Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Szokujące, aczkolwiek skuteczne praktyki filmowców

165 687  
527   58  
Czasem, aby powstało dzieło, które zostanie zapamiętane na długie dekady, jego twórcy muszą stanąć na głowach, aby wycisnąć ze swoich źródeł kreatywności coś naprawdę skutecznego. Niekiedy ta pomysłowość graniczy z czystym szaleństwem. Cóż – grunt, że finalny efekt wgniata widzów w kinowe fotele.

H.R. Giger tworzy Obcego z ludzkich kości

Dziś pewnie taki manewr z miejsca spotkałby się z głośnymi protestami obrońców moralności, ale pod koniec lat 70. nikt nie wnikał w to, z czego filmowe rekwizyty są wykonane. I tak na przykład H.R. Giger, szwajcarski artysta zatrudniony do stworzenia postaci kosmity z filmu Ridleya Scotta, zamówił sobie z Indii sporo prawdziwych ludzkich czaszek. Te następnie pociął na kawałki i wykorzystał do produkcji filmowych xenomorphów. Pracę Szwajcara podglądał Dan O'Bannon – scenarzysta tego filmu. Później wspominał on, że zęby, których Giger użył przy swojej pracy, wyglądały na dziecięce…


Po latach O'Bannon sam skorzystał z tego źródła, kiedy stanął za kamerą filmu „Powrót żywych trupów”. Na potrzeby tej produkcji zamówił z Indii sporo kompletnych szkieletów (były one tańsze niż plastikowe zamienniki!). Ze sprowadzanych stamtąd kościotrupów skorzystał też m.in. Tobe Hooper kręcąc swoją „Teksańską masakrę piłą mechaniczną”. Wkrótce jednak indyjski rząd postanowił zakończyć proceder eksportu zwłok i zamknął firmy zajmujące się handlem ludzkimi kośćmi dla celów "medycznych".

Aby wampirom żyłki było widać…

Romantyczne melodramaty, w których pierwsze skrzypce grają bladzi krwiopijcy na szczęście nie kończą się na „Zmierzchu”. O ile współczesne produkcje o wampirach należy najczęściej obchodzić szerokim łukiem, to jeszcze dwie dekady temu powstało kilka wampirycznych filmów, które przypałem nie straszą. Sztandarowym dziełem jest tu „Wywiad z wampirem” - wypełniona gwiazdorską obsadą ekranizacja powieści Ann Rice. Oprócz znakomitych kostiumów zadbano o nienaganny wygląd samych bohaterów filmu, co to robili wrażenie ciężko chorych na anemię. Wbrew temu, co się wydaje – nawet do uzyskania tak subtelnego efektu potrzebne było trochę poświęcenia. Aktorzy musieli wisieć do góry nogami, aby krew z ich ciał spłynęła im do głów. W ten sposób makijażyści mogli delikatnie podkreślić tuszami autentyczne żyły artystów i uzyskać wrażenie maksymalnego realizmu.


Postrzelajmy sobie do aktorów. Będzie fajnie.

Powstały w 1985 roku radziecki film wojenny „Idź i patrz” w dosadny sposób pokazuje brutalność Niemców wobec cywilnej, rosyjskiej ludności. Dzieło to do dziś uchodzi za mocno kontrowersyjne. Równie mieszane uczucia budzą metody, które wykorzystano do kręcenia niektórych scen. Najbardziej szokująca jest ta, na potrzeby której reżyser zarządził użycie prawdziwej amunicji. Do aktorów dosłownie strzelano. Oczywiście efekt był znakomity – artyści wprawdzie nie padali jak muchy (na szczęście nikomu nie stała się żadna krzywda), ale ich przerażenie wcale nie musiało być udawane. Jeden z aktorów po latach wspominał, że kule przelatywały dosłownie kilka centymetrów nad jego głową. Pozostaje pogratulować strzelającym niezłego cela.


Zbyt mały budżet? Damy sobie radę…

Wyobrażacie sobie kręcenie filmu historycznego, którego budżet jest tak cholernie niski, że ekipy nie stać nawet na wypożyczenie kilku wierzchowców? W każdym innym wypadku filmowcy pewnie by zrezygnowali ze swego uczestnictwa w takim przedsięwzięciu, ale na szczęście historia kinematografii zna kilku takich wariatów, co to zaraz znajdą rozwiązanie takiego problemu. Mowa oczywiście o grupie brytyjskich komików, których budżetowe ograniczenia zaskoczyły podczas pracy nad filmem „Monty Python i święty Graal”. Któryś z żartownisiów przypomniał sobie o starej, wykorzystywanej w radiowych audycjach metodzie imitowania dźwięku końskich kopyt stukających o twardą nawierzchnię. Efekt taki uzyskiwano za pomocą uderzania o siebie dwiema kokosowymi łupinami. Jak wszyscy pamiętamy, ta radiowa technika okazała się równie skuteczna na dużym ekranie…


Granica, której nie powinno się przekraczać

Historia Jednostki 731 to dowód na to, jakie demony drzemią w człowieku. Powstała podczas II wojny światowej organizacja należąca do cesarskiej armii japońskiej specjalizowała się w testowaniu na żywych ludziach wszelkiej maści broni chemicznej i biologicznej. Jeńcami byli najczęściej mieszkańcy północnych Chin – Mandżurii. To, co robiono z tymi ludźmi, przeraziłoby pewnie i samego doktora Mengele. Wiwisekcje, wywoływanie zawałów serca, zamykanie ofiar w kabinach ciśnieniowych, zakażanie wąglikiem, sprawdzanie na jeńcach skuteczności miotaczy ognia…
Po wojnie wiele dowodów zbrodni zostało zlikwidowanych, na szczęście zachowały się relacje osób, które to piekło przeżyły.


Historię niesławnej jednostki w 1986 roku przedstawić postanowił chiński reżyser T.F. Mous, tworząc film "Men behind the sun". W swojej opowieści chciał być tak bardzo realistyczny i dosadny, że sam wpadł w zastawioną przez siebie pułapkę. Filmowiec zdecydowanie przekroczył granicę. W jednej ze scen zdecydował się na przykład spalić żywcem szczury. Jednak najbardziej szokującym obrazem jest widok sekcji zwłok dziecka. W zdobyciu ciała chłopca pomogła policja. Reżyser musiał się spotkać z rodzicami ofiary i poprosić ich o użyczenie zwłok, tłumacząc, że ich zmarły syn przysłuży się głoszeniu prawdy o jednym z najokrutniejszych ludobójstw na chińskich ziemiach.

Robin Williams i improwizacja warta Oscara

Pamiętacie „Buntownika z wyboru”? Ten film otworzył drzwi do kariery Mattowi Damonowi oraz zapewnił Robinowi Williamsowi Oscara za drugoplanowa rolę. Williams znany był już od dawna ze swojego komicznego talentu oraz zdolności do improwizacji. Podobno podczas pracy nad „Listą Schindlera” Spielberg miał w zwyczaju dzwonić do Robina i prosić, by ten powiedział coś, co poprawiłoby reżyserowi humor.


Na planie „Buntownika z wyboru” Williams zaskoczył wszystkich bardzo zgrabną historyjką wieńczącą scenę, w której bohater grany przez Damona zwierza się psychologowi (Williams) ze swych uczuciowych spraw. Zamiast usłyszeć specjalistyczną radę, bohater filmu wysłuchuje krótkiej anegdotki o byłej żonie swego powiernika i jej problemie z trzymaniem gazów… Nie tylko śmiech Matta Damona jest prawdziwy, ale również rechotem zareagował operator kamery, co zresztą widać na ujęciu - obraz zaczyna lekko drgać...

https://youtu.be/-yJ41sH_Atg

Co zrobić, aby sztuczna głowa konia wyglądała bardziej realnie?

No, cóż – można na przykład wyrzucić ten rekwizyt do kosza i zastąpić go prawdziwym zdekapitowanym końskim łbem. Tak zrobił Francis Ford Coppola na planie „Ojca chrzestnego”. W pamiętnej scenie, w której producent nagraniowy Jack Woltz, który naraził się mafijnej rodzinie, budzi się z głową własnego konia w łóżku. W pierwszych próbach do tego ujęcia wykorzystano atrapę, ale reżyser nie był zbyt zadowolony z efektu.


Skontaktowano się więc z firmą produkującą psie żarcie. Mięso pochodziło najczęściej ze starych zwierząt skupowanych od farmerów. Filmowcy poprosili, aby za odpowiednią opłatą przedsiębiorstwo wysłało im głowę jednego z przeznaczonych na rzeź koni. Tak też się stało. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że „zapomniano” o tej zamianie poinformować Johna Marleya – aktora grającego Woltza. Dopiero podczas ujęcia artysta zorientował się, że na miejscu gumowego rekwizytu spoczywa prawdziwy, zakrwawiony łeb.

1

Oglądany: 165687x | Komentarzy: 58 | Okejek: 527 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

10.08

09.08

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało