Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Skiosku - czyli weseli i niezwykli klienci jednego z polskich kiosków VII

82 980  
383   54  
Sambojka pisze: Weszła rozmawiając przez telefon. Babka coś między sześćdziesiątką a siedemdziesiątką, ostrzyżona po męsku, zupełnie niczym się nie wyróżniająca spośród tłumów babek w tym przedziale wiekowym. Tylko ten głos, taki mocny, spalony fajkami.

- ...
- Daj ty Panu Bogu spokój! On ma większe problemy, niż tych twoich pierdół słuchać. Co Go obchodzi, że się pomyliłaś i tę kiszkę w piątek zżarłaś?!
-...
- Co? Taka stara cipa, koleżanek sobie nie narobiłaś, to masz.
- ...
- Aniela, ja ci już powiedziałam, że z tobą nie pójdę.
- ...
- Gazetę se poczytaj choćby!
- ...
- Jaka droga?! Jestem w kiosku i tu jest bezpłatna. "Tojatoty". I zaraz ci wezmę.
- ...
- "Ahoj, przygodo"- to akurat nie wiesz, co to jest przygoda. "Shakira. 100% gwiazda, 100% mama" - no ty akurat ani jedną, ani drugą nie jesteś i nie będziesz. "Poradnik podróżnika" - ty to się dalej, jak do kościoła nie ruszysz. I tak ci wezmę tę gazetę!
- ...
- To pa!
I do mnie:
- Ta jest bezpłatna, to bym wzięła. I jeszcze L&M-y czerwone, paczkę tych wiśniowych prezerwatyw i "Angorę".

* * * * *

Wbiegł w podskokach i to dosłownie. Włos rozwiany,oczy błyszczące i wysapał:
- Prezerwatywy proszę.
- O, tu są wszystkie, jakie mam. To które dać?
- Wszystko jedno.
Podałam mu te, które klienci wybierają najczęściej. Zapłacił i wybiegł nie czekając na resztę.
Wrócił po kilku minutach.
- Te chciałem oddać. Jakieś inne. O! Smakowe pani ma!
- Nooo, jak pan widzi: truskawkowe. - W zasadzie to są zapachowe, nie smakowe, ale co tam, spróbują, to się dowiedzą.
- A smaczne?
- Wie pan, nie powiem, nie próbowałam.
- To... możeee... - widać, jak bardzo mu się spieszy i jak ciąży mu ogrom tej decyzji. - Truskawkowe!
Zapłacił, tym razem wziął resztę i wybiegł.
Byłam szczerze zdziwiona widząc go po raz trzeci.
- Ma... te... no... uczulenie ma - wysapał - na truskawki.
- Powiem szczerze, że nie wiem, czy środki, których tam użyto uczulają. No to niech pan może weźmie te - podaję inne. Chwycił, zapłacił, wziął resztę i wyszedł. Chyba nie miał siły biec.
Kilka minut później do kiosku weszła niska, korpulentna blondynka. Położyła na ladzie paczkę prezerwatyw:
- Tutaj u pani przed chwilą był mój kolega i kupił to.
- Taaak?
- I chcę je oddać. Już nie będą potrzebne.
- Może zechce pani zatrzymać... na przyszłość?
- Nie! Debil!!! Gum nie umie kupić, to się nie będziemy ruchać! Pani mi za to da Dużego Lotka na chybił - trafił. Dwa zakłady.

* * * * *

- O! Pan kominiarz! Dzień dobry!
- Dzień dobry. Mini Lotka poproszę raz.
Z boku odzywa się klientka, która kreśli kupon:
- Może mi pan szczęście przyniesie?
- Proszę pani, gdybym ja miał szczęście, to bym w totolotka nie grał i nie był kominiarzem, tylko bym na plaży pod palmami ładne dziewczyny macał.
- Z pana taki żartowniś, widzę! Hi Hi Hi! - podśmiechuje się klientka dłonią zasłaniając usta. - To ja może pana złapię za guzik, co?
- Ja pani powiem, za co mnie pani może złapać. Ja będę szczęśliwy, a pani to kto wie, może to przyniesie szczęście. To jak?
Pani nie przestając chichotać poczerwieniała nieco na twarzy, nadała kupon, zapłaciła i wyszła.
Wtedy odezwał się pan kominiarz:
- Pani wie, ile ja bym miał pieniędzy, gdybym dostawał grosik za każdym razem, jak to mówię?
- Pewnie tyle, że by pan leżał pod plamami i te ładne dziewczyny macał?
- Nie, no aż tyle to nie.
- A zgodziła się któraś pana złapać? Zaaa... no, tego?
- Tajemnica! - puścił oko i wyszedł.

* * * * *

Chłopiec, na oko pięcioletni i jego babcia.
- Babciubabciubabciubabciu! Baaabciu, co ty tam robisz, ja chcę zobaczyć.
- Cicho. Totka skreślam, żebyś miał na zabawki i te... gazetki.
- Baaabciu, ja też chcę.
- Ty nawet nie wiesz, jak to się robi, a za nami kolejka, teraz ci nie wytłumaczę. Kiedy indziej.
Mały nie przestaje mantrować "babciubabciubabciu", co wyraźnie irytuje stojących w kolejce. Po cichu podaję chłopcu kupon z ołówkiem i mówię, co ma zrobić. Zajęło mi to kilka sekund, a chłopiec ucichł.
Babcia podaje swój kupon, chłopiec też i po chwili patrzenia jej błagalnie w oczy wygrywa: babcia płaci za jego skreślenia. Mały wypalił:
- Jak wygram, to nie będzie pani musiała pracować, bo ja kupię ten cały kiosk i wszystkie zabawki, i wszystkie gazetki, i wszystkie batoniki będą moje!
Wróciła sama, w piątek rano. Mały trafił trójkę, a babcia - nic. Cóż, kiosku na razie nie kupi.

* * * * *

Późne popołudnie, a że pracuję od bladego świtu, jestem już trochę zmęczona. Wchodzi kobieta z kolczykami w kilku miejscach. Ja rozumiem ideę piercingu, ale babka miała kółeczko w policzku. Takie zwyczajne kółeczko, jakie mi za dzieciaka mama wkładała, żeby dziurki nie zarosły; takie do ucha raczej. Za nią wchodzi Marcelu (tak się do niego zwracała, tak o nim mówiła), na oko coś między 2 a 3 lata. Pędzi do półki z gazetkami dla dzieci, bierze do łapy Pingwiny z Madagaskaru i majtając nimi matce po dolnych kończynach zaczyna:
- Mama, pingwiny, mama, pingwiny... (w zasadzie tylko do tego ograniczała się jego wypowiedź, jak mantra normalnie czy coś).
Matka, ignorując dźwięki wydawane przez progeniturę (natężenie wzrasta), kupuje fajki, paczkę gum i zmierza do wyjścia. I tu zaczyna się komedia.
- Marcelu, zostaw. Idziemy.
Skutek żaden. Tym razem zwraca się do mnie:
- Marcelu kocha pingwinki.
I uśmiech. Znów do syna, że wychodzimy, znów zero reakcji. Zaczyna wydzierać mu gazetkę z rąk, na co gówniarz reaguje wprost proporcjonalnym do siły wyciem. Zaczyna mnie to już mocno złościć, przed wejściem stoją ludzie, którzy nie mogą wejść, bo Marcelu i jego mama blokują wejście. W końcu ktoś nie wytrzymał i krzyczy:
-Na ręce go pani bierze i wynosi, bo mnie się spieszy!
Babka posłusznie bierze go na ręce i w tej samej chwili Marcelu od razu cichnie i łapie rodzicielkę za kolczyka. Ta zaczyna krzyczeć i puszcza dzieciaka na ziemię, gdzie ten ląduje z kolczykiem w łapie i z bananem na upiornym ryjku. Co było dalej nie wiem, ważne, że poszli. Coś mi się zdaje, że ten chwyt Marcelu wykonał nie pierwszy raz.

* * * * *

Jako że praca w kiosku jest moim zajęciem dodatkowym, pracuję tam między 16.00 a 20.00. Pracuję też co drugi weekend przez cały dzień. Niektórzy stali klienci zdążyli się przyzwyczaić do tego rytmu.
W tę sobotę, gdzieś koło południa, odwiedziła mnie matka trojaczków, jedna ze stałych klientek. Dwie dziewczynki i chłopiec mają prawie dwa latka i niespożyte pokłady energii oraz dorównującą im ciekawość, której towarzyszy niezwykła wręcz pomysłowość. Ojciec wesołej gromadki zarabia na pieluchy za granicą, więc mama zdana jest na siebie (o bliższej lub dalszej rodzinie jak dotąd nie słyszałam). Zamotana weszła z podwójnym wózkiem (i dwojgiem pasażerów) oraz jednym z trójki na ręku, zaparkowała, postawiła malucha na podłodze i powiedziała:
- Dobry wieczór.
- Dzień dobry. Czemu pani tak...
- O matko! Pani zawsze wieczorami, no to pewnie wieczór, myślę, a jeszcze obiadu nie było!
Pośmiałyśmy się z tego i czas naszej pogawędki wystarczył, by jedno z dzieci zdążyło rozpakować i zaczęło wchłaniać gumkę z ołówka.

* * * * *

Wdowa, matka nastoletniego jedynaka. Zachodzi z synem do kiosku wracając z cmentarza co niedziela. Ma dziwny sposób mówienia do swego dziecka, czego nie da się nie zauważyć.
- Czy kupię u pani długopis?
- Tak. Niebieski czy czarny?
- Czarny poproszę.
I zwracając się do chłopaka:
- Widziś? I tejaś mamusia będzie mogła jobić pisiu-pisiu!

* * * * *

Nie potrafię sobie przypomnieć, jak ta babka wyglądała, bo zapamiętałam jedno: czepek na głowie. Taki, jakich dzisiaj nikt już nie nosi, bo moda na nie umarła wraz z siostrami Brontë. Poza tym ubrana normalnie, babina jakich pełno, płaszcz koloru nieokreślonego, szalik jakiś pewnie mieć musiała - nie przypomnę sobie. Na zapleczu do domu zbiera się szef, który zerka na oczepioną klientkę ze źle skrywanym zdziwieniem, rozbawieniem.
Twarz spod czepka pyta, po ile ta kartka świąteczna, bo może w przecenie, skoro już po świętach, to ona by na przyszły rok kupiła.
Jako że nie zapamiętuję cen wszystkich towarów, które znajdują się na stanie, bo nie mam takiego obowiązku, uprzejmie proszę (na tyle uprzejmie, na ile moje szeroko otwarte oczy i opadająca ze zdziwienia szczęka mi pozwalają), żeby kartkę podała, to sprawdzę cenę czytnikiem.
- Pani nie zna cen towarów? Jak to?
- Widzi pani, ile tu jest tych kartek, są od różnych producentów, nie mają tej samej ceny, więc nie wiem, ile ta konkretna kosztuje. Zawsze mogę sprawdzić, jeśli pani pozwoli.
- Ale to jest jakieś nieporozumienie, że pani tu pracuje! To jest skandal!
W tym momencie przed panią staje szef i pyta, co się pani nie spodobało. Ta tłumaczy mu, o co chodzi (wiem, że dobrze słyszał i widzę, jak próbuje patrzeć jej w oczy, a nie na dziwaczne nakrycie głowy, bawi mnie to jak cholera!).
- Ja też nie wiem, ile ta kartka kosztuje. Nikt tu tego nie musi wiedzieć, ceny są do sprawdzenia, tak jak pracownica pani powiedziała. Jeśli jest pani zainteresowana kupieniem, proszę podać kartkę, a jeśli nie, to poproszę następną osobę w kolejce, bo się coraz dłuższa robi.
- Ale to jest...
Szef nie dał jej dokończyć:
- Czy pani wie, co pani ma w torebce i ile co kosztowało?
Konsternacja czepialskiej trwa sekundę, bo odparowuje:
- Ja nie muszę. Mam demencję!
I odmaszerowała. Z kartką w dłoni, którą to zdobycz odebrał jej szef tuż przy drzwiach. Od kiedy demencja upoważnia do kradzieży?

* * * * *

Gorąco. Stoję w drzwiach, w przeciągu, bo chłodniej, albo przynajmniej się łudzę, że chłodniej. Przepuszczam otyłego klienta, który czołga się do lady. Na stojąco się czołga, widać, ile go kosztuje każdy ruch. Idę za nim i nieprzyjemny zapach potu gryzie mnie w nos.
- Mam nietypową prośbę.
- Dzisiaj same nietypowe prośby. Przed godziną był człowiek i prosił, żeby mu skarpetki w zimnej wodzie zamoczyć, wykręcić i pomóc założyć, to mu będzie chłodniej. W czym panu mogę pomóc?
- Bo wy czasem dostajecie takie te, silikonowe saszetki. Ma pani takich kilka na zbyciu? Ja je sobie wkładam tu i ówdzie, to mniej się pocę.
Mocno kręcąc głową powstrzymałam się od zapytania, gdzie to jest to "tu i ówdzie". Mam nadzieję, że chodziło o kieszenie.
8

Oglądany: 82980x | Komentarzy: 54 | Okejek: 383 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

26.11

25.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało