Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Tony Halik - wspominamy największego z polskich podróżników

145 730  
929   103  
"Tu byłem. - Tony Halik". Tony Halik? A kto to taki? Celebryta? Blogger? Aż chce się rzec „gimby nie znajo”. Na szczęście pewnie niektórzy z Was, drodzy Bojownicy i Bojowniczki, pamiętają czasy, kiedy na potężnych ekranach telewizorów marki Rubin oglądało się program „Pieprz i wanilia”. Przed wami Mieczysław Sędzimir Antoni „Tony” Halik – najbardziej znany polski podróżnik.

W poszukiwaniu przyrody

Antoni już od wczesnej młodości rwał się ku podróżom. Nie ruszył od razu na podbój Amazonii, ale swoje przygody zaczął od lokalnych eskapad. Mając czternaście lat zakumplował się z grupą młodych flisaków. To najczęściej wywodzący się ze wsi specjaliści od rzecznych spływów (głównie transportowych). Kiedy tylko pojawiła się możliwość wzięcia udziału w jednej z takich eskapad, młody Halik nawet nie się nie zawahał. Mimo stanowczego sprzeciwu swojego ojca ruszył w podróż Wisłą z Płocka aż do miasta zwanego wówczas Freie Stadt Danzig (Wolne Miasto Gdańsk). Ten utworzony po I Wojnie Światowej twór był całkowicie autonomicznym terenem, z wyraźnie ustalonymi granicami i strażą ich pilnującą. I to właśnie te służby zatrzymały radosnych podróżników i zapewniły eskortę Antoniemu aż do domu, gdzie czekał na niego wściekły do czerwoności ojciec...

Samolot w ogniu (po raz pierwszy)

Tony miał osiemnaście lat, kiedy wybuchła II Wojna Światowa. Chłopak uciekł do Wielkiej Brytanii, gdzie wstąpił do 201 dywizjonu Royal Air Force. Tam, oprócz sekretów wojennego rzemiosła, poznał… kamerę. Za jej pomocą filmował samoloty i dokumentował katastrofy. W jednej z nich sam uczestniczył. Trafiła go seria z niemieckiego karabinu podczas przelotu jego maszyny nad kanałem La Manche. Lekko podtopionego, półzamarzniętego Halika wydobyto z wody cztery godziny później. Po tej przygodzie Antoni odesłany został na „urlop” do jednego ze szkockich szpitali. To tam, nudząc się jak mops, rozpoczął swoją przygodę z dziennikarstwem. Opisywał swoje przygody w liście do swojego kumpla z Londynu. Ten natomiast wysłał Halikowe wspomnienia do jednej z lokalnych gazet.


Miłość spadła z nieba!

Życie to nie film, powiadają. W tym jednak wypadku historia, którą zaraz przeczytacie, brzmi niczym wyrwana z kiepskiego, amerykańskiego filmu. Po tym, jak Halik doszedł do siebie i wykurował swoje obrażenia, natychmiast wrócił do swojej podniebnej służby. I będąc gdzieś wysoko nad terytorium Francji znowu trafił na niemiecki ogień. Antoni musiał wyskoczyć z gnającej w dół maszyny. Udało się – dzięki sprawnemu spadochronowi wylądował w jednym kawałku na farmie. Z pomocą przyszła mu urodziwa dziewczyna – Mu Pierrete Andree Courtin. Młodzi szybko się w sobie zakochali i już rok po zakończeniu wojny pobrali się, a w 1948 roku przeprowadzili się do Argentyny.


Antoni? A może lepiej Tony?

Jeszcze podczas wojny Antoni trafił do Kenii, gdzie pomagał w budowaniu mostów. Tam poznał przedstawicieli dzikich plemion. Było to kolejne doświadczenie, które sprawiło, że młody mężczyzna zapragnął zostać podróżnikiem.
W Buenos Aires okazało się, że próba nakłonienia hiszpańskojęzycznych obywateli do poprawnego wypowiadania imion "Mieczysław Sędzimir Antoni" jest równoznaczna z otwartym złamaniem języka w kilku miejscach. Argentyńscy przyjaciele imigranta ułatwili sobie więc sprawę i zaczęli nazywać go Antonio, ale w przypadku białego gringo lepiej brzmiało „Tony”. I takim też imieniem już do końca życia posługiwał się podróżnik.


W służbie Juana Perona

Po II Wojnie Światowej rządzona przez Juana Perona Argentyna nawiązała dobre stosunki dyplomatyczne z ZSRR. Halik, który od czasu swojego przybycia do tego kraju zdążył już założyć własną szkołę lotniczą, został szybko zauważony przez państwowych oficjeli. Jako że Tony miał talent do fotografii, zaoferowano mu posadę jednego z osobistych fotografów samego prezydenta. Tylko głupiec nie przyjąłby takiej fuchy! W czasie wolnym od swoich obowiązków Halik wraz z żoną zapuszczali się w głąb dżungli, aby poznawać przedstawicieli amazońskich dzikich plemion. Tony miał bowiem prawdziwego hopla na punkcie Indian i palił się do tego, aby przeżyć przygodę w ich towarzystwie.


Okazja przyszła szybciej, niż mógł się tego spodziewać. Kupił niedużą żaglówkę (ochrzczono ją mianem „Halikówki”) i w towarzystwie swojej małżonki odbył spływ rzeką Parana w głąb Amazonii. Relację z tej podróży sprzedał amerykańskiemu magazynowi "Life". Taki debiut otworzył mu drzwi do pracy w innych poczytnych czasopismach, a wkrótce też i w telewizji NBC!

Halik odkrywca

Białego poszukiwacza przygód bardzo polubili mieszkańcy Amazonii. Odważny gringo, który bez strachu zapuszczał się w najciemniejsze rejony dżungli i z chęcią brał udział w plemiennych ceremoniach zasługiwał na szacunek. Ponadto Halik, który był poliglotą, opanował także i niektóre z języków amazońskich plemion. W rezultacie mieszkańcy puszczy ochrzcili go mianem „Białego Indianina”, co dla Halika było prawdopodobnie większym wyróżnieniem niż wszystkie z odznaczeń wojskowych, które odebrał za swoje męstwo podczas wojny.

https://www.youtube.com/watch?v=B64HAO15A0A

Tony eksplorował też porośnięte deszczowymi lasami tereny Brazylii. Dotarł m.in. do stanu Mato Grosso. Tam podczas jednej z karkołomnych eskapad natrafił na system tuneli i wypełnionych stalaktytami jaskiń. Jedną z tych ostatnich nazwał mianem „Jaskini Orła Białego”.

Skąd się wzięła wioska Puente Halik?

W 1957 roku Halik z żoną (i psem Wallym) wyruszyli na jedną z najpotężniejszych wypraw w ich karierze. Podróż rozpoczęli od Ziemi Ognistej – terenu położonego na południowym wybrzeżu Ameryki Łacińskiej, a zakończyli pięć lat później na Alasce, za kręgiem polarnym, gdzie wbili w ziemię dwie flagi – polską i argentyńską. Para przemieszczała się Jeepem.


Poczciwe auto przebyło czterokrotną długość równika i przejechało przez 21 państw. Tony i jego ukochana musieli wytrzymywać temperatury od –50 do aż 60 stopni Celsjusza. Podróż samochodem miała swoje wady i zalety. Jedną z wad było to, że nie każda rzeka nadaje się do łatwego przejazdu. Na szczęście Halik miał przecież nieco doświadczenia w budowaniu mostów.


Postawił ich łącznie 14. Z jednym z nich związana jest pewna historia. Otóż śmieszek Tony skonstruowawszy prymitywny most, umieścił w jego pobliżu tabliczkę z napisem „Puente Halik” („Most Halik”). Wkrótce miejscowi zaczęli z tego udogodnienia korzystać, co jakiś czas wzmacniając konstrukcję i ulepszając ją. Z czasem w pobliżu mostu powstała osada, która nazwana została „Puente Halik” właśnie. O jej istnieniu podróżnik dowiedział się wiele lat później.
W trakcie jednej z takich podróży Tony wymyślił „mobilną pralkę”. Do samochodu przyczepiał wielką, wojskową puszkę po konserwie. W niej umieszczał brudne ciuchy, wodę i mydło. Podczas setek kilometrów podskakiwania na wybojach pranie robiło się samo…

Pieprz, wanilia i SB

Elżbieta Dzikowska była zafascynowana Chinami, ale nie udało się jej zdobyć paszportu, dzięki któremu mogłaby pojechać na dwa lata do tego kraju. Co może robić w PRL-u kobieta operująca językiem chińskim? Przez jakiś czas Dzikowska pracowała jako redaktorka miesięcznika „Chiny”, aby później dostać posadę redaktorki działu o Ameryce Łacińskiej w magazynie „Kontynenty”. W 1974 roku dziennikarka pojechała do Meksyku, gdzie miała przeprowadzić wywiad z laureatem nagrody Pulitzera. Halik, bo o nim mowa, zdobył tę prestiżową nagrodę za swój cykl reportaży o Kubie. Jak już się pewnie domyślacie, para błyskawicznie się w sobie zakochała.


Podejmując decyzję o wspólnym ułożeniu sobie życia zarówno Halik, jak i Dzikowska musieli rozwieść się ze swoimi dotychczasowymi połówkami.
Tony postanowił przeprowadzić się do Polski. Współpracujący z amerykańskimi mediami reporter od razu znalazł się na celowniku SB, którzy oferowali mu „pomoc” w osiedleniu się w zamian za współpracę. Halik ostatecznie zgodził się na taki układ, ale zastrzegł, że wszelkie informacje, które ma udostępniać, nie będą dotyczyły spraw związanych z wojskiem. W aktach SB Halik figurował jako „towarzysz Sędzimir”.


Vilcabamba – stolica inkaskiego imperium

Para podróżników od razu dostała swój czas antenowy na łamach Telewizji Polskiej. Były to programy „Tam gdzie pieprz rośnie”, „Tam gdzie rośnie wanilia” i ostatecznie „Pieprz i wanilia”. Nagrania nie były realizowane w studiu, ale… w piwnicy domu dziennikarskiej pary.
Jednym z najefektowniejszych osiągnięć Halika i Dzikowskiej była podróż do Peru i zbadanie ruin Vilcabamby. To legendarne miasto było ostatnią stolicą chylącego się ku upadkowi imperium Inków. Ostatecznie w 1572 roku Hiszpanie pokonali zaciekły opór "synów Słońca" i pozostawili po Vilcabambie jedynie zgliszcza.


W XVIII wieku rozpoczęto poszukiwania tego miejsca. Bezskutecznie. Dopiero w 1911 roku na ruiny natrafił Hiram Bingham, ale uznał, że wyglądały one zbyt skromnie jak na stolicę potężnego państwa. Nie zaprzątał sobie nimi głowy i ruszył na dalsze poszukiwania Vilcabamby. Dobrze zrobił, bo to dzięki tej pomyłce niedługo potem natrafił na Machu Picchu!


66 lat później do Vilcabamby przybył Tony Halik z Elżbietą Dzikowską oraz peruwiańskim profesorem Edmundo Guillenem, który przeczesując archiwa z czasów konkwisty natrafił na opis ostatniej stolicy Inków. Trójka podróżników dotarła do ruin i porównała to miejsce z zeznaniami hiszpańskich kronikarzy. Okazało się, że Bingham mylił się – niezbyt okazałe pozostałości po fortyfikacjach i budynkach w rzeczywistości były tym, czego tak uparcie poszukiwał! Kolejne badanie potwierdziły te rewelacje.
Nie dalej jak dziewięć lat temu odsłonięto w Cuzco tablicę na cześć tego odkrycia. Oczywiście widnieją na nim nazwiska polskich podróżników!

Halik był wszędzie

Jak przystało na „ambasadora Polski”, Halik był chyba wszędzie. Wielokrotnie otarł się przy tym o śmierć. A to padł ofiarą napadu, a to coś chciało go pożreć, a to roztrzaskał się helikopter, którym nasz globtroter leciał. Tony obrywał zatrutym strzałami, był gryziony przez jadowite węże i unikał kul bandytów. Raz nawet uratował swojego syna przed atakiem jaguara. Halik zachowawszy zimną krew posłał agresorowi kulkę, ubijając bestię na miejscu.



Podróżnicy kilka razy dowiedzieli się z mediów o własnej śmierci i zawsze musieli szybko interweniować wysyłając do najbliższych listy z informacją, że w dalszym ciągu żyją i mają się dobrze. A mimo to wiele osób uwierzyło, że Halik i Dzikowska zostali zamordowani przez Indian z plemienia Jawari. Lud ten znany był z tego, że głowy swoich ofiar poddawał specjalnej obróbce, dzięki czemu osiągały one wielkość pomarańczy. I to też właśnie mieli uczynić z parą polskich podróżników… Na szczęście dzielny reporter uniknął śmierci dzięki przytomności umysłu, o czym sam zresztą wam może opowiedzieć:


https://www.youtube.com/watch?v=6CPoGuUYfu4


Na koniec jeszcze jedna refleksja. Gdzie Halika nie było? W kosmosie. Aczkolwiek może i do tego kiedyś by doszło, gdyby legendarnego poszukiwacza przygód ostatecznie nie wykończyła ciężka choroba w 1998 roku. Tony był ogromnym entuzjastą książek słynnego szwajcarskiego pisarza Ericha von Dänikena i marzył o podróży w kosmos. Skoro jego wszystkie wymarzone podróże doszły do skutku, to czemu ta miałaby się nie udać?


Źródła: 1, 2, 3, 4, 5
3

Oglądany: 145730x | Komentarzy: 103 | Okejek: 929 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

12.11

11.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało