Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

7 koncertów, na których nie chciałbyś się znaleźć

156 088  
303   85  
Idziesz sobie, biedna człowieczyno, na koncert z zamiarem spędzenia miłego czasu, a tu okazuje się, że występ swego ulubionego artysty zapamiętasz na całe życie. I to wcale nie z powodu dobrego szoł czy doskonale brzmiących na żywo utworów.

Czasem po prostu wszystko się wali i dobrze zapowiadająca się impreza zamienia się w prawdziwe piekło. Oto kilka koncertów, na których nie chciałbyś się znaleźć.

Gołębie nie lubią Kings of Leon

Wygląda na to, że latające bestie trudniące się na co dzień malowniczym obsrywaniem balkonów są też dość złośliwymi krytykami muzycznymi. Oto bowiem w 2010 roku podczas koncertu grupy Kings of Leon w mieście Saint Louis nad otwartą sceną pojawiła się prawdziwa wataha gołębich chuliganów, którzy to postanowili dać upust swojej pogardzie dla twórczości Calleba Folliwilla i reszty. Ptaki rozpoczęły kupny atak na zespół i publiczność.


Miarka się przebrała w momencie, kiedy umorusany ptasim gównem basista stał się celem jednego z fruwających snajperów, który to trafił artyście prosto w otwarte usta. Zespół zszedł ze sceny po zagraniu trzech kompozycji, zostawiając swych mocno uświnionych guanem fanów z dużym niedosytem.

Biała siła i kamienie

Od gównianego deszczu gorsze mogą być chyba tylko kamienie rzucane przez grupę rasistowskich melomanów. W 1949 roku doszło do dość przykrego incydentu podczas koncertu Paula Robesona – czarnoskórego muzyka, co to postanowił zagrać dla członków lewicowej organizacji Civil Rights Congress. Na imprezę, oprócz publiczności, przybyła też ekipa odzianych w białe szaty sympatyków Ku Klux Klanu, którzy za pomocą kijów bejsbolowych oraz kamieni usiłowali wybić zebranym z głów pomysły rasowej tolerancji.


Oprócz spuszczenia bolesnego łomotu losowo wybranej ludności, nieproszeni goście postawili też kilka płonących krzyży. Mało pomocna okazała się policja, która dość anemicznie zareagowała na te zamieszki.

Czemu nie jest dobrym pomysłem zatrudnianie członków Hell's Angels w formie koncertowej ochrony

W 1969 roku odbył się Altamont Speedway Free Festival. Była to impreza, na której pojawiło się sporo artystów, co to parę miesięcy wcześniej zagrali też na słynnym Woodstock. Podobnie jak w tamtym przypadku, tak i tu dało się wyczuć ducha pacyfizmu, antywojennych przesłań i potrzeby miłowania bliźniego swego. Organizatorzy koncertu dali jednak ciała w kwestii zabezpieczenia festiwalu. Uznali bowiem, że lepszym pomysłem od wynajęcia profesjonalnej firmy ochroniarskiej będzie zatrudnienie do tej roboty członków motocyklowego gangu Hell's Angels. Brodate, odziane w skóry, słynące z wyjątkowo brutalnej natury zakapiory dostały zapłatę w piwsku wartym po 500 dolców. A jak wiadomo nie ma nic gorszego niż agresywny osiłek wspomagany alkoholem… Motocykliści regularnie tłukli co bardziej niesfornych rockersów.
Podczas występu grupy The Rolling Stones „ochroniarze” zobaczyli, że jeden z fanów Micka Jaggera usiłuje wdrapać się na scenę. Młodzieniec został bezpardonowo sprany i przywołany tym samym do porządku. Po chwili jednak znów pojawił się przy scenie, tym razem z rewolwerem w dłoni. Nie wiadomo jakie miał plany, bo do spacyfikowania natrętnego imprezowicza jeden z motocyklistów użył noża, zadając intruzowi aż pięć poważnych ran, po których mężczyzna trafił do krainy wiecznych łowów.



Stonesi zagrali swój koncert do końca, natomiast występujący po nich The Grateful Dead szybko zrezygnowali ze swojego uczestnictwa w tej imprezie.

Spaleni żywcem

W 1977 roku koncert Johna Davidsona w Beverly Hills Supper Club przerwany został przez pożar. Ogień dość szybko rozprzestrzenił się na całą salę. W takich sytuacjach trudno zapanować nad panikująca publicznością. W wyniku tej tragedii życie straciło 165 osób. Sam artysta uratował kilku fanów, zanim uciekł z zadymionej sali jednym z tylnych wejść. Niedługo potem Davidson zagrał koncert charytatywny, z którego pieniądze zostały przekazane rodzinom zmarłych ofiar pożaru.



Zmiażdżeni na śmierć

Najbardziej znany incydent, w którym tłum napierających fanów tratował się nawzajem, miał miejsce piętnaście lat temu podczas koncertu grupy Pearl Jam w Roskilde. To dość podobna sytuacja do tej z 1979 roku tuż przed występem kapeli The Who w Ohio. Zespół pojawił się na scenie nieco wcześniej, niż zapowiadano. Artyści chcieli zrobić sobie próbę dźwięku i nastroić instrumenty. Fani myśląc, że ich ukochana grupa właśnie zaczęła swój występ, tłumnie ruszyli w stronę drzwi. Ci bardziej z tyłu nie za bardzo chcieli wierzyć osobom z przodu, które wrzeszczały, że wejście jest zamknięte. Wielka, ludzka masa dosłownie wycisnęła resztki powietrza z płuc nieszczęśników przygniecionych do drzwi. Jedenaście osób straciło życie, a kilkudziesięciu fanów trafiło do szpitala z poważnymi obrażeniami.



Lepiej nie wkurzać fanów Guns N' Roses

W 1992 roku na jednej scenie w Montrealu zagrały dwa rockowe monstra – Guns N' Roses i Metallica. Rozpaleni do czerwoności fani nie mieli zbyt dużego szczęścia tego wieczora. Frontman Metalliki James Hetfield stanął zbyt blisko urządzenia odpowiedzialnego za efekty pirotechniczne. Biedaczysko dość poważnie się przysmażyło i trzeba było występ zakończyć znacznie wcześniej.


Wściekła publiczność musiała czekać ponad dwie godziny na pojawienie się Axla i spółki. Słynący z popisowych fochów i swojej antypatycznej postawy względem fanów wokalista zakończył koncert po 55 minutach. Twierdząc, że boli go gardło, ostentacyjnie zlazł ze sceny i już na nią nie wrócił.
Tego już było za wiele dla grupy złożonej z 53 tysięcy miłośników rocka, którzy postanowili wyładować swoją frustrację. Najpierw zdemolowali salę koncertową, a następnie rozpełzli się po ulicach Montrealu, podkładając ogień pod samochody i plądrując sklepy. Do akcji wkroczyły policyjne oddziały antyterrorystyczne. Trzeba było zużyć naprawdę bardzo dużo gazu łzawiącego, aby zapanować nad wściekłym tłumem.


Kiedy neonazista trafia na punkowy koncert

Kiedy przed punkowym koncertem w San Bernardino (Kalifornia) spotkała się grupa antyrasistowskich skinheadów z watahą łbów wykrzykujących nazistowskie hasła, wywiązała się dość brutalna awantura. Do najgorszego jednak doszło podczas samego występu. Otóż okazało się, że jeden z głoszących wyższość białej rasy młodzieńców dostał się na koncert. Wściekła wataha pewnie by z miejsca go zlinczowała, gdyby nie trzeźwa reakcja ochroniarzy. Ci wyciągnęli gówniarza z tłumu i umieścili go za barierkami. To jednak nie powstrzymało punków, którzy tę przeszkodę z łatwością sforsowali i zajęli się intruzem. Nierozważny uczestnik koncertu został zmasakrowany, a na koniec zadźgany nożem.


Zazwyczaj skuteczny w takich przypadkach gaz łzawiący jedynie dodatkowo rozsierdził fanów punk rocka, którzy wylegli na ulice, aby wywracać radiowozy do góry kołami i siać anarchię gdzie tylko się dało. Gromada wściekłych melomanów wyrządziła szkody szacowane na pół miliona dolarów!


Źródła: 1, 2, 3, 4, 5
3

Oglądany: 156088x | Komentarzy: 85 | Okejek: 303 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

02.08

01.08

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało