Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Piekielne autentyki XLVIII

67 241  
203   20  
Dziś okazałem się piekielny wobec samego siebie, przez co (dosłownie i w przenośni) prawie padłem na zawał serca...

Udałem się dziś oddać płytki krwi. Pobrano ode mnie krew do badań, czekam na swoją kolej do lekarza. Nagle ten idzie z paroma kartami (w tym moją), po czym wchodzi do pokoju swojej koleżanki i mówi dość głośno:
L[ekarz] - Mamy trąbę, dwa pozytywne.

Mi przed oczami zrobiło się czarno. Pierwsza myśl - HIV, albo inne gówno... Serce tak zaczęło mi walić, że słyszałem jego bicie. Zacząłem się pocić i poczerwieniałem. Lekarz wywołuje mnie na badanie. Wchodzę, trzęsę się. Ten pyta:
L - Wszystko w porządku?
Ja - Tak, tak...
Po chwili widzę, że skreśla coś na mojej kartce. Już kolejna myśl "no syf, jak nic...". Zakłada mi mankiet, żeby zmierzyć ciśnienie, po czym wychodzi wynik: 192/86.
L - Pan masz ciśnienie, jak maszyna do szycia...
J - Bo mnie pan doktor przestraszył...
L - Ja?!
J - Tak, bo usłyszałem rozmowę, jak mówił pan do koleżanki, że jest trąba i są dwa pozytywne i ja myślałem, że to chodzi o moje wyniki wirusologii, albo coś...

Lekarz po chwili zaczął się ze mnie śmiać i mówi:
L - Nie "trąba", tylko "tromba", gdzie chodziło nam o zabieg. A pozytywy, to chodziło o dodatnią grupę krwi pana i drugiej pani. Mamusia nie uczyła, że się nie podsłuchuje? Wyjdzie pan, odpocznie i wróci.

Ciśnienie ze mnie zeszło, lekarz zakwalifikował do zabiegu, płytki krwi oddałem bez problemów, ale teraz chyba będę nosił słuchawki na uszach, żeby nie słyszeć przypadkiem żadnych rozmów... A mamusia uczyła - nie podsłuchuj!

by kominek

* * * * *


Parę lat temu moja mama (M) zmuszona była udać się do fotografa (F), by zrobić zdjęcie do nowego dowodu. Już na wejściu uprzedziła go:
(M) Tylko, proszę pana, ja jestem tak niefotogeniczna, że klisza panu na pewno pęknie.
(F) Nie ma takiej możliwości, zdjęcia wykonuję cyfrowo, bez kliszy.
Następnego dnia mama przyszła odebrać zdjęcia i usłyszała:
(F) Najmocniej panią przepraszam, są jeszcze niegotowe, dysk w komputerze mi padł...

by tortoise84

* * * * *


Pracuję na ochronie.
Dziś pracowałem na obiekcie, gdzie, poza pilnowaniem porządku, obowiązkiem ochrony jest prowadzenie księgi gości i witanie wchodzących osób. Mówiąc prościej, jest to praca na recepcji połączona z ochroną fizyczną.
Dziś z samego rana, już po otwarciu budynku dla gości, ustawiłem wszystkie grzejniki na maksimum, bowiem przez noc hol wychłodził się. Bez zbędnej przesady mogę powiedzieć, że temperatura oscylowała w okolicach 12-15 stopni Celsjusza.

W pewnej chwili z biur znajdujących się na górnych piętrach, zjechał jakiś dobrze ubrany pracownik jednej z firm mających tam swoje siedziby. Po jego zachowaniu wywnioskowałem, że czekał na kogoś kto miał się stawić w holu. Po minucie stania naprzeciwko mnie, podszedł do kontuaru.

- Czemu tu jest tak w ch*j zimno? - zapytał z nieukrywaną złością.
- Wie pan, nie jestem pewien... Próbował pan zapiąć rozporek? To powinno pomóc go ogrzać. - opowiedziałem z uśmiechem.

Resztę oczekiwania, jak się okazało na kuriera, spędził w przeciwległym końcu holu, starając się na mnie nie patrzeć.

by SecuritySoldier

* * * * *


Historia z lat 80., opowiadał mi znajomy.
Facet jechał pociągiem osobowym, który niestety zderzył się z ciągnikiem. Maszynista nie mógł nic zrobić, na przejazd przednimi kołami wjechał traktor i zgasł. Lokomotywa porwała traktor i ciągnęła jakieś kilkaset metrów, zanim maszynista zdołał wyhamować skład.

Maszynista wysiadł z lokomotywy i był tak przerażony, i tak mu się ręce trzęsły, że nie mógł trafić papierosem do ust. Facet był przekonany, że traktorzysta zginął. W traktorze (bez budy) ciała nie było. A tymczasem traktorzysta od pierwszego uderzenia wypadł z traktora i potoczył się do rowu. Pijany w sztok. Pozbierał się i tropem węża podchodzi do roztrzęsionego maszynisty (który musiał wyhamować cały pociąg, przed nim skomplikowane procedury, milicja, zeznania itd.), patrzy na lokomotywę praktycznie zespoloną ze zmiażdżonym traktorem, familiarnie klepie maszynistę po plecach i mówi:
- To co? Może się jakoś dogadamy?

by SokZMalin

* * * * *


Dawno temu zamarzyło mi się być żołnierzem. Po czterech latach starania, byłam zmuszona sobie odpuścić. Poza tym mając dziecko i tak mogłam porzucić marzenie o obronie ojczyzny. Chciałabym opisać to, co dzieję się w szkołach oficerskich, a o czym głośno się nie mówi.

Badania lekarskie potrzebne do rekrutacji. Im wyższy stopień wojskowy ma twój rodzic, tym jesteś zdrowszy. Pewna dziewczyna miała wadę kręgosłupa, która dyskwalifikowała ją do czynnej służby wojskowej. Wcale nie ukrywała się z tym, że jej tata jest oficerem i jest w stanie córeczce załatwić kategorię zdrowia. Rzeczywiście, załatwił. Nie był to odosobniony przypadek.

Rekrutacja. Testy sprawnościowe poszły mi bardzo dobrze, ponieważ udało mi się uzyskać maksymalną liczbę punktów (każdy swój wynik zapisywałam i przeliczałam na punkty). Co ciekawe, do szkoły się nie dostałam, ale za to na liście osób przyjętych znalazła się córka jakiegoś dowódcy, którą prześcignęłam w każdej sprawnościówce i chłopak, którego ratownik musiał wyciągać z basenu, bo się okazało, że nie umie pływać(!).

Postanowiłam rok się przemęczyć na cywilnym kierunku, ponieważ od pewnego czasu takowe istnieją na wojskowych uczelniach. Łudziłam się, że następnym razem mi się uda. Oczywiście się przeliczyłam. Ale wiele ciekawych rzeczy zaobserwowałam jako cywil biegający po jednostce.

Wykłady mieliśmy razem z żołnierzami, dopiero na ćwiczeniach byliśmy dzieleni. Zgadnijcie, która część zebranych była najmniej zainteresowana zajęciami. Zgadliście. Studenci wojskowi zazwyczaj mieli w głębokim poważaniu wykładowców, a ci nie mogli im nic zrobić, bo nigdy nie wiadomo, czyje to dzieci. Później na egzaminach mieli problemy z podstawami przedmiotów, ale wystarczyło, że tatuś oficer przyszedł do szkoły lub tylko zadzwonił, a zaliczenia się sypały z nieba.

Wszyscy wchodzący na teren jednostki musieli mieć przepustki. My i wojskowi mieliśmy stałe przepustki ze zdjęciem. Ważni goście dostawali jednorazówki. Wszystko było zorganizowane tak, żeby osoby trzecie nie mogły przejść przez stróżówkę. Kiedy ochrona postanowiła nie wpuścić dziewczyny jakiegoś żołnierza, ten zadzwonił do taty. Dziewczyna dzięki temu mogła wejść bez jakiegokolwiek papierka. Cóż, są równi i równiejsi... Dla porównania, jeśli ktoś zapomniał wziąć z domu przepustki, musiał się po nią cofać, bo nie zostałby wpuszczony mimo, iż ochrona po jakimś czasie kojarzyła z twarzy studentów.

Czasami zdarzały się tam kontrole. Już 2 tygodnie przed wszystkie brudy były zmiatane pod dywan. Wyglądało to komicznie. Mycie okien, sprzątanie koszar, odrobaczanie pokoi (normalnie karaluchy nikomu nie przeszkadzały), zamiatanie placu defiladowego. Wszyscy dwoili się i troili, żeby tylko żadne nieprawidłowości nie wyszły na jaw.

Co jakiś czas żołnierzom robiono testy moczu na obecność narkotyków. Ci, którzy lubili imprezować, wcale nie ukrywali, jak przechytrzali żandarmerię prosząc kolegów/koleżanki o oddanie moczu do ich kubeczków. Ale żandarmi ponoć ich nawet za bardzo nie pilnowali, więc nikogo nie przyłapali na próbie sikania do cudzego kubka.

Straciłam wiarę w polską armię po tym, co widziałam. Większość żołnierzy w ogóle nie powinna tam być, ale rodzice pomogli, więc czemu nie skorzystać. Tylko że oni już na studiach odliczali czas do emerytury, olewali naukę, w głębokim poważaniu mieli procedury i regulaminy. Ważny był prestiż bycia oficerem, stała pensja i pewna praca. Zastanawiałam się czy podczas konfliktu też będą dzwonić do mamusi/tatusia, jeśli np. nie będą potrafili posługiwać się bronią.

Ból czterech liter spowodowany tym, że się nie dostałam, już dawno mi minął. Pozostał jedynie żal, że nasze wojsko to w dużej mierze zbiorowisko "plecaków", którzy bardzo często nie mają żadnych patriotycznych wartości. Nie chcę generalizować, bo zdarzali się ludzie, którzy chcieli się szkolić i do szkoły poszli z własnego powołania i z pomocą rodziców, jednak były to pojedyncze przypadki.

by Nieniecierpliwa

* * * * *

Stałam właśnie w kolejce w sklepie papierniczym. Pan przede mną konsultował się ze sprzedawczynią:
- Chcę kupić prezent siostrzenicy.
- W jakim wieku?
- Taka. - Pokazuje mniej więcej do ramienia, po czym dodaje - Mała, wredna i nie chce się uczyć.
- Jakieś pasje?
- Unicestwić starych.

by Aneczkosia

* * * * *


Od 5 lat wynajmujemy różne nieruchomości. Głównie są to mieszkania. Dotychczas zawsze trafiali się obcokrajowcy, między innymi Chorwaci, Ukraińcy, Rosjanie, Czesi, Słowacy, czy Kazachowie. Zawsze po wyprowadzeniu się poprzednich lokatorów i przed wprowadzeniem się nowych, sprzątaliśmy mieszkanie. Zawsze było sporo roboty, zawsze jakiś bałagan, ale to, co zobaczyłem dziś, po prostu sprawiło, że zwątpiłem w swój Naród...

Uwaga - historia dość obrzydliwa.

Oto bowiem miesiąc(!) temu wynajęliśmy mieszkanie Polakom. Pierwszy raz wprowadzili się tam nasi rodacy. Wczoraj się wyprowadzili, więc dziś przyszło nam sprzątać. Przyjechaliśmy o 7:45 i po szybkim ogarnięciu niezbędnej chemii, rękawiczek i wypiciu kawy ruszamy, żeby zacząć punkt ósma. Planowaliśmy góra dwie godzinki. Kiedy jednak weszliśmy do mieszkania, opadły nam kopary. Nie musicie mi wierzyć, ja sam nie wierzyłem - takiego syfu w życiu nie widziałem. Zacznijmy może opis od najwyższej kondygnacji:

a) Sypialnia numer 1 - dość znośnie, poza kilkoma butelkami po piwie, kiepami i parą skarpetek tak sztywnych, że można by nimi wybić szybę;
b) Sypialnia numer 2 - na tym piętrze najlepiej wyglądająca. Jedyny zarzut, to właściwie trochę śmieci porozrzucanych na podłodze;
c) Sypialnia numer 3 - wyjęte: 2 zużyte prezerwatywy spod łóżka, ponad 20 butelek po piwie, jeden CZUBATY worek śmieci o pojemności 120 litrów, pełno kiepów i ponad 40 słoików, które upchnęli... za szafą (nie pytajcie, jakim cudem, bo nie wiem);
d) Łazienka - no tu, to myślałem, że się popłaczę... Kafelki, które KIEDYŚ były białe, były... czarne. I to dosłownie. Domycie tego wymagało prawie dwóch butelek domestosa, bo brud nie chciał puścić. Do tego urwana lampka przy lusterku i urwany kran przy wannie, z którego sączyła się lekko woda. Wielkie lustro na środku ściany calutkie ufajdane jakimś syfem. Potłuczone dwie płytki na ścianie;
e) Toaleta - syf, kiła i mogiła. Podłoga klejąca tak, że strach o buty. Wokół muszli ślady moczu, kału i jakby pozostałości po wymiocinach. Oczywiście pełno petów, resztek papieru na podłodze i niewyrzucone, zużyte rolki po "srajtaśmie".

Najniższa kondygnacja:
f) Sypialnia numer 1 - obsikane jedno łóżko, pełno pustych butelek po piwie i napojach bezalkoholowych. Sporo niedopałków, coś dziwnego rozlane na podłodze;
g) Sypialnia numer 2 - resztki jedzenia walające się po łóżkach i podłodze. Pełno butelek po piwie, puszek po żarciu i słoików. Skarpetki, majtki, koszulki - słowem Bangladesz (nie ubliżając Banglijczykom). Kolejny worek śmieci (120 litrów);
h) Jadalnia - znośnie, naprawdę, znośnie, nie licząc kawałków jedzenia przyklejonych do podłogi, które trzeba było rwać szpachelką;
i) Kuchnia - no, ciężki kaliber. Szczególnie lodówka, po otwarciu której jeden z nas pobiegł się wyrzygać. Generalnie jeszcze ze dwa dni i rzeczona lodówka doszłaby do demokracji, po czym za 4-5 dni posłała sondę w kosmos. Tak zaje*anej kuchenki gazowej, nie widziałem chyba w życiu. Aż dziw, że ona jeszcze funkcjonowała. Zafajdana olejem, przypalonym żarciem i resztkami makaronu. Podłoga klejąca na maksa. Wszędzie porozsypywana sól/cukier (?). Kilkanaście zapleśniałych bochenków chleba, worek zgniłych ziemniaków, reklamówka żyjących już własnym życiem marchewek. Do tego szafka, na której był rozlany olej;
j) Toaleta - smród niesamowity. Najlepszy był jednak kleks z odchodów. Świetnie podnosił walory estetyczne tego obrazu nędzy i rozpaczy. Był bezbłędną alegorią upływającego czasu i kontrastem dla uje*anych płytek. Teraz sobie pomyślcie, że czyiś tyłek ma lepsze maźnięcie, niż Picasso...

Podsumowanie:
Ogólnie z mieszkania o powierzchni niecałych 200 metrów wynieśliśmy 84 butelki po piwie, 2 butelki po wódce, kilkadziesiąt (nie liczyliśmy) puszek po piwie, 3 butelki po szampanie oraz 5 pełnych 120-litrowych worków śmieci (plus jeden zapełniony do około połowy). Razem jakieś 650 litrów odpadków - nie licząc butelek! Było nas do sprzątania czterech. Zapierniczaliśmy bezustannie troszkę ponad 5 godzin. Po skończeniu byliśmy wykończeni, jak konie po westernie. Mówią, że na Wschodzie jest burdel. Właśnie zmieniłem swoje podejście do tego tematu. Widać stwierdzenie "Polaczek-Cebulaczek" nie bierze się znikąd. Żal ściska miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Polacy byli więc u nas dwa razy - pierwszy i ostatni.

by kominek

* * * * *


Sytuacja ma miejsce w busie.
Przystanek początkowy, kierowca czeka na odjazdu. Godzina 6 rano.
Do busa wchodzi kobieta, mamrocze pod nosem "Dzień dobry" i niedbale zamyka drzwi.
Kierowca zwracając uwagę, że drzwi pozostały niedomknięte, mówi spokojnie:
- Jeszcze raz.
Kobieta tym razem głośno i wyraźnie, powoli i dobitnie rzecze - Dzień dobry! - I nieświadoma zajmuje miejsce w busie.

by kominek

* * * * *

Ciepły czerwcowy wieczór, imprezka w barze, kupa ludzi - głównie dalszych lub bliższych znajomych, bo impreza o określonym profilu. Jeden facet - tak jak większość ludzi - pił sobie piwa, co jest zresztą normalne w piątkowy wieczór w barze.. Tyle, że ok. 1 w nocy okazało się, że przyjechał swoim samochodem i w ten sam sposób ma zamiar wrócić. Jako kierowca, po około 5-6 piwach. Nie był co prawda jakiś zataczający się, ale jednak!

Wsiadł już do swojego stojącego pod lokalem samochodu, przekręcił kluczyki i w tym momencie podszedł do niego inny koleś, który oznajmił mu, że nie pozwoli, by odjechał po alkoholu. Że widział, że przez cały wieczór wypił kilka piw i albo sobie znajdzie trzeźwego kierowcę, który go odwiezie albo niech wraca w inny sposób ale nie ma możliwości, by prowadził samochód.

Facet zaczął się oburzać, że jego samochód i jego sprawa, on wypił tylko jedno piwo (co było bzdurą), a poza tym jest noc i nikt nie chodzi po ulicy itp. Więc koleś powiedział mu, że jeśli odjedzie to on dzwoni na policję, że w takim i takim samochodzie jedzie pijany. Facet się zbulwersował, pochodził jeszcze po barze, pożalił się na "popie**oleńca, który wpi**dala się w nie swoje sprawy", pogroził kolesiowi tekstami typu "ty nie wiesz kim ja jestem", "jeszcze się spotkamy!" i odjechał jako pasażer, gdyż w międzyczasie znalazła się trzeźwa osoba, która zgodziła się go zawieźć.

Na kogo jednak większość osób patrzyła jak na jakiegoś kretyna? Na człowieka, który po browarze chciał prowadzić samochód i mógł w kogoś trzepnąć i zabić? Nieee, tym złym okazał się ten, który zwrócił uwagę! Bo "po co się wtrąca?", bo "bez przesady!", bo "przecież on (zwracający uwagę) też pił!", bo "dajcie spokój problemy robi, przecież on nie miał jechać daleko" itp.

Nie rozumiem, tyle się mówi o idiotach, którzy jadąc po pijanemu zabijają ludzi, których jedyną winą było, że akurat szli, niby wszyscy oburzeni, że "jak można?", że "pal kij jak sam umrze, ale jak w kogoś walnie..." itp., a jak chodzi o ich znajomego, który chce jechać po co najmniej 5 piwach, i któremu nieznajomy w kulturalny sposób zwraca uwagę mówiąc, że nie pozwoli jechać pod wpływem i to w dużym mieście (gdzie nie byłoby problemem zadzwonić po taksówkę) - to nagle poglądy się zmieniają.

Czyli co, ogólnie pijani kierowcy są źli, chyba, że chodzi o kumpla? Żałosne.

by Ramaja

<<< W poprzednim odcinku

4

Oglądany: 67241x | Komentarzy: 20 | Okejek: 203 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało