Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

5 ślepych testów, które pokazują jak niewiele warte są opinie ekspertów

191 144  
547   108  
Dla każdego, kto w codziennych decyzjach kieruje się zdaniem ekspertów, będzie to kiepska wiadomość, ale prawda jest taka, że opinie tych tzw. specjalistów są w większości "gie" warte.

Wino jak wino

Smakosz wina. Nie ma chyba drugiego kraju na świecie, w którym to stwierdzenie mogłoby być bardziej niejednoznaczne. Od koneserów zalegających na dolnych półkach przeźroczystych butelek z eliksirami we wszystkich kolorach tęczy, przez wiernych jednej winnicy kadarkowców, a skończywszy na ludziach kupujących wina po 50 zł za butelkę, nie wspominając nawet o tych, którzy na wino wydają pół minimalnej krajowej – wszyscy oni bez wątpienia kochają ten smak.


Ale właśnie... Jeśli za butelkę wina wydajesz tyle, co za dobry obiad w knajpie, to siłą rzeczy oczekujesz, że każdy jego łyk będzie przenosił cię na cholerne zbocze cholernej francuskiej winnicy w środku cholernie ciepłego lata, nie? W końcu polecał je ekspert. Jeśli jednak po wypiciu całej butelki przeniosłeś się jedynie do kibla – 3 razy – to chyba coś tu nie gra. Czy ekspert się mylił? To trudne do zaakceptowania, ale jak najbardziej możliwe. W ślepych testach wina za kilkanaście złotych – lub raczej: dolarów – wypadają tak samo dobrze, a nawet lepiej niż wina wielokrotnie droższe. Najsłynniejszy bodaj przykład to wina Stag’s Leap z założonej w latach 70. XX wieku kalifornijskiej winnicy, które w ślepym teście smakowały znawcom bardziej niż wina z legendarnych winnic w Bordeaux o wielowiekowej tradycji.

Szlachetne dźwięki starego instrumentu

Wszystko co starsze jest lepsze, bo jest starsze. Wino, kobiety, malunki skalne itd.


- Zobacz! Zrobili to ludzie, którzy zajmują się tym od pokoleń, więc nie mów mi, że nowsze będzie lepsze! Jak jest takie dobre, to dlaczego ludzie używają dzisiejszych, a nie średniowiecznych smartfonów, co? Szach mat. Czasy się zmieniają.

Tak samo było ze skrzypcami Stradivariego – żyjącego na przełomie XVII i XVIII wieku mistrza lutnictwa. W 2010 roku przeprowadzono badanie, które dość jasno pokazało, że skrzypkowie wolą jednak grać na instrumentach wytwarzanych nowoczesnymi metodami. Tylko ośmiu z dwudziestu jeden muzyków, którzy wzięli udział w badaniu, wybrało instrumenty Stradivariego.


W 2014 roku badanie powtórzono, tym razem w warunkach bardziej zbliżonych do realiów znanych profesjonalnym muzykom. Rezultat? Ten sam.

Pierre Brassau

Sztuka współczesna jest jak biegnący koń – mało kto ją rozumie. Wyzwolona spod jarzma funkcji czysto dekoracyjnej znajduje dzisiaj ujście we wszelkiego rodzaju instalacjach, happeningach, fluxusach, videoinstalacjach i performensach, a artystą, nawet z przypadku, może zostać każdy.


Tego, że sukcesy w sztuce współczesnej może odnosić nawet małpa, dowiódł w latach 60. XX wieku dziennikarz jednego ze szwedzkich tabloidów. Åke Axelsson zaprezentował na wystawie w 1964 roku obrazy znanego francuskiego malarza Pierre’a Brassau. Sęk w tym, że Pierre Brassau to tak naprawdę Peter Szympans – małpa z miejscowego zoo, która z niewielką pomocą Axelssona odkryła, że jest drugim Van Goghiem. Do tej opinii przychylili się krytycy, którzy oglądali obrazy Petera podczas trwania wystawy. Jeden z nich przyrównał lekkość, z jaką Peter posługiwał się pędzlem do ruchów baletnicy. Pewnie z taką samą lekkością Peter rzucał odchodami w gości zoo. Pewien kolekcjoner kupił nawet jedno z czterech wystawionych „dzieł” Petera za równowartość 90 ówczesnych dolarów. W końcu jednak prawda musiała wyjść na jaw, a gdy to się stało, jeden z krytyków powiedział, że obrazy Petera i tak prezentowały się najlepiej spośród wszystkich.


Czy słyszałeś o Ike Andrewsie? Tak, oczywiście, znakomity malarz

Kontynuując wątek malarsko-ekspercki, to podobnego eksperymentu co Axelsson dokonali twórcy holenderskiego programu internetowego Lifehunters. Różnica polegała na tym, że zamiast obrazów namalowanych przez szympansa ekspertom podstawiono dzieła, które można kupić w sklepach IKEA za równowartość kilkudziesięciu złotych.


Tak jak w przypadku mistrza Petera, także i tutaj kwestia pochodzenia obrazów nie przeszkodziła krytykom w zachwycaniu się nad emocjami, głębią i innymi cudami, które w nich dostrzegli. Tysiąc, sto tysięcy, dwa i pół miliona euro („więcej byłoby już przegięciem”) – to tylko przykładowe sumy, na jakie wyceniono obrazy dostępne w sieci szwedzkich supermarketów z wyposażeniem domu. Krytycy nieco skorygowali swoje opinie, gdy dowiedzieli się o prawdziwym pochodzeniu obrazów. Mimo to niektórzy z nich pozostali tak przejęci, jakby nie dotarło do nich, z czym tak naprawdę mają do czynienia.


Ktoś tu chyba był na otwarciu.

Kotlet z psa trzeciej kategorii

Mając do wyboru wyglądającego dobrze tylko na zdjęciu hamburgera z McDonald’s i hamburgera z małego lokalu specjalizującego się w wyrobie tego typu jedzenia – co byśmy wybrali? Wiadomo, że burgera z McD. Przecież za cenę jednego hamburgera z burgerowni można mieć z 5 burgerów ze Strefy Dobrych Cen! I jeszcze na browara zostanie. Ale przypuśćmy, że w danej chwili kierujemy się wyłącznie smakiem, a nie potrzebą napełnienia żołądka. W takiej sytuacji wybór staje się całkiem jasny – pięciokrotnie silniejsza eksplozja różnego rodzaju smaków i aromatów w jednym burgerze kusi bardziej niż natężenie jednego aromatu z pięciu burgerów.


Tylko że taki wybór wydaje się prosty, gdy ma się go przed oczami, a nie gdy trzeba polegać jedynie na węchu i smaku. Wówczas sytuacja może skomplikować się tak bardzo, że nawet krytycy żywieniowi mogą dać się zrobić w balona.

Wspomniani wyżej Lifehunters (którzy chyba w pewnym momencie życia zostali mocno skrytykowani) nakręcili film, w którym karmią krytyków żywieniowych na festiwalu w holenderskim Houten hamburgerami z McDonald’s wmawiając im jeszcze, że to jedzenie „organiczne”. Jak łatwo się domyślić krytycy rozpływają się w zachwytach nad produktami jednej z najpopularniejszych sieci fast food. „Dobre”, „dużo różnych smaków”, „te emocje, ta głębia”.

Ale to nie wszystko.

Panowie z Lifehunters poszli o krok dalej i w swej bezczelności poprosili krytyków o porównanie wyrobów McDonald’s z...wyrobami z McDonald’s.

„Dużo smaczniejsze”, „czuć, że nie ma chemii”.


Prawda jest taka, że wszystko rozgrywa się w głowie, o czym może świadczyć choćby przykład Coca-Cola kontra Pepsi. Co z tego, że w większości ślepych testów smaku respondenci częściej wskazują Pepsi, skoro to Coca-Cola cały czas dzierży palmę pierwszeństwa jeśli chodzi o popularność. Tylko czy tak naprawdę ma to jakiekolwiek znaczenie?
18

Oglądany: 191144x | Komentarzy: 108 | Okejek: 547 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

29.11

28.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało