Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

O tym, że śmierć też ma poczucie humoru

138 490  
336   26  
Nie znasz dnia ani godziny, kiedy to Ponury Żniwiarz zapuka kosą do twych drzwi i uprzejmie zapyta, czy nie znalazłbyś pięciu minut, aby porozmawiać o Bogu. Trzeba jednak przyznać, że Śmierć bywa całkiem kreatywny, a nawet i niepozbawiony specyficznego poczucia humoru. Oto kilka dowodów.


Jedna operacja – trzy zgony

Co najgorszego może się stać, kiedy chirurg popełni błąd w sztuce? Ano, biedny pacjent nie wybudza się z narkozy i kończy swój żywot na stole operacyjnym. Bywa. Są jednak przypadki, że kopyta wyciąga nie tylko chory, ale i kilka innych, przypadkowych osób.

Śmierć miał pełne ręce roboty, kiedy to Robert Liston, żyjący w XIX wieku lekarz, który spopularyzował stosowanie eteru jako środka znieczulającego, zabrał się do pokazowej operacji. Facet tak bardzo wczuł się w swoją robotę, że przypadkiem urżnął skalpelem palce swego asystenta, a chwilę później tak szeroko zamachnął się ostrzem, że rozciął płaszcz jednemu z obecnych na sali świadków zabiegu.


W rezultacie zarówno pacjent, jak i rozczłonkowany asystent dokonali żywota w wyniku infekcji. Natomiast mężczyzna, któremu lekarz zniszczył odzienie, padł na zawał zanim jeszcze Liston zakończył operację.

Wtorkowy peszek

Aleksander I Karadziorewi – król Jugosławii – miał duży problem z jednym dniem tygodnia. Wiedząc, że wielu członków jego rodziny zmarło we wtorek, monarcha unikał w ten dzień sprawowania jakichkolwiek funkcji publicznych, a już ostatnią rzeczą, na jaką się godził były publiczne wystąpienia. We wtorek 9 października 1934 roku nie miał jednak wyjścia i musiał zrezygnować ze swych dotychczasowych postanowień. Oto bowiem zaproszony został do Marsylii, aby rozpocząć bardzo obiecujące pertraktacje, które to miały zacieśnić współpracę Jugosławii z Francją.


Kiedy Aleksander wraz z francuskim ministrem spraw zagranicznych przejeżdżał limuzyną ulicami Marsylii, do jego samochodu zbliżył się niejaki Włado Czernozemski. Mężczyzna, który był członkiem Wewnętrznej Macedońskiej Organizacji Rewolucyjnej, trzymał w dłoniach wielki bukiet kwiatów. Niezatrzymany przez nikogo, wskoczył na boczny stopień wozu. Po chwili kwiaty rozsypały się na ziemi i oczom zaskoczonych gapiów ukazał się skrywany pod nimi pistolet Mausera. Zanim Włado został unieszkodliwiony, zdołał oddać 10 strzałów. Dwie kulki dostały się królowi. Władca Jugosławii zmarł na miejscu.


To był jeden z tych wtorków…

Czy można zginąć w katastrofie lotniczej podczas treningu w symulatorze lotów?

Ta historia brzmi jak jakiś chory żart cynika o wyjątkowo podłym poczuciu humoru… Parę lat temu grupa trzech przyszłych pilotów właśnie uczyła się swego fachu w specjalnych symulatorach lotu, które to znajdowały się w jednej z sal ośrodka szkoleniowego w Kansas. Tymczasem nad ich głowami toczył się prawdziwy dramat. Siedzący za sterami dwusilnikowego samolotu pilot stracił kontrolę nad maszyną niedługo po jej starcie. Niestety nie udało mu się bezpiecznie wylądować i samolot wbił się w budynek, zabijając wszystkich trzech uczniów siedzących za sterami symulatorów lotu.


Śmierć przy aplauzie i salwach śmiechu

Dla każdego komika największą zapłatą za aktorski wysiłek jest szczery śmiech uradowanej publiczności. W przypadku Tommy'ego Coopera rechot był ostatnią rzeczą, jakie usłyszały jego uszy przed śmiercią.


Gdy ten niezwykle popularny brytyjski komik w 1984 roku pojawił się w emitowanym na żywo programie, przed telewizorami zasiadły miliony ludzi oczekując potężnej dawki gagów i wyrafinowanych żartów. Tommy pojawił się na scenie w gustownym płaszczu, a następnie nieprzytomny osunął się na ziemię.


Publiczność, myśląc, że jest to zaplanowany element skeczu, wybuchła radosnym rechotem. Cooperowi jednak do śmiechu było daleko. Właśnie bowiem wydawał z siebie ostatnie tchnienia. Aktor dostał zawału serca i był już martwy zanim karetka zawiozła go do szpitala.

Kawa zabija!

Król Gustaw III, który w XVIII wieku rządził Szwecją, był wielkim przeciwnikiem picia kawy i herbaty. Szwedzcy lekarze uważali te stosunkowo nowe na europejskim rynku produkty za niebezpieczne dla ludzkiego zdrowia, a władca robił wszystko, aby zniechęcić naród do sięgania po te szkodliwe substancje. Zrobił to w najgorszy możliwy sposób, czyli nakładając na nie wysokie podatki, a z czasem – prawnie zakazując ich używania. Jak wiadomo, prohibicja nie tylko nie działa, ale i ma odwrotny efekt od zamierzonego. Szwedzi w dalszym ciągu pili zakazane napoje i nie zanosiło się na jakiekolwiek zmiany.


Gustaw III postanowił więc spróbować innej metody i na drodze eksperymentu udowodnić narodowi, czym grozi picie tych „trucizn”. Królikami doświadczalnymi zostali dwaj bliźniacy – skazani na śmierć więźniowie jednego ze szwedzkich zakładów karnych. Ich zadaniem było do końca życia pić kawę i herbatę.
Zanim doświadczenie się zakończyło, obaj lekarze czuwający nad jego przebiegiem wyzionęli ducha. Jego wyników nie doczekał też sam król Gustaw, który niedługo potem zginął z rąk mordercy. Tymczasem bliźniacy delektowali się wybornymi napojami aż do sędziwego wieku. Pierwszy zmarł ten, który pił herbatę. Zmarł w wieku 83 lat. Nie wiadomo ile wiosen w dniu swej śmierci liczył sobie jego „kawowy” brat, ale prawdopodobnie dobił do dziewięćdziesiątki…

Zmarły w chwili dojścia

Nelson Rockefeller – wiceprezydent USA – odszedł z tego świata podczas odbywania stosunku ze swoją asystentką. Biedak miał wówczas 79 lat i chyba trochę się zagalopował, bo jego serce nie wytrzymało i nieszczęśnik padł na zawał. Najbłyskotliwiej na tę tragedię zareagowała redakcja New York Timesa, która z pełną powagą stwierdziła: „Nelson myślał, że dochodzi, ale ostatecznie odszedł.”


Śmiertelny strach przed morskimi podróżami

O złośliwości Ponurego przekonał się pewien Urugwajczyk - Ramon Artagaveytia. Historia jego rodziny związana była z morzem i żeglugami. Podobno ojciec Ramona leżąc na łożu śmierci kazał dać swemu synowi wiosło i powiedział do zaskoczonego chłopca takie słowa: „Jeśli wiesz, jak tego używać – nigdy nie będziesz głodny. Cała twoja rodzina żyła dzięki morzu i to ono jest twoim przeznaczeniem. Podążaj za nim.”
A idź pan z takim przeznaczeniem! W 1871 roku młodzieniec wsiadł na pokład statku o nazwie America, który to płynął do Montevideo. Podczas podróży doszło do wybuchu jednego z kotłów i statek stanął w płomieniach. Większość załogi zginęła w ogniu. Ramon przeżył tylko dlatego, że w porę wyskoczył do wody. Przez wiele lat miał traumę i na samą myśl o zbliżeniu się do wody robiło mu się słabo.


Musiało minąć wiele lat, zanim mężczyzna dał się namówić do ponownego postawienia swej nogi na pokładzie statku. W 1912 roku, po długich dylematach, ostatecznie zgodził się na podróż wielkim transatlantykiem, który – jak zapewniali konstruktorzy – nie miał prawa zatonąć.
Ciało Ramona Artagaveytia zostało wyciągnięte z wody około tygodnia po katastrofie Titanica…

Najczęściej całowany trup na świecie

W 1958 roku australijski lekarz Peter Safar opracował rewolucyjną metodę sztucznego oddychania. Metoda, o której mówimy, stosowana jest do dziś i każdy ratownik uczy się jej korzystając ze specjalnych kukieł. Safar, który to wpadł na pomysł produkcji takich rekwizytów szkoleniowych, skontaktował się z norweskim producentem zabawek - Asmundem Laerdalem i poprosił go o pomoc w tym przedsięwzięciu. O ile samo wykonanie lalki nie było specjalnie dużym wyzwaniem, to Asmund miał problem ze znalezieniem odpowiedniego kandydata, który użyczyłby twarzy kukle. Laerdal będąc w domu swoich rodziców zobaczył wiszący na ścianie odlew głowy pewnej kobiety. Jak sam powiedział, jej twarz była „tajemnicza, spokojna, piękna… ale nie seksowna”. W ten sposób kukła do ćwiczenia sztucznego oddychania zyskała swe oblicze.


A teraz parę słów o enigmatycznej piękności. Łagodna twarz, którą „całują” przyszli ratownicy należy do dziewczyny, której zwłoki wyłowiono z Sekwany. Nieszczęśnica najprawdopodobniej popełniła samobójstwo. Zwłoki kobiety trafiły do kostnicy. Jeden z pracowników tego miejsca zwrócił uwagę na intrygującą twarz zmarłej i postanowił zrobić jej odlew, na bazie którego zaczęto produkować dużą ilość gipsowych masek. Oblicze tajemniczej samobójczyni trafiało do rąk francuskich i niemieckich arystokratów. Jednymi z nabywców okazali się państwo Laerdalemowie.


Najbardziej ironiczne w tej historii jest to, że od 1958 roku tysiące osób usiłuje przywrócić pięknego topielca do życia.

Oglądany: 138490x | Komentarzy: 26 | Okejek: 336 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

17.11

16.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało