Ar Kung Fu”



„The Way of The Exploding Fist”


I to właśnie w tym roku szefowie „Palace Software” brytyjskiego studia wydającego gry na 8-bitowe platformy zauważyli niewykorzystany jeszcze potencjał w kinie spod znaku cycków i wielkich mieczy. Brakowało jeszcze pikselowych barbarzyńców!
Zatrudniony do tego projektu Steve Brown – programista, który miał już całkiem zacne osiągnięcia w swojej dziedzinie, miał przed sobą trudne zadanie. I trzeba przyznać, że podszedł do niego wyjątkowo profesjonalnie. Zanim zasiadł do pracy, przeczytał od deski do deski wszystkie książki Roberta Howarda. Następnie obejrzał 16 najbardziej znanych filmów kina barbarzyńskiego, szczególną uwagę poświęcając obserwowanie techniki walk celuloidowych bohaterów.


Brown wpadł na rewolucyjny w tamtych czasach pomysł. Na bazie zaczerpniętej ze wspomnianych produkcji wiedzy zarejestrował na video cały zestaw krótkich ujęć, w których on sam z pomocą drewnianego miecza wykonywał wyuczone ciosy. Jednym z takich uderzeń był tzw. Web of Death, który żywcem skopiowany został z jednej ze scen „Conana Niszczyciela”. Podczas jednej z prób Brown prawie sam pozbawił się oka! Każdą klatkę z nagrań, w których Steve machał patykiem przerobiono na rysunki, a następnie piksel po pikselu nadano im cyfrową formę.

Tak gra wyglądała na Amidze 500.

Tak na C-64.

W wersji na ZX Spectrum.

A tak prezentowało się wydanie pecetowe (w tym wypadku jest to "Death Sword" - pod takim bowiem tytułem gra wyszła na terenie USA).


A co z dźwiękiem? No, cóż, oprócz charakterystycznego motywu przewodniego gracze mogli też usłyszeć wrzaski bohaterów. A te bezczelnie skopiowano z filmu „Czerwona Sonja”!


Efekt pracy był znakomity. Powstała gra, w której zawodnicy dysponowali dość pokaźną ilością uderzeń, a od bezmyślnego machania joystickiem ważniejsze było nauczenie się odpowiedniej techniki. Każdy z walczących na śmierć i życie barbarzyńców miał po 12 punktów życia. Walkę można było jednak zakończyć znacznie wcześniej, jeśli tylko w odpowiednim momencie wykonało się cięcie z półobrotu, które to w widowiskowy sposób pozbawiało przeciwnika głowy!


Kiedy „Barbarian” był już gotowy, przed studiem pojawiło się kolejne wyzwanie – jak go promować? Brown słusznie zauważył, że większość pudełek z wydawanymi wówczas grami opatrzona była marnej jakości okładkami. Twórca nie chciał, aby taki błąd popełniło też Palace Software. Za ich zgodą Steve zwrócił się więc do dwójki modeli, z propozycją sesji zdjęciowej.


W rolę barbarzyńcy wcielił się Michael Van Wijk, natomiast cycki „zagrała” Maria Wittaker – babeczka, która chętnie rozbierała się na łamach kolorowych czasopism, a swego czasu użyczyła też swego ciała na potrzeby jednego z 8-bitowych Strip Pokerów.


Kiedy tylko „Barbarian” wraz z promującymi go plakatami trafił na rynek, od razu odezwały się głosy krytyki. Po raz pierwszy w historii wirtualnej rozrywki pojawiła się sugestia, że niektóre komputerowe gry mogą zepsuć niewinnym dzieciakom umysły. Produkt Palace Software przez wiele religijnych organizacji uznany został za epatujący nie tylko przemocą i okrucieństwem, ale i pornografią. Ponadto do głosu doszły tez feministki sugerując, że gra obraża kobiety sprowadzając ich rolę tylko do eksponowania cycków (a to nowość!). Oczywiście szum wokół „Barbariana” tylko mu pomógł i produkcja ta stała się jednym z największych hitów tamtej epoki.


Nie wszędzie jednak można było sobie bezkarnie obcinać łby. W na przykład Niemczech „Barbarian” nie pojawił się na sklepowych półkach. Zakaz sprzedaży został zdjęty dopiero wówczas, gdy wydano jego „ocenzurowaną” wersję, czyli taką, w której tryskającą krew zamieniono na posokę w kolorze zielonym.
Po ogromnym sukcesie barbarzyńskiej jatki, Steve Brown zakasał rękawy do pracy nad kolejną częścią.


Tym razem jednak zamiast na nowo filmować swoje ruchy, programista skorzystał z dorobku fotografa Eadwearda Muybridge'a, który to w 1901 roku wykonał serię zdjęć ludzi w ruchu. Za ten krok Brown zyskał sporo pochwał – recenzenci prześcigali się w zachwytach nad niespotykanym dotąd realizmem w komputerowej animacji ludzkich postaci.

Polski wkład w barbarzyńską rozwałkę

„Barbarian” zagościł na wszystkich (prawie!) platformach dostępnych na rynku. Łby ścinali zarówno osoby mające w swoich domach Atari ST, czy ZX Spectrum, jak i zatwardziali ”komodorowcy”. Tylko jedni gracze czuli się przez Palace Software bezpardonowo wydymani. A byli to posiadacze 8-bitowych komputerów Atari. Mimo że wśród „atarowców” krążyły wieści o zbliżającej się premierze „Barbariana”, nic nie wskazywało na to, aby producenci zdecydowali się na sprawienie radości milionom złaknionych pikselowej juchy graczy.
I w tym momencie do akcji wkraczają Polacy! A konkretnie – programiści z LK Avalon, którzy nieoczekiwanie wydali „Barbariana” na pominiętej przez brytyjskich twórców platformie.


Czy w tamtych czasach ktoś przejmował się prawami autorskimi? Jak widać – nie. Ważne jednak było, że na poczciwych atarynkach można było wcielić się w barbarzyńcę. Wprawdzie monochromatycznego, znacznie zubożałego w porównaniu z innymi wersjami, ale zawsze!



Na nasz w pełni autorski wkład w barbarzyńskie produkcje komputerowe trzeba było jeszcze trochę poczekać. Grunt, że mieliśmy całkiem solidne podwaliny. W 1876 roku Józef Ignacy Kraszewski napisał opartej na staropolskich legendach powieść pt. „Stara Baśń”, której jednym z głównych bohaterów był Doman – nieugięty wojownik, który równie sprawnie machał mieczem, co zdobywał kobiece serca.
W czasie II wojny światowej germańscy najeźdźcy zniszczyli wszystkie rękopisy „Starej Baśni” oprócz jednego, który uniknął tego losu ukryty w warszawskiej Bibliotece Narodowej.


W latach 80., kiedy cały świat jarał się zalewem produkcji o podobnych Conanowi, barbarzyńcach, na naszych ziemiach zaczęto wydawać luźno opartą na powieści Kraszewskiego serię komiksów o przygodach Domana. Wzorując się na tych lekturach, w połowie następnej dekady, World Software - twórcy pamiętnej bijatyki pt. „Franko”, wydali jedną z najbardziej krwawych i okrutnych produkcji w historii polskiego grania.


Na naszych, prawdziwie polskich „barbarzyńców” musieliśmy więc trochę poczekać, ale z efektu mogliśmy być dumni!


Źródła: 1, 2, 3, 4, 5
2

Oglądany: 92209x | Komentarzy: 30 | Okejek: 267 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

21.02

20.02

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało