Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Piekielne autentyki XLII

61 503  
204   16  
Historia o piekielnym, którego spotkała zasłużona kara.

Do warsztatu przyjechał jeden z klientów „których nie obsługujemy”.
Gość podpadł już nie raz, piekielny – to mało powiedziane. Dawno temu skończyło się tym, że Szef odmówił mu napraw i odesłał do konkurencji. Pocztą pantoflową wiedzieliśmy, że krok ten konkurencji zysków nie przysporzył, a wręcz posądzali nas o sabotaż za pomocą tego jegomościa.

Tym razem jednak przyjechał skruszony, prosił, prawie błagał, żebyśmy jednak zrobili wyjątek, on będzie grzeczny tylko „błagam, zróbcie coś!”.
W samochodzie coś uporczywie stukało, doprowadzając ponoć do rozpaczy. Podobno nikt nic nie mógł zrobić. Zlecenie zostało w końcu przyjęte.
Faktycznie, podczas jazdy po dziurach – stuka gdzieś z tyłu.
Drobiazgowe sprawdzanie zawieszenia – bez rezultatu. Wyjęliśmy z auta wszelkie ruchome przedmioty, częściowo zdemontowaliśmy wykładzinę podłogi i tylne siedzenia – „stukacz” pozostaje nieuchwytny.
Zaczynałem demontować tapicerkę, kiedy klient jednak nie wytrzymał. Wszczął iście piekielną awanturę, czemu tak długo, sami debile na warsztacie, on nam pokaże, on to, on tamto... Szef kazał klientowi wyjść na godzinę, mnie natychmiast wszystko składać, klient ma sobie za godzinę zabrać auto. Ucichło, piekielny poszedł.

Mnie jednak nie dawało spokoju i skoro już miałem do połowy rozmontowane – zdjąłem do końca obicie tylnego słupka. Przez otwór w profilu zobaczyłem przyczynę stukania, zapewne prezent od innego mechanika, któremu facet zalazł za skórę... niewielki klucz oczkowy, zawieszony na drucie. Na kluczu była przyczepiona karteczka z napisem „Ale się ch..ju naszukałeś”.

Wybuch mojego histerycznego śmiechu przywołał szefa i kolegów. Po chwili śmiali się już wszyscy. Kiedy już ochłonęliśmy, niepewnie spytałem szefa:
- Co mam z tym zrobić?
- Jak to co? Poskładaj panu ładnie samochód. Tylko żeby niczego nie brakowało! – jego spojrzenie było WYMOWNE.

Poskładałem. Wyzywając nas i złorzecząc klient zabrał auto. Więcej nas nie odwiedzał.
Jak się okazuje, wnerwieni mechanicy potrafią być równie mściwi jak budowlańcy.

by arai

* * * * *


Nie jestem może górą zrozumienia, świątynią tolerancji czy morzem akceptacji, ale jednak jakieś tam pokłady wyrozumiałości posiadam.

Wezwanie takie normalne, nic szczególnego. Ważniejsze jest to, kto wzywał. Pacjentem był murzyn. Nic nadzwyczajnego, facet jak facet, tyle że czarny.

Nie wyobrażam sobie tylko, co gość musiał przejść wcześniej, skoro na widok tego, że stawiam torbę medyczną i wyciągam stetoskop, odpowiedział z wyraźną ulgą w głosie:

- Ufff... Już myślałem, że też mi odmówicie...

Rozumiem, że ratownicy nie składają jakiejś wielkiej przysięgi i obietnicy pomocy wszystkiemu co oddycha (i nie), ale bez przesady...

by zaszczurzony

* * * * *


Historia z jajem.

Na moim osiedlu znajduje się niewielki sklepik, pół-samoobsługowy. Większość produktów podają ekspedientki, ale jest też chłodziarka, z której bierze się do koszyka rzeczy samemu. Są tam różne serki, twarożki, mleko, soki „jednodniowe” i różne takie. Są też jajka.

Robię tam zakupy praktycznie codziennie, zawsze wszystko świeże, w miłej atmosferze, z dziewczynami za ladą jesteśmy praktycznie na „ty”, z właścicielem też nieraz udało mi się pogadać. Miło, przyjemnie, wygodnie, bo blisko z siatami do domu. A ostatnio w tych siatach, między innymi pół tuzina jajek w kartonowym pudełku, żeby sobie jajecznicę na śniadanie zrobić.

Następnego dnia zabieram się za robienie jajecznicy. Boczek pokrojony, szczypiorek pokrojony, patelnia się grzeje – czas wbić jajka do szklanki i śniadanie zaraz będzie „podano”. Biorę jajko, uderzam w nie nożem i... jajo eksploduje. Eksploduje na wszystkie strony zielonkawą galaretą, fragmentami skorupki i niesamowitym smrodem. Ja w szlamie, kuchnia w szlamie, fetor taki, że ledwo powstrzymałem wymioty. Po pierwszym szoku – szybka akcja ratunkowa: ściągnąć ciuchy i cisnąć je na balkon, pootwierać wszystkie możliwe drzwi i okna, a potem, na golasa, na wdechu, zacząć zmywać tę przypominającą smarki, śmierdzącą maź. Jak najszybciej, bo gdy zaschnie, to będę miał poważniejszy problem.

Uff... Posprzątane. Ciuchy w pralce, ja w wannie. Wietrzenie trwało dobrych kilka godzin.

Jeszcze tego samego dnia skoczyłem z resztą jajek do mojego sklepiku, trzymając pudełko jakby to była nitrogliceryna (wydrukowany na pudełku okres przydatności do spożycia twierdził, że jajka są ok) i opowiedziałem ekspedientce co się wydarzyło, że może powinni sprawdzić partię, czy coś. Ta zrobiła wielkie oczy i skoczyła po właściciela, który akurat był na zapleczu. Szef szybko przyszedł, wysłuchał, oddał pieniądze i w głębokiej zadumie powiedział: „Dziwne, to już drugi taki przypadek w tym tygodniu”...

Minął jakiś czas. Robiłem kolejne zakupy, gdy zagadnęła mnie ekspedientka:
- A pamięta pan tę historię z jajkami? Jeszcze kilka osób przyszło z identycznym problemem. Szef przejrzał monitoring. I co zauważył? Jakiś gnojek podmieniał jajka, wyjmował jedno z kieszeni i wkładał do pudełka!

Wszyscy w sklepie zaczaili się na chłopaczka (15 lat) i w końcu go dorwali. Była policja, szybkie zapoznanie się ze sprawą, chłopaczek przyznał się na miejscu, rzucając w pewnym momencie (obrona doskonała), „Bo te k***y nie chciały mi sprzedać piwa!”

Wróżę dzieciakowi świetlaną przyszłość: ambitny, zawzięty i przede wszystkim cierpliwy. Kupił jajka, odczekał, aż się popsują i przeprowadził swój „Mały Sabotaż”. Szacun. A ja wciąż czuję lekki dreszczyk emocji, gdy rozbijam jajko.

by Shizoid

* * * * *


Mój tata [T] swego czasu był Konwojentem (dostawcą) w okręgowej spółdzielni mleczarskiej. To było sporo lat temu, jeszcze przed moim narodzeniem.

Pewnego dnia, gdy rozwoził produkty i właśnie wychodził z kolegą ze sklepu, między klientką [K], a sprzedawczynią [S] wywiązał się dialog, podczas kupowania sera:
K: - Proszę pani! Ale ten ser obżarły myszy! (czasem się zdarzy, że mysz wleci)
S: - Przykro mi, to może dam pani inny...
Warto dodać, że mój tata jest bardzo wesołą osobą i szybką się wtrącił.
T: - Proszę pani! Niech pani zobaczy, ile tu jest serów!
Kobieta się rozejrzała.
K: - No tak, widzę..
T: - No widzi pani? A mysz wybrała właśnie ten! To znaczy, że jest najlepszy!

O dziwo, klientka ten ser kupiła. I to w dodatku uradowana...

by Maddie

* * * * *


Mój znajomy - człowiek trzydziestokilkuletni, większość życia spędził na treningach sztuk walki, jednak na siłowni raczej nie bywa, a jeśli już to wykonuje tylko ćwiczenia wydolnościowe, tak więc z wyglądu jest raczej niepozorny. Dodatkowo ostatnio postanowił zapuścić włosy i zarost (chce zrobić coś w stylu Ville Valo), i ma je już dość długie.

Sytuacja wydarzyła się wczoraj późnym wieczorem, na korytarzu jednego z łódzkich klubów.
Kolega szedł korytarzem i zauważył przed sobą dwóch dresów i dwie dziewczyny plastic-fantastic. Usłyszał tylko jak jeden z dresów powiedział do reszty "zabawię się" i ruszył w jego stronę.
([K] - kolega [D] - dres [O] - ochroniarz)

[D] (zastawiając koledze drogę) - Co jest brudasie? Kto cię tu k*rwa wpuścił?
[K] - A ty co, przyjaciół szukasz?
[D] (lekko popychając mojego znajomego) - Komu zrobiłeś loda, żeby cię tu wpuścili?
[K] - Wystarczyło przelecieć twoją matkę.
Dres natychmiast rzucił się do ataku, ale kolega zrobił unik i w 15 sekund poskładał dresiarza tak, że jego twarz dociskał butem do posadzki i trzymał go za wykręconą rękę. Drugi już chciał ruszyć do pomocy, ale znajomy tylko krzyknął:
[K] - Nawet k*rwa nie drgnij, bo mu rękę wyłamię!
Groźba podziałała i dresiarz zrezygnował z próby ataku.
[K] (do obezwładnionego napastnika) - I jak? Dobrze się bawisz?

Po chwili, gdy wyjaśnili sobie, że gdy kolega puści dresiarza ten nie będzie próbował znowu atakować, rzeczywiście go puścił. Dresiarze ze swoimi dziewczynami zaczęli się zbierać, a kolega obrócił się i zobaczył trzech ochroniarzy, którzy się wszystkiemu przyglądali.

[K] - Co jest? Napada mnie u was w klubie jakiś dresiarz, a wy nie reagujecie?
[O] - Dobrze sobie radziłeś i nie chcieliśmy ci przeszkadzać.

by Saxet

* * * * *


Historia sprzed kilkunastu lat (ja miałam wtedy ok. 12 lat), jak przeprowadzaliśmy się do nowego mieszkania na parterze. Niestety, szybko okazało się, że pod naszym balkonem, gdzie rosły wtedy ogromne forsycje, rodzice zrobili swoim maluchom toaletę - bo jak się siedzi parę godzin na placu zabaw, to na siku idzie się za krzaki pod czyjś balkon, a zdarzało się, że i z "dwójeczką" tu przychodzili. Ot, taka kultura. Moi rodzice tłumaczyli i wykłócali się z mamusiami i tatusiami "wysiusiającymi" swoje dzieci u nas pod oknem. Odpowiedzi: bo tak zawsze było i nikomu to nie przeszkadzało (wcześniej mieszkali tu studenci, których więcej nie było niż byli). Niektórzy ludzie wyrazili skruchę, inni po cichu dalej się zakradali.

Pewnego dnia moja mama zmywała podłogę w kuchni, gdy przez okno zobaczyła sąsiada z I piętra, który prowadził tu dziecko. Wkurzona, wzięła wiadro od mopa na balkon i leci dać gościowi nauczkę. Wychodzi na balkon i słyszy tekst:
- Poczekaj synuś, jeszcze tata siku zrobi.
Mama nie wytrzymała, wiadro w ręce i chlup całą jego zawartość wylała przez balkon prosto na sąsiada. Ten, próbując zasłonić się rękami, z tekstem:
- Co pani k*** robi?
- Spuszczam wodę, na wypadek jakby pan zapomniał.

Forsycje bardzo szybko zostały wykarczowane, na ich miejsce najpierw wsadziliśmy niskie kwiaty, a potem krzewy pigwy, coby kolce zniechęciły potencjalnych "siusiaczy". I wreszcie jest spokój.

by astor

* * * * *


O tym jak i dlaczego trzech sąsiadów mogło dostać w jednym dniu zupełnie różne urzędowe pisma w takiej samej sprawie.

Swego czasu pracowałam w pewnym urzędzie, gdzie do moich obowiązków należało uzgadnianie realizacji pewnych projektów dotyczących dotacji unijnych w rolnictwie.

W poniedziałek jak zwykle przychodzę do pracy i zabieram się za standardowe w tym czasie pismo "Uzgadniam realizację projektu...". Podpis dyrektora. Pismo poszło do rolnika.

We wtorek czeka na mnie mail, w którym znajduję informację, że nasi prawnicy po wnikliwej lekturze ustaw doszli do wniosku, że nie jesteśmy jednak organem, w którego kompetencji leży uzgadnianie tych projektów, więc wnioski należy kierować do Urzędu Innego, o czym mamy informować rolników w oficjalnej korespondencji.

Zabieram się więc za wnioski odpisując: "Organem odpowiednim do uzgodnienia realizacji projektu jest Urząd Inny, gdzie należy skierować wniosek". Podpis dyrektora. Pismo poszło do rolnika.

W środę przychodzę znów do pracy i znów czeka na mnie mail, który tym razem informuje, że realizacja tych projektów w ogóle nie wymaga uzgodnienia w zakresie, o uzgodnienie którego wnioskują rolnicy...

Zabieram się za wnioski. Odpisuję: "Realizacja projektu w wyżej wymienionym zakresie nie wymaga uzgodnień". Podpis dyrektora. Pismo poszło do rolnika.

Czasem więc dziwne i niezrozumiałe urzędowe posunięcia nie są winą tego urzędnika na dole. On robi tylko to co ma w instrukcji, a że czasem wychodzi czeski film, to już inna sprawa.

by pliszka

* * * * *


Pracuję w małej miejscowości w sklepie meblowym znanej sieciówki.
W dniu dzisiejszym byłam jedyną osoba pracującą w salonie. Klientów dużo (a ja jako normalny człowiek też mam czasem swoje potrzeby fizjologiczne), tuptam z nogi na nogę i czekam, aż ludzie zakończą wizytę, co nie znaczy, że ich nie obsługiwałam, albo co gorsze pośpieszałam i wyganiałam. Wcale nie!

Minęło trochę czasu, potrzeba się nasila, więc gdy ostatnia osoba opuściła salon (DZIĘKI CI PANIE) pędzę zamknąć drzwi automatyczne. Zawsze w takich sytuacjach nakleja się karteczkę "ZARAZ WRACAM", niestety karteczka na drugim końcu salonu pod biurkiem, a potrzeba ogromna. Biegnę spod drzwi prosto do łazienki (tzw. Dzida). NIECAŁE 2 minuty później wracam. A tam, co me oczy widzą - starsza pani (70-80) szarpie się zawzięcie z drzwiami (może niekoniecznie z drzwiami, bo stała przy prawym oknie - zdarza się często). Otwieram, wpuszczam klientkę, witam się.
[K]lientka, [J]a:

K: - Zamknięte, otwarte, bo nie wiem?! Ludzie popatrzeć by chcieli, śpieszy im się, a tu drzwi stoją.
J: - Bardzo przepraszam, musiałam skorzystać z toalety.
K: - Kartę jaką by pani wywiesiła! Nie wiadomo co robić, iść, czekać. BRAK SZACUNKU.
J: - Bardzo przepraszam, ale pani zrozumie, że naprawdę musiałam. Od rana jestem na obsłudze. A nie było mnie chwilkę. Przepraszam.

Uśmiechnęłam się do pani w geście rozładowania napięcia i (o ja głupia) czekam aż zapyta o ofertę sklepu.

Klientka mierzy wzrokiem mnie, mierzy wzrokiem salon.
K: - I szefostwo na to pozwala?!
J: - ..?
K: - Na taki bałagan... Samowolka. Ja bym nie pozwoliła. Ale widzę, że cienko z klientami. Często tak pani wychodzi za "potrzebą"?
J: - Nie zrobiłam nic co jest surowo zabronione i co by się szefostwu nie spodobało.
I dalej się kulturalnie uśmiecham, aż klientka zada pytanie dotyczące naszej oferty.
K: - TAKA SAMOWOLKA, TO JEST ABSOLUTNIE NIEDOPUSZCZALNE!
J: - Proszę pani, czasy reżimu się w Polsce skończyły, bardzo proszę aby pani przestała krzyczeć i pani pomogę albo panią...

No właśnie i tu oto nastąpiła moja (niestety) piekielność. Czemu niestety? Otóż jestem osobą, która mówi dość szybko i niezrozumiale, gdy się denerwuje. Nie wiem o czym wtedy myślałam, naprawdę nie wiem. Chciałam klientkę poinformować, że jeśli nie przestanie na mnie krzyczeć to ją ZIGNORUJĘ... W każdym razie z moich ust wydobyło się oto takie zdanie:

J: - Proszę pani, czasy reżimu się w Polsce skończyły, bardzo proszę aby pani przestała krzyczeć i pani pomogę albo panią ZLIKWIDUJĘ...

Kobitka cała czerwona, zapowietrzona, ja w tym samym stanie. Milczymy. Odcięcie od świata. Kobitka wychodzi. Ja stoję w miejscu dobre 2 minuty i tylko moja głowa podąża za panią. Odwróciła się tylko na chwilkę w moim kierunku gdy znikała za płotem, ale nawet z miejsca gdzie stałam, widziałam jej przerażoną minę.
Przepraszam.
Naprawdę, bardzo przepraszam...

by mamrot

* * * * *


Pracuję na ochronie.
Wczoraj w czasie obchodu przymierzalni (pracuję w sklepie odzieżowym), zauważyłem jak z jednej z kabin wychodzi kobieta w wieku mocno średnim. Wnętrze kabiny było dosłownie usłane ubraniami, wymiętymi i zdeptanymi, rzuconymi byle gdzie. Bardzo nie lubię takich sytuacji.
- Przepraszam, ale tak się kabiny nie zostawia. - zwróciłem jej uwagę starając się mówić grzecznie.
- What? What? - odparła z naprawdę szczerym zdumieniem.
Znam angielski, jednak lingwistą nie jestem. Stwierdziłem, że daruję sobie długiego procesu tłumaczeń i wyjaśnień, sam pozbierałem ubrania i odniosłem do kasy. Po wszystkim wróciłem na sklep i zauważyłem, że anglojęzyczna klientka nadal przegląda ubrania. Gdy przechodziła koło mnie, kichnęła.
- Bless you. - Powiedziałem odruchowo.
- Co proszę? - Odparła...

by SecuritySoldier

<<< W poprzednim odcinku

2

Oglądany: 61503x | Komentarzy: 16 | Okejek: 204 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

21.05

20.05

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało