Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Najgorsze filmowe potwory z lat 50. i 60.

133 706  
360   57  
Po zakończeniu II Wojny Światowej filmowcy mieli pełne ręce roboty. Oto bowiem nastała moda na horrory SF. Krwiożerczy kosmici, popromienne mutanty i prehistoryczne bestie wychodzące z morskich głębin gwarantowały pełne kinowe sale i niemały hajs spływający do kieszeni producentów.

Niestety, czasem pomimo wielkich ambicji reżyserów budżet nie pozwalał na sięganie po kosztowne, ale sprawdzone efekty specjalne. Trzeba więc było sobie radzić inaczej.

„Invasion of the Saucer Men” (1957) – archetyp wielkogłowego kosmity

Jeśli zastanawialiście się skąd Tim Burton wziął pomysł na uczynienie z bohaterów swej słynnej komedii „Marsjanie atakują!” ufoludków o wielkich głowach i mózgach na wierzchu, to tu macie odpowiedź. Reżyser nigdy nie krył swej fascynacji kiczowatymi produkcjami z lat 50. W tym przypadku zapatrzył się na „Invasion of the Saucer Men”, gdzie aktorzy grający kosmitów paradowali w wielkich, styropianowych „hełmach” obłożonych fragmentami gumy imitującymi żyły. Efekt był tak komiczny, że ostatecznie sami twórcy postanowili spuścić nieco z poważnego tonu filmu.


Sami przybysze z kosmosu stali się ikonami popkultury. Pojawiali się w formie figurek i zabawek, na koszulkach, a nawet w kreskówkach (m.in. w „Simpsonach”).


„Unknown Island” (1948) – najgorsze dinozaury w historii kina

Myśleliście, że całkiem poważne filmy o ludziach uprawiających zapasy w gumowych strojach wielkich kopalnych gadów i innych kreatur, o których zapomniał czas, to domena Japończyków?


No, cóż – jak widać niekoniecznie. „Uknown Island” z 1948 roku to dzieło, w którym spotkać możemy najbardziej żałosne dinozaury, jakie kiedykolwiek zagościły na ekranie. Zresztą sami zobaczcie.


Niektóre sceny kręcone były na pustyni koło miejscowości Palmdale w Kalifornii. To tam na przykład powstała scena, w której atakowany przez prehistoryczne bestie bohater strzela w ich kierunku granatnikiem. W efekcie jedna z bestii pada martwa na glebę. W rzeczywistości aktor siedzący w ciężkim gumowym stroju dinozaura wykopyrtnął w wyniku ekstremalnego gorąca panującego wewnątrz kostiumu. Reżyser, dla którego z racji ograniczonego budżetu każdy metr taśmy był na wagę złota uznał, że scena wypadła całkiem nieźle i zdecydował się na pozostawienie jej w filmie.


„Plan 9 z kosmosu” (1959) - Eda Wooda przepis na rozrywkę

Ed Wood to człowiek okrzyknięty najgorszym reżyserem wszech czasów, natomiast film „Plan 9 z kosmosu” - sztandarowym przykładem jego partackiego geniuszu. Czego tu nie ma?


Imitujące latające spodki elementy zastawy kuchennej dyndające na wyraźnie widocznych sznurkach, osiłek z migrującą na twarzy blizną (aktor miał uczulenie na materiał, z którego rekwizyt ten był wykonany i każdego dnia trzeba było bliznę przyklejać gdzie indziej), a nawet wywracające się kartonowe nagrobki.


Film ten warto też zobaczyć z jeszcze jednego powodu. Jest nim Bela Lugosi, który zmarł po kilku dniach kręcenia filmu. Współcześnie, gdy dochodzi do takich przykrych sytuacji, filmowcy sięgają po CGI i wypełniają tę lukę innym aktorem z komputerowo nałożoną facjatą denata. Ostatnio taki efekt mogliśmy podziwiać podczas seansu najnowszej części „Szybkich i wściekłych”.
Trudno oczekiwać, aby reżyser kręcący swój niskobudżetowy film w latach, kiedy o domowych komputerach pomarzyć mogli co najwyżej pisarze powieści SF, sięgnął po takie rozwiązanie. Wood wpadł jednak na niegłupi pomysł – zatrudnił dublera zupełnie niepodobnego do zmarłego gwiazdora i kazał mu przez cały czas trwania zdjęć paradować przed kamerą z peleryną „tajemniczo” zasłaniającą twarz.


„Potwór z morza” (1961) – piłeczki pingpongowe u szczytu filmowej kariery

Twórcą tego koszmarku był Robert Corman – reżyser, który w latach 50. zaczął swoją przygodę z kinem od tworzenia upiornych, absolutnie „bezbudżetowych” produkcji kina klasy Z, aby po latach stać się prawdziwym mentorem największych współczesnych ikon sztuki filmowych. Corman zgarnął nawet Oscara za całokształt swego dorobku.


Akurat „Potwór z morza” to jedno z jego wcześniejszych dzieł. Scenariusz do filmu napisany został w ciągu 72 godzin, a nakręcono go w Puerto Rico w ciągu jednego tygodnia. Na stworzenie kostiumu tytułowego potwora wydano 150 dolców.


Przerażający efekt uzyskano dzięki sprytnemu połączeniu takich elementów jak kombinezon do nurkowania, mech, gąbki do naczyń, szczotki do mycia rur, kilka hełmów oraz… piłeczki tenisowe i pingpongowe, które posłużyły do wykonania mrożących krew w żyłach oczu stwora.
Podobno kiedy bestia wyłaziła z wody, aby ubić któregoś z bohaterów filmu, aktorzy musieli powstrzymywać się od śmiechu.


„The Giant Claw” (1957) – ptaszysko, które wcale nie miało bawić

Olbrzymi latający stwór o wyjątkowym apetycie i jeszcze większej żądzy zniszczenia – z reguły tego typu monstra to jakieś jurajskie gadziska, co to budzą się z długiego snu i sieją epicki rozpierdziel ku przerażeniu zgromadzonych w kinie widzów. Tym razem było inaczej. Bestią okazał się wielki kosmiczny indyk, a widzom daleko było do trwogi. Zamiast tego śmiali się do rozpuku.


Początkowo twórcy planowali wykorzystać efekty animacji poklatkowej i zatrudnić do ich wykonania samego Raya Harryhausena. Okazało się jednak, że budżet jest zbyt mały i jedyne na co ich stać to tandetna marionetka wyprodukowana w pół-amatorskim studiu gdzieś w Meksyku.
„Si, señor. Klnę się na moje sombrero, że będziesz pan miał potwora jak ta lala!"



„Robot Monster” (1953) – kiedy nie stać cię na strój robota…

Robot z kosmosu, co to eliminuje wszystkich mieszkańców ziemskiego globu oprócz małej grupki, która to desperacko próbuje zapobiec ostatecznej zagładzie naszego gatunku – prawda, że brzmi to obiecująco? A jeśli dodamy do tego fakt, że budżet tego dzieła wynosił 16 tysięcy dolarów, a cały film został nakręcony w ciągu czterech dni, to już chyba wiemy czego się spodziewać.


Jak za taką kasę stworzyć postać metalowego mordercy z innego uniwersum? Nijak. Po prostu przebrano aktora w łatwo dostępny wśród filmowych rekwizytów strój goryla i założono mu na głowę hełm. Jeśli nigdy nie widzieliście robota porośniętego gęstym włosiem, to teraz wiecie gdzie go szukać…


Co zaskakujące – w „Robot Monster” pojawia się wiele znakomitych, jak na tamte lata, efektów specjalnych. Jak tego dokonano w tak krótkim czasie? Ano po prostu wycięto sceny z kilku innych produkcji i dość nieudolnie wklejono do gotowego filmu. Na nic się to nie zdało – dzieło to uważane jest za jedną z najgorszych produkcji, jaka kiedykolwiek powstała.


„Zabójcze ryjówki” (1959) – na psa urok!

Zmutowane zwierzęta dybiące na ludzkie mięso są częstymi gośćmi w filmach grozy. O ile jednak można jeszcze jakoś znieść takiego rekina, małpę czy nawet pająka wielkości stadionu piłkarskiego, to już uczynienie krwiożerczych bestii ze zwierząt tak pociesznych jak ryjówki budzi mieszane uczucia.


Tak naprawdę jest to ryjoskoczek - zwierzątko, które dzięki funkcjonalności swojej kichawy więcej ma wspólnego ze słoniem niż z "klasyczną" ryjówką. To dlatego nazwa się ją ryjówką słoniowatą.:)

Tak czy inaczej ktoś pokusił się o nakręcenie filmu z takimi bohaterami. I co zaskakujące – dzieło to jest dziś otoczone niemałym kultem. To zasługa samych ryjówek, które w zbliżeniu odgrywane były przez kukiełki, natomiast w dynamicznych scenach na pełnym planie zagrały je psy w „pełnym makijażu”, czyli z doczepionymi kłami i dywanami przyklejonymi do karku.


2

Oglądany: 133706x | Komentarzy: 57 | Okejek: 360 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

02.08

01.08

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało