Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Skiosku - czyli weseli i niezwykli klienci jednego z polskich kiosków II

183 484  
720   49  
Sambojka donosi: Babeczka bliżej czterdziestki, lekko zamotana, przyszła z młodym labradorem na smyczy i zapytała o kalendarzyki kieszonkowe. Jako że jest już ostro po sezonie, zostały mi dwa, przecenione. Wahała się nad wyborem koloru: zielony czy czerwony. W końcu wybrała czerwony.
- Bo wie pani, to do kalendarzyka małżeńskiego - i uśmiech szeroki, że fuj!

Nie skomentowałam. Będzie mężowi czerwoną kartkę pokazywać, czy jak?
- Neron jest młody, głupiutki taki, wszystko gryzie.
- Pewnie najbardziej buty .
- Nie, buty nie, tylko papier. I niech sobie pani wyobrazi, otworzył szafkę, przy łóżku taką i zjadł mój kalendarzyk! Tam wszystko od początku roku było: śluuuz, temperatuuura, stan szyyyjki... - wylicza na palcach. - No, to dopiero będzie, jak Neron będzie miał braciszka. Albo siostrzyczkę! Do widzenia! - skończyła z jeszcze szerszym uśmiechem.
Niech jej ktoś powie, że nie jest suką.

* * * * *

- Kwiatuszki, kwiatuszki dla pięknej dziewuszki!
- Ślicznie pachną te konwalie, ale nie wezmę.
- No jaaak! Ja tu od rana stoję po sąsiedzku, wypada kupić. Mordę opaliłem, chociaż nie było słońca, nogi mnie bolą. Pani się ulituje, ja już nie jestem pierwszej młodości.
- Było sprzedać szefowi, jechał do mamy, w sam raz na to święto.
- Kiedy pani widzi, na deszcz idzie.
- Taaak?
- Zmoknę przez panią.
- Przeze mnie?
- Nie pójdę do domu, dopóki nie sprzedam.
- To czemu pan traci czas na rozmowę?
- Pani weźmie, to ostatnie, już się kończą.
- Kończą się, kończą, a jak się skończą, to pan będzie piwonie sprzedawał. Tak jak wcześniej bez.
- Ale konwalii nie! Jak dla pani po 3 złote.
- Ale pan je przecież wszystkim po 3 złote sprzedaje!
- No mówię, że jak dla pani to po 3.
- Do widzenia.
Wyszedł. Rozszalała się burza. Wszedł do kiosku, wcisnął mi bukiet w rękę i zanim zdążyłam zaprotestować, powiedział:
- Bierz, tylko jakby się stara pytała, to sprzedałem!

* * * * *

Weszli we trzech, za cicho i jacyś spięci. Było w ich zachowaniu coś dziwnego. Zaczęłam im się przyglądać, ale ostrożnie. Gdy tylko znaleźli się przy wiadomej półeczce, zajęli pozycję jurorów na konkursie wylewających się zza szybki cycków i powykrzywianych w udawanym grymasie twarzy. Prawie każdy facet staje wtedy podobnie: przystaje na jednej nodze, drugą odchyla lekko w bok i wkłada ręce w kieszenie, ewentualnie za pasek od spodni. Potem bierze do ręki. Gazetę znaczy.
- Ty, pa! Tego nie widziałem!
- Ja też. Cho kupimy.
- Nie kupujcie. Pa tu!
Ta "rozmowa" dotyczyła... ślizgaczy. Razem je oglądają, czy jak?
- Płyty wszędzie są? - to pytanie było skierowane do mnie.
- Tak. W każdej, oprócz tych czterech z lewej.
- A która to lewa?
- Ta, co w niej fiuta nie trzymasz, jak lejesz. He he he! - podpowiedział uprzejmie kolega.
- Cwelu!
- Tylko nie cwelu!
- Spokój! - rozdzielił ich ten trzeci. - Bierzemy ten.
- Ten? Czego ten?
- Bo ona wygląda jak córka komendanta - powiedział cicho, powoli i bardzo poważnie.
Zapłacił. Dopiero wtedy zauważyłam wytatuowaną kropkę na jego twarzy.

* * * * *

- Ma pani płytę na święta?
- Chodzi pani o kolędy?
- Nie, kolędy są stare, mnie chodzi o te, no... kristmassongi! Najlepiej karaoke!

* * * * *

- Proszę mi powiedzieć, jak państwo macie otwarte w święta.
- Dwudziestego czwartego będzie otwarte do czternastej, w sobotę i niedzielę to już normalnie.
- A w drugi dzień świąt?
- Nie pracujemy w drugi dzień świąt.
- Na pewno?
- Na pewno.
- To dobrze. Bo wie pani, brat przyjeżdża z rodziną, znaczy z córką. A ta córka przywiezie narzeczonego i myśmy go chcieli sprawdzić, ile on potrafi wypić. Jak będzie trzymał fason, to się może żenić. Tylko że ja się martwię, żeby on z nami nie zagrał nieczysto i nie naszprycował się tabletkami od bólu głowy, tych młodzieżowych napojów z bykiem nie napił, pani wie, o czym mówię. To zamknięte. To dobrze. Najbliżej to by musiał jechać autem, a przecież nie wsiądzie za kółko.

* * * * *

- Ma pani coś dla Mikołaja?
- Nie rozumiem.
- No za Mikołaja się muszę przebrać.
- Niestety, nie.
- A co tu jest jeszcze otwarte o tej porze w pobliżu?
- Spożywczy na placu.
- Za daleko. Da mi pani dwie paczki chusteczek higienicznych, to brodę zrobię. I papier kolorowy, taki z klejem, jak jest. I paczkę zapałek.
- Jak pan chce z tego brodę zrobić?
- Będę improwizował, a jak się nie spodoba, to ich podpalę!

* * * * *

Pani z reklamówką. Z reklamówki ostro kapie. Inny klient zwrócił jej uwagę:
- Cieknie pani reklamówka.
- Bo tam karp jest. Kupiłam.
- Żywy?
- Nieee, martwy, ale tak się jeszcze ruszał, jak go do reklamówki pchali, że poprosiłam o trochę wody, bo jak on jeszcze żyje, to żeby się nie męczył.

* * * * *

Kiedyś był podobno szyszką na miejskim świeczniku, czy jakoś tak... Dziś ma ponad 70 lat i domek na działce. Bezdomnym został zaraz po tym, jak sąd przyznał mieszkanie jego żonie. Było lato, postanowił uczcić rozwód imprezą na działce. Troszkę mu się ta impreza przeciągnęła i na działce mieszka od tamtej pory, czyli ładnych kilkadziesiąt lat. Na zimę zawija do Schroniska dla Bezdomnych prowadzonego przez Braci Albertynów. Tej zimy został na działce, bo było mu ciepło. Więc śmierdzi.
Myję podłogę przy otwartych drzwiach i czuję smród. Wychodzę na zewnątrz w poszukiwaniu zwyczajnej psiej kupy gdzieś za progiem, ale ku memu zdziwieniu źródło zapachu weszło do kiosku. Drzwi nie zamykam.
- Małego lotka bym nadał, zaraz mi pani da, tylko skreślę.
- Mhm - jedynie na taki przekaz werbalny mnie stać. W ogóle stoję dalej niż metr od niego i organizm się broni jak przed utonięciem: jestem na wdechu, taki odruch.
I nagle Bezdomny znika. Pod ladą znika. Zerkam zaniepokojona, tam spożywka jest, za szybą, ale umiejętnie da się wyciągnąć kilka chińskich zupek czy Kubusia Playa. Jest. Zaraz obok stoi kosz, do którego gracze wyrzucają nieważne kupony, niepotrzebne blankiety czy puste zdrapki. Bezdomny grzebie w tym koszu.
- Czego pan tam szuka?
- Liczb!
- Słucham?
- Liczb szukam, co je ludzie poskreślali. Przepiszę sobie. Na swoim się nie wzbogaciłem, to może kto inny mi przyniesie szczęście.
Przepisał, nadał, wysłałam, poszedł. Smród został. Naprawdę gorąco życzę mu tego szczęścia.

* * * * *

Pan z pewnością bliżej 80., a może tylko papierosy i niezdrowy tryb życia zniszczyły mu wygląd. Przyszedł zagrać w totka, a że dawno nie grał, wypytywał długo i szczegółowo. Na koniec sypnął żarcikiem o czarującej obsłudze (nie przytoczę tego żartu, zwyczajnie nie pamiętam). Uśmiechnęłam się i podziękowałam. Wtedy się cofnął, chwycił za serce i krzyknął:
- Pani jest taka piękna! Pani ma uśmiech jak moja Basia nieboszczka!
Najpierw się przestraszyłam, że mi tu na zawał schodzi, a uspokojona tym wyznaniem powiedziałam, uśmiechając się jeszcze szerzej:
- Dziękuję.
A Amant dodał równie zachwycony, co przed chwilą:
- Też takie krzywe zęby miała! Toczka w toczkę jak pani!
15

Oglądany: 183484x | Komentarzy: 49 | Okejek: 720 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

10.07

09.07

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało