Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Skiosku - czyli weseli i niezwykli klienci jednego z polskich kiosków IV

86 331  
411   81  
Sambojka pisze: Psy srają. No srają, bo psy, ale właściciele gorsze bydlęta, bo po nich nie sprzątają. Przed kioskiem jest taki sobie, raczej wąski chodnik i nie da się iść tamtędy podziwiając architekturę starego miasta, bo nieuważny, zachwycony turysta zaliczyłby wdepę ze dwa razy. Zdarza się, że znieczulony promilami klient naniesie mi do kiosku. Wyobraźni czytającego pozostawiam to, co wtedy mówię.

Zmywam mopem te dwa stopnie, które prowadzą do kiosku. Niedaleko stoją dwie babcie i sobie rozmawiają. Z bramy obok wyłania się kundel w pozycji jednoznacznie oznajmiającej naturę potrzeby, którą zamierza zaspokoić, zaraz za nim, przyczepiony do drugiego końca smyczy, facet z komórką przy uchu. Wyraźnie ma w dupie to, że to, co ma w dupie pies, zaraz będę miała przed wejściem. Prawie krzyczę:
- Niech pan zabierze tego psa!
Zero reakcji, babki przestają rozmawiać i zaczynają się przyglądać, za to pies dostaje charakterystycznego lekkiego wytrzeszczu oczu, chociaż wciąż szuka miejsca. Macham mopem przed psem, chcąc go przepędzić.
- Niech mu pani przytrąbi tym mopem! - odezwał się facet.
- Nikomu nie przytrąbię. To nie mój pies! - Facetowi bym przytrąbiła, bo pies nic sobie nie robi z mojego machania, tylko zręcznie lawiruje zgarbiony.
- Pani przytrąbi! Śmiało! - nalega facet, wciąż z telefonem przy uchu.
Wtedy odzywa się jedna z babek:
- Niech go pani nie bije, stworzenie temu winne, że musi? To ten pan powinien coś zrobić.
- Niech mu pani przytrąbi, mówię!
A niech tam! Szturcham psa mopem, nie mocno, ale niewielki jest, niech się przeniesie chociaż pod wejście do kamienicy, tam skąd przyszedł. Sukces! Przytrąbiony pies ulżył sobie na schodach, obok nóg faceta. Babki na mnie patrzą z nieskrywaną dezaprobatą. Facet skończył rozmawiać, schował telefon, popatrzył na psa, na schody, na mnie i uśmiechnięty, jak gdyby nigdy nic... wchodzi mi do kiosku.
Zaopatrzony w fajki już ma wychodzić, kiedy zatrzymuję go:
- Przytrąbiłam panu psa tylko dlatego, że pan, jako właściciel, na to nalegał.
- Właściciel? To nie mój pies. Sąsiadce wyprowadzam, niech ona po nim posprząta.
Nie posprzątała. Wieczorem inny mieszkaniec kamienicy obok oczywiście naniósł mi do kiosku.

* * * * *

Okulary jak denka od babcinych weków, kamizelka z mnóstwem kieszonek, jaką noszą panowie w pewnym wieku (mundurek jakiś czy co? ja rozumiem na ryby na przykład, ale tak codziennie?), włos "na pożyczkę" i dykcja przesadnie wyraźna.
- Czy ja u pani znajdę gazety z projektami domów, budynków mieszkalnych?
- Tak, środkowy regał, na samej górze.
Podszedł, poprawił okulary, zdjął kilka czasopism i zanim któreś otworzył, zapytał:
- A co to są za projekty, plany?
- Wie pan, nie wiem, musi pan zajrzeć do środka.
Niektórym ludziom się wydaje, że zaglądam do każdej gazety, którą sprzedaję, a ja czytam trzy albo cztery tytuły.
- Bo ja, proszę pani, muszę wiedzieć, z czym mam do czynienia, co oglądam. Szkoda marnować czas na kit, masówkę. To pani nie wie?
- Nie wiem.
- I będę musiał przejrzeć te gazety, czasopisma?
- Tak.
- Ja na to nie jestem gotowy, przygotowany. Przyjdę kiedy indziej, innym razem. Do widzenia.

* * * * *

Kiosk, w którym pracuję, stoi niedaleko kościoła, gdzie spotykają się różne grupy mniejszych i większych oszołomów. Są więc katolicy niedzielni, którzy raz w tygodniu grzecznie idą, stoją i wychodzą. Są katolicy codzienni, którzy każdego dnia powtarzają czynności tych niedzielnych. Są też katolicy totalni, których nieco się boję. Do tych ostatnich należy Narkoman.
Opowiedział mi kiedyś historię swojego życia, drukując ulotki nawołujące do prostowania ścieżek Pana, które to papierki rozdaje później przechodniom celem wątpliwie skutecznej ewangelizacji. Pochodzi z patologicznej rodziny, w szkole wpadł w nałóg, zaczął ćpać, trafił na odwyk, ćpanie zamienił na Miłość Jezusa. Codziennie gorliwie nawraca, czyli kręci się po ulicach, zaczepia ludzi i próbuje zagadywać o Zbawicielu. Wczoraj przyszedł drukować jakieś plakaty, pożyczył nożyczki, usiadł w kącie i zaczął wycinać. Był tak cicho, że zupełnie zapomniałam, że tam jest. Zaczęłam robić zwrot prasy i coś mi się nie zgadzało. Policzyłam ponownie - wszystko gra. Dla pewności policzyłam raz jeszcze i znów nie wyszło. Zwyczajnie i po ludzku rzuciłam "prostytutką" dla rozładowania napięcia, kiedy nagle go usłyszałam.
Narkoman zerwał się na równe nogi, niemal podbiegł do mnie i łapiąc za ramię zajrzał głęboko w oczy, mówiąc:
- Czy wszystko w porządku?
- Tak, oczywiście. Bardzo przepraszam, zapomniałam, że pan tu jest. Po prostu coś mi się nie zgadza i...
- Pani cierpi! - nie pozwolił mi skończyć. - To demon!
- Pan przesadza. Jak pan skończył wycinanki, proszę oddać nożyczki.
Nożyczki oddał, pożegnał się i wyszedł. Wyszłam do toalety. Wracam, wchodzi stały klient:
- Niech pani się zamyka, jak idzie na zaplecze, bo tu różne oszołomy chodzą wieczorami. Wchodzę, nikogo, a za drzwiami jakiś w kapturze stoi. To strach.
- Zaraz zobaczę, kto stoi i czemu.
Wyszłam po tablice reklamowe, które na noc zwijam do środka. Zerkam, stoi Narkoman.
- Czemu pan tu jeszcze stoi?
- Modlę się za pani duszę.
Tablice zwinęłam, skończyłam pracę, powiedziałam mu "Dobranoc" i poszłam do domu. Narkoman dalej stał pod sklepem. Może zostawiłam tam duszę? Muszę zapytać szefa, czy policzy mi to jako nadgodziny.

* * * * *

Przychodzi co jakiś czas, nie wiadomo po co. Minę ma taką, jakby mu ciągle życie gównem śmierdziało. Zawsze coś skrytykuje, niezależnie po co przyszedł. A to program telewizyjny za drogi:
- Dwa złote! Dwa złote! Ja się pytam, tam takie ciekawe rzeczy, żeby ten papier tyle kosztował uczciwego człowieka?! I jeszcze ten chwyt, że tylko złoty dziewięćdziesiąt dziewięć. I tak mi pani pewnie grosza nie wyda. Wy tak zawsze: grosika będę winna!
A to kartka urodzinowa bez życzeń:
- Jak kupowałem, to nie pozwoliła mi pani zajrzeć. Ja myślałem, że tam są gotowe życzenia. Tyle czasu musiałem zmarnować, żeby te życzenia tam napisać! A ja bazgrzę jak kura pazurem!
A to papierosy podrożały:
- Co to za kraj?! Nasi rządzący się karmią rakiem zwyczajnych ludzi! I po co ta akcyza większa? Byśmy wszyscy wyzdychali, by mieli spokój!
Tym razem poszło o zdrapki. Totalizator wypuścił nowe zdrapki za złotówkę o wdzięcznej nazwie "Kocham Cię". Taką też zdrapkę kupiła klientka, która stała sobie w kąciku i drapała, gdy wszedł Malkontent.
Rzucił okiem na zdrapkę, zapytał o nią i zaczął:
- To dziadostwo jest straszne, te zdrapki! Tu nie idzie wygrać! Po co to pieniądze tracić, to ja nie wiem. Przecież logiczne, że jak coś kosztuje tylko złotówkę, to więcej jak złotówki nie wygram. No, niech mi pani da taką jedną zdrapkę, niech ja też przegram, stracę te pieniądze!
I kupił. I drapaniu towarzyszy narzekanie. I obsługując kolejnego klienta słyszę, że narzekanie cichnie. Podchodzi do mnie milcząc, podaje zdrapkę.
Zdrapał 15 zł. Wypłaciłam. Cichutko wyszedł, ostrożnie zamykając za sobą drzwi.

* * * * *

Na oko ma jakieś cztery lata. Braki w uzębieniu dodają uroku jej uśmiechowi spod różowej czapki. Przyszła z mamą. Mama kupiła program telewizyjny i jakieś celebryckie ścierwo. Przy kasie Wróżka do mamy:
- Kup mi zdlapkę za złotówkę.
- A są takie?
- Są. Tata mi tu kiedyś kupił.
- No dobrze. Poproszę zdrapkę za złotówkę. A wiesz jaką? - pyta matka, przyglądając się obrazkom zdrapek.
- Wiem, taką z selduskiem.
Podaję Wróżce, niech losuje. Mama w tym czasie płaci. A mała komentuje:
- Telaz wyglam.
Drapie i z satysfakcją podaje mamie. Jest złotówka. Mama podaje mi, a Wróżka prosi:
- Jeszcze jedną, to wyglam.
Podaję, losuje wywalając język. Drapie. Kolejna złotówka. Mama z rozbawieniem podaje mi los. Wróżka prosi o jeszcze jedną. Podaję, język na brodzie, chwila zastanowienia, ciągnie i mówi:
- Telaz nie wyglam, ale jak mi kupisz jeszcze jedną, to wyglam więcej.
I drapie. Na zdrapce brak wygranej. Mama się nie uśmiecha, mimo to kupuje kolejną i podaje córce. Wróżka drapie i jest... cztery złote. Mama pochyla się nad dzieckiem i pyta:
- Kochanie, a może podyktujesz mamusi sześć numerków?
Mała nie słucha, łapie za klamkę i mówiąc głośne, przedszkolackie "Do wi-dze-nia!" wychodzi.

* * * * *

Niepełnoletnim nie wolno grać w totka. Ba, zdrapki nie mogą sobie kupić. Straszono mnie prowokacjami, jakie robi się kolektorom, żeby później nałożyć karę za sprzedaż niepełnoletniemu, oby tylko 200 zł, nie więcej. Dzieciaki czasem kombinują, chyba dla samego sportu. Jestem ostrożna i nieugięta.

Tenisówki, getry z szatańskim kotkiem i pryszczata twarzyczka, całkiem sympatyczna. Gimnazjum, może pierwsza liceum - zgaduję. Na pewno mieszka niedaleko, bo raczej nie chodziłaby w takich getrach i przydeptanych butach.
- Poproszę dużego lotka za 4 zł.
- Najpierw chciałabym zobaczyć dowód osobisty.
- A... do tego trzeba być pełnoletnim?
- Tak.
- To przepraszam, to nie wiedziałam. To... do widzenia.
- Do widzenia.
Wyszła, stoi przed kioskiem, dzwoni do kogoś. Kończy rozmawiać przez telefon i zaczyna się rozglądać. Zatrzymuje przechodnia, starszego mężczyznę, coś mu tłumaczy, ten kręci przecząco głową i odchodzi. Historia powtórzy się jeszcze cztery razy i dopiero za czwartym razem propozycja dziewczyny nie spotka się z odmową.
Po chwili do kiosku wchodzi Małolata w towarzystwie Dresa.
- Dużego lotka z plusem, proszsz... - mówi Dres i kładzie 10 zł.
- Cztery złote - mówię, drukuję i podaję Dresowi. Wszystko zgodnie z prawem. Dres oddaje kupon Małolacie, a resztę pieniędzy zwyczajnie chowa do kieszeni.
- Ale to moje!
- Za usługę się należy.
- Niech pan odda!
- Lekcja kosztuje.
- Jaka lekcja?!
- Lekcja życia! Nigdy nie ufaj obcym!
I wyszedł. Została Małolata, trochę pochlipała i wolnym krokiem wyszła z kuponem w dłoni.
Sama nie wiem, sku*wysyn czy nauczyciel. Kim się okazał, decyzję podejmie Małolata.

* * * * *

- Dzień dobry.
- Dzień dobry. Co dla pana?
- Zaraz... Tu mi kolega dał, tu jest 24 zł.
Podaje kupon, który przepuszczam przez maszynkę. Nic.
- Brak wygranej. Musiał się kolega pomylić.
- Proszę puścić jeszcze raz.
Z początku mnie to dziwiło, potem przywykłam: ludziom się wydaje, że za drugim, trzecim, a w przypadku bardziej upartych za czwartym razem lottomat zmieni zdanie i wypłaci spodziewaną wygraną. Dlatego bez komentarzy wrzucam raz jeszcze. Nic. Zdziwienie na twarzy umundurowanej jednostki płci męskiej nakazuje mi czynność powtórzyć. A co! Może na świecie jest magia i są zaczarowane lottomaty, które mają możliwość zmieniania zdania, a ja mam okazję pracować przy jednym z nich? Nadal nic. Zwyczajne "plum" - jak mawia jeden stały klient ("Proszę mi zrobić plum, żeby się stara znowu czepiała, że przegrałem").
Strażnik łapie za telefon i dzwoni.
- Kurak, tu mi pani mówi, żeś nie wygrał.
- ...
- No, trzy razy sprawdzała.
- ...
- Pani puści jeszcze dwa razy, ja przyłożę telefon, żeby kolega usłyszał. - I pcha mi się za ladę, telefon przykłada do ekranu, no to wrzucam jeszcze raz i już czuję, że nie dam rady skutecznie zamaskować swojego ubawienia. Na szczęście Strażnik albo nie jest rozgarnięty, albo jest raczej kiepskim obserwatorem cudzych emocji, bo nie zwraca uwagi na mój uśmieszek.
- Kurak, no i co teraz?
- ...
- Aha, dobra. No, to cześć. Kolega by chciał, żeby powtórzyć te same liczby na następne losowanie.
- Nie ma sprawy - mówię, wciskam "zagraj ponownie" i podaję kupon Strażnikowi. Wychodzi zza lady, grzecznie płaci i nagle doznaje olśnienia:
- On wiedział, że nie wygrał! Musiał wiedzieć! Tylko że ja bym mu nie poszedł nadać, ale jak obiecał, że postawi piwo, jak mu zaniosę wygranego lotka do wypłacenia, to... To on mnie oszukał, cwany Kurak!
A tak narzekają, że Straż Miejska to głupia jest, a tu proszę, Sherlock Holmes w czarnym wdzianku prędko rozgryzł kolegę.

* * * * *

Skąd w centrum miasta ważka? Od wody daleko, fontanna wprawdzie jest, ale żeby regularna, złotozielona ważka mi po kiosku latała? W dodatku macha skrzydłami na oślep i wali w co popadnie, albo i w kogo popadnie. Pacnęła mnie parę razy w czoło, zanim obsłużyłam wszystkich klientów stojących w niewielkiej kolejce. Został tylko chłopak z kebabem w ręce. Stoi i patrzy, jak macham kartką papieru chcąc przegonić mały helikopter.
- Jak zjem, to ją złapię.
- Tak? Niech będzie, tylko jej nie zabij.
- Dobra.
Ważka zmęczona gonitwą usiadła na paczce Marlboro. Chłopak skończył jeść, wziął ode mnie kartkę papieru, zmontował z niej coś w rodzaju rożka i... zwyczajnie złapał ważkę, zaginając końce kartki. Podziękowałam. Zadowolony z siebie i uśmiechnięty zmierzał w kierunku drzwi niosąc niewielki pakunek w wyciągniętej ręce, kiedy zderzył się z nim spocony grubas. Ważka w papierku wyglądała jak awangardowy kolaż z jeszcze ruchomymi częściami w postaci skrzydełka.
- Rozgniótł nam pan ważkę.
- Ważkę? W kiosku? To kiosk, nie sklep zoologiczny. Niech mi pani da film do aparatu.
- Film do aparatu? To kiosk, nie zakład fotograficzny.
I poszedł. Chłopak zawahał się chwilkę, zanim wrzucił ważkę do kosza.

* * * * *

Pani po sześćdziesiątce, niemłoda już, ale jeszcze nie taka znowu stara, żeby wiekiem usprawiedliwiać to, co zrobiła.
- Daj mnie pani doładowanie do Playa za 10.
Kładzie obok drukarki telefon, zaczyna grzebać w torebce.
Drukuję, kładę na bilonownicę, czekam.
Pani grzebie w torebce, zakłada okulary, wyciąga portfel, otwiera, kładzie pieniądze, zamyka portfel, zabiera wydruk z doładowaniem, zabiera telefon, chowa okulary i wychodzi.
Następnego dnia przychodzi niezadowolona.
- Jak mnie pani to doładowanie dała, że ja dalej nic na koncie nie mam?! Jakieś zepsute było!
- A to mi się jeszcze nie zdarzyło, ale proszę przynieść, zareklamujemy.
- Wyrzuciłam. Daj mnie pani jeszcze raz za dziesięć.
Kolejność czynności dokładnie jak wyżej, z tym, że zamiast wyjść, klientka bierze telefon do ręki i dzwoni. Patrzy na mnie i znów pretensje:
- To też nie działa! Pani tu nie powinno być, pani mnie oszukała! Oddawaj pieniądze!!!
- Chwileczkę, o co chodzi? Sprzedałam pani doładowanie za 10 zł, a pani nawet nie doładowała telefonu.
- Ja nie doładowałam?! To pani mnie nie doładowała! Przecieżem położyła telefon, jak należy.
Tu złapałam zawias, ale uśmiech na twarzy chłopaka stojącego za Niedoładowaną skierował moje myślenie na te rzadziej odwiedzane, niekonwencjonalne i absurdalne ścieżki.
- Proszę pani, to jest zwyczajne nieporozumienie. Ja sprzedaję kod doładowujący, a pani musi go wpisać w telefon, bo tak to działa. To, że mi pani położy telefon koło drukarki w żaden sposób nie doładuje pani konta.
Klientka nie spuszcza z tonu:
- Co mnie pani pierdoły opowiada?! Ja tu tak zawsze robię i telefon jest doładowany! Ten pan to umie takie rzeczy, a pani jest oszustka!
Zabrała telefon, doładowanie i wyszła trzaskając drzwiami.

Następnego dnia, kiedy opowiedziałam szefowi tę historię powiedział, że wie, o którą klientkę chodzi i że zawsze tej pani doładowuje telefon sam, kiedy ona grzebie w torebce w poszukiwaniu okularów i portfela. Kiedy przyszła do kiosku pierwszy raz, była z córką, która poprosiła o pomoc niedowidzącej mimo okularów mamie. Ot, i cała magia!
8

Oglądany: 86331x | Komentarzy: 81 | Okejek: 411 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

04.12

03.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało