Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Wielcy artyści, którzy nigdy nie odnieśliby sukcesu, gdyby się nie "sprzedali"

80 692  
217   49  
Najgorsze co można powiedzieć o jakiejś gwieździe, to zarzucić jej sprzedanie swego talentu łasym na hajs specom od robienia „kariery”. Z jakiegoś bowiem powodu utarło się, że artysta powinien klepać biedę, żywić się na śmietnikach i absolutnie nie czerpać korzyści ze swej twórczości.

Czemu tak jest? Cholera wie. Faktem jest jednak, że o wielu geniuszach byśmy pewnie nie usłyszeli, gdyby nie ich decyzja o sprzedaniu się.

Michał Anioł

Słynny renesansowy geniusz nigdy nie krył się z tym, że mimo potężnego malarskiego talentu, bardziej od machania pędzelkiem pociągało go tworzenie rzeźb napakowanych młodzieńców z podejrzanie małymi pindolami. Michał Anioł studiował anatomię, a nawet notorycznie łamał prawo wykonując nielegalne sekcje zwłok w jednym z przyklasztornych szpitali. Dokładne poznanie ludzkiego ciała oraz przywiązanie do antycznych kanonów piękna sprawiło, że popyt na prace rzeźbiarza ciągle rósł, a sam artysta cieszył się, że nikt nie każe mu babrać się w farbie. Do czasu. Oto bowiem pojawił się klient, któremu odmówić nie wypadało.


Zaczęło się od tego, że sam papież Juliusz II poprosił Michała Anioła o wykonanie dla Jego Świętobliwości pięknego, zdobionego płaskorzeźbami grobowca. Radość z tej zacnej fuchy szybko jednak została przerwana przez samego zleceniodawcę, który kazał mistrzowi natychmiast przerwać robotę. Artysta mocno się wkurzył i strzelił focha. Wkrótce jednak pogodził się z Julkiem, a ten w ramach pojednania zlecił Aniołowi... walnięcie efektownego malunku na sklepieniu Kaplicy Sykstyńskiej. Rzeźbiarz był przekonany, że za tym pomysłem stali jego konkurenci, którzy to chcieli na parę lat związać mu ręce. Tak czy inaczej gardzący pędzlem autor „Dawida” nie mógł się wymigać od tej roboty i niezbyt ochoczo przystąpił do wykonania zlecenia. Praca mu szła dość ślamazarnie, a dodatkowo wku#wiający był sam papież, który bezczelnie poganiał go i opierdzielał za opieszałość.


W efekcie freski ze słynnej kaplicy uznawane są dziś za jedno z największych dzieł Michała Anioła i to głównie dzięki nim zawdzięcza on swoją sławę.

The Beatles

W latach 50. z inicjatywy młodziutkiego Johna Lennona powstała kapela The Quarrymen. W składzie grupy znaleźli się też George Harrison i Paul McCartney. Chłopaki grali inspirowanego folkiem bluesa. W ciągu kilku lat kilkukrotnie zmieniali nazwę swojego zespołu, aby wreszcie poprzestać na The Beatles.


Oczywiście pełni natchnienia młodzieńcy marzyli o wielkiej karierze. Najlepiej za granicą. Spakowali więc manatki i wybyli do Hamburga, gdzie mieli nadzieję podbić serca tamtejszych melomanów i zaliczyć mnóstwo panienek. Skończyło się jednak na graniu w obskurnych klubach, zapyziałych spelunach i knajpach, gdzie to przesiadywały niemieckie dziwki czekając na swoich klientów. Beatlesów nie było stać na żadne sensowne lokum, więc spali w jakiejś norze ukrytej za sceną jednego z kin. Żeby tego było mało – żaden z muzyków nigdy nie dostał obiecanych wynagrodzeń za swoje występy. Ostatecznie kapela została deportowana do swej ojczyzny, po tym jak podczas policyjnej kontroli na jaw wyszło, że George Harrison jest nieletni (miał wówczas 17 lat). Czemu policja zainteresowała się przybyszami z Liverpoolu? Ano temu, że Paul McCartney wpadł na pomysł zamontowania w zespołowym vanie dodatkowego oświetlenia – płonących kondomów...


Ówcześni Beatlesi w niczym nie przypominali tych wymuskanych pięknisiów, których znamy. Wszystko się jednak zmieniło, gdy zespołem zainteresował się ich późniejszy menedżer - Brian Epstein. Ten obiecał pomóc chłopakom w rozwinięciu skrzydeł. Warunek jednak był jeden – mają zdjąć swoje czarne skóry, zmienić uczesanie, przestać imprezować i zrezygnować z wizerunku niegrzecznych małolatów. Beatlesi, do których w międzyczasie dołączył nowy perkusista Ringo Starr, z lekkimi oporami wyrzucili jeansy, wskoczyli w garnitury, zaczęli śmiesznie się czesać, a na zakończenie każdego występu równiutko kłaniali się w pas swej publiczności. Cóż – skończyły się czasy palenia fajek i podpalania prezerwatyw. Zaczęły się za to wysokie schody do międzynarodowej kariery i wydania kilku przełomowych dla współczesnej muzyki płyt.


Elvis Presley

Ten nieśmiały, uchodzący za maminsynka dzieciak, uczęszczający do szkoły w Memphis, pewnie nigdy nie zrobiłby kariery, gdyby nie jego nauczyciel od muzyki, który to upokorzył go mówiąc, że chłopak nie ma żadnego talentu. Młody Presley następnego dnia pojawił się na lekcji z gitarą i udowodnił belfrowi w jakim ten był błędzie. Elvis chciał, aby muzyka czarnoskórych była szerzej dostępna i w 1954 roku, dzięki Samowi Phillipsowi z Sun Records, nagrał swoje pierwsze kompozycje. Te niedługo potem wyemitowano w jednej z radiowych stacji. W mig rozdzwoniły się telefony od słuchaczy – wszyscy chcieli wiedzieć kim jest tajemniczy muzyk. Co więcej – większość dzwoniących była święcie przekonana, że wykonawcą jest Murzyn.


Drzwi kariery dla utalentowanego artysty stanęły otworem i wkrótce posypały się propozycje kontraktów. Czy Elvis zrezygnował z takiej okazji? Ależ skąd! Co więcej – małoletni muzyk zadbał o to, aby umowa była dla niego jak najbardziej korzystna. Wytwórnie proponowały umowy na sumy dochodzące do 25 tysięcy dolców, jednak dzięki pomocy Sama Phillipsa ostatecznie wynegocjowano 40 tysięcy dolarów od RCA Victor. Kontrakt podpisał tata Elvisa, bo on sam był jeszcze nieletni. Niedługo potem serca głodnych nowych dźwięków małolatów podbił „Hound Dog”, a podczas Presleyowych koncertów jego fanki ściągały majtki przez głowę. Nie minęło wiele czasu, jak jeszcze do niedawna nikomu nieznany dzieciak okrzyknięty został „królem rock'n'rolla”.


Nirvana

Wczesne lata 90. nie wyglądały dla muzyki rockowej zbyt obiecująco. W MTV królowały głównie hair-metalowe potworki typu Poison, a umalowanym, wytapirowanym muzykom wciśniętym w obcisłe lycry daleko było do archetypu rockowego wymiatacza. Zdecydowanie potrzebny był powiew świeżości.
Wtedy pojawiła się Nirvana - najbardziej znany „garażowy zespół” świata, który pewnie nigdy by nie stał się znany, gdyby ciągle grał w garażu. O tym jak pierwotnie brzmiała ta kapela przekonać się można słuchając pierwszego albumu grupy pt. „Bleach”. Prosty i mocno surowy materiał został nagrany pod czujnym okiem szefów z wytwórni Sub Pop, którzy ograniczyli swobodę muzyków. Tak czy inaczej, debiutancka płyta Nirvany sprzedała się dość słabo (ok. 30 tysięcy egzemplarzy).


Jednak to dopiero „sprzedanie się” zagwarantowało Cobainowi i spółce prawdziwy sukces. Po tym, jak kontrakt z zespołem zerwał Sub Pop, kapela, pomimo głośnych protestów Kurta, zgodziła się na współpracę z DGC Records. Nowy materiał trafił do obróbki przez producenta Butcha Viga, który zastosował takie same triki, jakie zwykło się wykonywać podczas miksowania utworów popowych. Dodano kilka ścieżek wokalnych, zastosowano overdubbing, wygładzono dźwięk… - z brudnej, wywodzącej się z punkowych korzeni muzyki powstał produkt gotowy do puszczenia w MTV.


Album „Nevermind” odniósł olbrzymi sukces. Cieszyli się wszyscy oprócz Cobaina, który złośliwie porównywał to dzieło do nagrań Motley Crue.
Niezależnie od tego, co Kurt sądził o „Nevermind”, dzięki temu albumowi grunge zmiótł ze sceny glam rockowe i hair-metalowe dziwadła i wprowadził na szerokie wody nowy gatunek rocka - grunge. No i sprawił, że 26 milionów osób wyłożyło kasę na to sztandarowe dla historii rocka dzieło.

Francis Ford Coppola

Pierwsze dwie części "Ojca chrzestnego" uchodzą za dzieła absolutnie ponadczasowe. Trzecia? No cóż – może i odstaje od poprzedników, ale i tak całkiem nieźle się broni. Żaden z tych filmów by nie powstał, gdyby nie pewien incydent.
Otóż Coppola zrobił wyjątkowo słaby interes zgadzając się wyprodukować w 1971 roku pierwszy film George'a Lucasa - „Thx 1138”. Wytwórnia Warner Bros była wyjątkowo niezadowolona z finalnego efektu i zażądała od reżysera zwrotu 300 tysięcy dolarów, które Francis dostał na to dzieło. Oczywiście Francis takiej kasy nie miał i zaczął szukać okazji do szybkiego nabicia sobie kabzy.


Szybko przyszła propozycja stanięcia za kamerą ekranizacji książki Mario Puzo. Coppola nie chciał jednak robić filmu, w którym gloryfikowana jest przemoc, seks i gangsterskie porachunki. Artysta nawet próbował się do tego dzieła przekonać, ale skończył lekturę na 50 stronie uznając, że to książka wyjątkowo słaba, kiczowata i absolutnie nie warta jego cennego czasu. Francis wolał zrobić jakiś niskobudżetowe artystyczne filmiki zamiast krwawych blockbusterów. Tymczasem Warner Bros, pomimo wpadki Coppoli z „THX 1138”, bardzo chciał, aby ten jednak stanął za kamerą „Ojca chrzestnego”. Reżyser miał włoskie nazwisko (jak by nie patrzeć Francis wywodzi się z rodziny imigrantów), a Robert Evans – główny producent filmu – bardzo chciał, aby ekranizacja była bardziej włoska niż spaghetti… Wówczas z reżyserem spotkał się George Lucas, który przypomniał mu o długu wobec wytwórni i zasugerował naburmuszonemu filmowcowi schowanie honoru w kieszeń. Ostatecznie Coppola stanął za kamerą „Ojca chrzestnego”.


Jak już pewnie się domyślacie, po tym filmie Francis już tak ochoczo nie chciał wracać do małych, artystycznych, niezależnych produkcji… Ba, nawet zapomniał o całym swoim odżegnywaniu się od przemocy, kiedy to reżyserował wart 30 milionów dolców „Czas apokalipsy”.
 
Źródła: 1, 2, 3
4

Oglądany: 80692x | Komentarzy: 49 | Okejek: 217 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało