Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Jak radzono sobie z efektami specjalnymi przed epoką komputerów

117 869  
361   73  
Niewątpliwie takie filmy jak „Terminator 2” czy „Park Jurajski” wyznaczyły nowe standardy w dziedzinie efektów specjalnych. Od tego bowiem czasu cyfrowe fajerwerki błyskawicznie wyparły archaiczne triki filmowe.

Wkrótce też tworzone przy pomocy komputerów animacje stały się też głównym elementem nowych produkcji, a nie jedynie zapierającym dech w piersiach urozmaiceniem.

Dziś, kiedy prawie każdy kinowy blockbuster nie może się obejść bez olbrzymiej dawki CGI, z dużym sentymentem patrzymy na to, w jaki sposób kiedyś radzono sobie z efektami specjalnymi.

King Kong (1933)

Dwa lata temu 80 lat skończyła małpa, która to wymieniana jest przy każdej okazji wywodów na temat dawnej sztuki manipulacji obrazem. Dziś animowane poklatkowo monstra raczej wywołują uśmiech niż przerażenie, ale kiedyś widzowie moczyli kinowe krzesła widząc te olbrzymie kreatury. Początkowo twórcy planowali wykorzystać w filmie prawdziwe warany z Komodo, które to miały „zagrać” role dinozaurów z wyspy King Konga. Ostatecznie jednak zdecydowano się na animowanie stworzonych na potrzeby produkcji kukieł. To musiało się udać, ale tylko wtedy, gdy na czele sztabu specjalistów od tego typu zabiegów stał ktoś taki jak Willis O’Brien. Człowiek ten już w 1915 roku stworzył 90-sekundowe dzieło o tytule The Dinosaur and the Missing Link: A Prehistoric Tragedy”. Produkcja ta była w całości animowana poklatkowo i w tamtych czasach była czymś absolutnie rewolucyjnym. Zresztą sam Thomas Edison zachwycił się O'Brienowymi dinozaurami i poprosił go o wykonanie całej serii „prehistorycznych” filmów na potrzeby swojej firmy – Edison Company…
Wróćmy jednak do „King Konga”. Do animowania wielkiej małpy wykorzystano 45-centymetrową kukłę pokrytą króliczymi włosami. Zadbano nawet o takie szczegóły jak technika walki, jaką posługuje się Kong – tu z pomocą przyszedł pewien emerytowany bokser, który pokazał Willisowi O'Brienowi w jaki sposób jego bohater powinien zachowywać się podczas pojedynku z tyranozaurem.


Kiedy ekipie przyszło kręcić sceny przedstawiające wizytę włochatej bestii w Nowym Jorku, okazało się, że przy tak wielkich budynkach jak Empire State Building, Kong wydaje się jednak troszkę za mały. I tak też podczas gdy na swojej wyspie małpa mierzyła 5,5 metra, to już w finałowej scenie Kongowi przybyły dwa metry wzrostu! Taki tam drobiażdżek – grunt, że widzom się podobało!

„Niewidzialny człowiek” (1933)

Zupełnie z innych trików skorzystano podczas pracy nad powstałym w tym samym roku „Niewidzialnym człowieku”. Tu już nie trzeba było uciekać się do żmudnej pracy lalkarzy, którzy milimetr po milimetrze wprawiali w ruch swoje kukły.
W niektórych scenach niezły efekt uzyskiwano za pomocą drutów i cienkich sznurków, na których zawieszano części garderoby człowieka-widmo. Jednym słowem – banał. Schody zaczynały się jednak, gdy trzeba było nakręcić ujęcia, w których np. niewidzialny bohater zdejmuje swoje ubranie czy też ściąga bandaże zasłaniające twarz. Jeśli spojrzymy na te nakręcone osiem dekad temu sceny, to okaże się, że są one bardzo realistyczne. Jak udało się taki efekt uzyskać w tamtych czasach?


Claude Rains, wcielający się w głównego bohatera, ubrany był od stóp do głów w nieodbijający światła kombinezon o kolorze bardzo ciemnego fioletu. Na niego zakładano właściwe, jasne ubranie. Tak odziany aktor grał na tle o dokładnie tej samej barwie, co „maskujący” strój Rainsa. Następnie podmieniano ciemnofioletowe tło na inną, wcześniej zarejestrowaną scenerię. Tak to wychodziło w praktyce:


„Dziesięcioro przykazań” (1956)

"Dziesięcioro przykazań" do niedawna pozostawało najlepiej zarabiającym biblijnym filmem wszech czasów (rekord został pobity przez pewne dzieło z gatunku torture-porn w reżyserii Mela Gibsona). Specjalista od efektów specjalnych - John P. Fulton - zgarnął Oscara za swoją robotę. Nie ulega wątpliwości, że była to nagroda za stworzenie iście „epickiej” sceny rozstąpienia się Morza Czerwonego. Prace nad nią trwały aż pół roku. Część ujęć kręcona była u wybrzeży tego położonego w Egipcie akwenu, nad resztą natomiast pracowano wewnątrz hollywoodzkiego studia Paramount.


Fulton, aby uzyskać wiarygodny efekt otwierającego się morza, wylał ze specjalnego zbiornika 1360800 litrów wody. Tymczasem stworzenie wielkich, wodnych ścian wymagało zbudowania we wspomnianym studiu gigantycznego wodospadu. Ogromne wysiłki poczyniono też, aby skutecznie zamaskować nałożone na siebie wszystkie elementy, składające się na tę scenę.

Przy okazji – taka mała ciekawostka. Charlton Heston dostał główną rolę tylko dlatego, że w pełnej charakteryzacji bardzo przypominał Mojżesza z rzeźby Michała Anioła.

„Jazon i Argonauci” (1963)

Dziś mało kto już pamięta o Rayu Harryhausenie – człowieku, który wyspecjalizował się w animowaniu monstrualnych, mitologicznych postaci na potrzeby filmów fantasy. Ray jako nastolatek spadł z krzesła oglądając „King Konga” i już dwa lata później zrealizował swój pierwszy poklatkowy filmik. Po latach spotkał nawet swojego idola – Willisa O'Briena, który dał mu zatrudnienie i umożliwił rozwijanie talentu na planie hollywoodzkich produkcji. Z czasem Ray wyrobił sobie własny, niepowtarzalny styl, a jego praca do dziś traktowana jest jako kamień milowy w historii efektów specjalnych.


Wśród bardzo długiej filmografii Harryhausena na szczególną uwagę zasługuje „Jazon i Argonauci”. Konkretnie – czterominutowa scena walki głównego bohatera z armią kościotrupów. Nakręcenie jej zajęło ekipie aż 4 i pół miesiąca. Tyle zajęło poklatkowe animowanie nieumarłych i zgrabne połączenie efektu ze scenami, w których zagrali prawdziwi aktorzy.

https://joemonster.org/images/vad/img_32850/56e62233de156675d7cadcf35ee7c5f9.gif

„Odyseja kosmiczna 2001” (1968)

Stanley Kubrick zasłynął jako filmowiec niezwykle uparty i walczący o dopracowanie każdego detalu w swoich produkcjach. Nie inaczej było w przypadku słynnej „Odysei kosmicznej 2001”. Reżyser chciał, aby wnętrze statku Discovery wyglądało zgodnie z jego założeniami. Otóż we wnętrzu pojazdu znajdowała się wielka „wirówka”, która obracając się z odpowiednią prędkością symulowała efekt grawitacji poprzez wykorzystanie siły odśrodkowej.


W tym przypadku nie dało się stworzyć atrapy i filmowcy zdecydowali się na zatrudnienie inżynierów lotniczych, którzy za cenę 750 tysięcy dolarów zbudowali na planie specjalny, ważący 30 ton „diabelski młyn”. Koło obracało się z prędkością 5 km/h, a wszystkie przedmioty znajdujące się na pokładzie Discovery przymocowane zostały do podłogi.
Dziś sprawę załatwiłoby kręcenie ujęć na zielonym ekranie i wykorzystanie technologii cyfrowej do nałożenia aktorów na wyrenderowane tło. Kubrick z całą pewnością miałby mniej roboty…

A w drugiej części dowiecie się jak Arka Przymierza rozpuściła głowę nazisty i kto sprawił, że zmiennokształtny kosmita ze stacji arktycznej do dziś przeraża kolejne pokolenia widzów.

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6