Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Lotnik płaci długi - jak Polacy zdobywali niebo

30 960  
146   12  
Paskudeusz pisze: Nie było jeszcze Polski na mapie – a oni już rozsławiali jej imię w przestworzach. Początek XX wieku, to czas w którym pierwsze, nieśmiałe kroki stawiało na świecie lotnictwo.


U góry: Bleriot XI 2 bis – na takim samolocie Piotrowski pobił światowy rekord długości lotu.
W tą nową wówczas i niebezpieczną dziedzinę z brawurą i klasycznie ułańską fantazją wdarli się Polacy. W dobie lotów kosmicznych mało kto pamięta o tych pierwszych bohaterach, którym udało się przebyć w powietrzu „ledwie” kilka kilometrów. Jednym z takich potomków Ikara był Grzegorz Piotrowski.

Nazwisko obecnie kojarzące się tylko z niesławnym oficerem SB, w kontekście lotniczym znajome niektórym tylko pasjonatom, przed I wojną światową znajdowało się na ustach całej Europy. Obywatel rosyjski, porucznik Floty Bałtyckiej, pochodzący z egzotycznego narodu – słusznie chyba mającego opinię postrzeleńców i romantyków – ustanawia szalony, nie do pomyślenia rekord przelotu 37 kilometrów nad morzem, i to z pasażerem! Ale zacznijmy od początku...

Grzegorz Piotrowski urodził się w roku 1881. Po ukończeniu Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego wstąpił do carskiej marynarki wojennej. Pod koniec 1909 roku (a więc w niecałe sześć lat od czasu, gdy Wilbur Wright przeleciał 279 m!) zgłasza się jako ochotnik na odbycie przeszkolenia lotniczego. Ukończył je w rok później w Paû – armia rosyjska wysyłała pilotów do francuskiej szkoły Blériota, bądź Farmana. Po usilnych naleganiach wymógł na władzach szkoły, żeby w dyplomie wpisać „narodowość: polska”. Była to zresztą częsta wśród Polaków praktyka. To samo uczynił drugi pionier lotnictwa i rekordzista (1200 m – najwyższy osiągnięty pułap, rok 1910), Bronisław Matyjewicz-Maciejewicz – pierwszy Polak, który zginął śmiercią lotnika, 1 maja 1911 roku. Po wybuchu I wojny światowej Piotrowski wyemigrował do USA, gdzie zaciągnął się do polskiego wojska. Zmarł w roku 1935.

Wyczyn, którym zasłynął Piotrowski miał miejsce we wrześniu 1910 roku. Odbywał się wówczas w Petersburgu Pierwszy Wszechrosyjski Meeting Lotniczy.

„Zostaliśmy owacyjnie przyjęci. Prasa zamieszczała nasze podobizny, życiorysy, wywiady z nami, itd. Znajomi i nieznajomi odwiedzali nas w hangarach. Oddawano nam do dyspozycji powozy i auta, zapraszano na obiady i kolacje. Młodsze damy ofiarowały nam kwiaty i kokietowały nas zawzięcie, starsze przynosiły – rosyjskim zwyczajem – ikony w złotych i srebrnych szatach. Każdy chciał się tak lub inaczej o nas otrzeć – o tych, którzy może już za chwilę zginą”
– wspominał polski lotnik.

Grzegorz Piotrowski z mechanikiem Czerepanowem

Już pierwszego dnia Piotrowski dokonał spektakularnego wyczynu, podrywając swoją maszynę (Blériot XI 2 bis, z 50-konnym silnikiem „Gnome”) przy wietrze wiejącym z siłą 12 metrów na sekundę. Według ówczesnej miary – zbyt silnym do jakichkolwiek lotów. O tym, jakie były ówczesne warunki techniczne, niech zaświadczy fakt, że „z powodu zbyt wielkiej w ówczesnych samolotach płaszczyzny skrzydeł w porównaniu do mocy silnika wiatr unosił mnie pionowo do góry”. Po kilkunastu metrach takiej podróży wzwyż, wiatr zaczął znosić go w stronę trybun. Zdecydował się więc na krok ryzykowny, lecz bardzo efektowny: „Nachyliłem lewe skrzydło pod kątem – jak na owe czasy niedozwolonym i w ten sposób uzyskałem przewagę swego ciężaru nad sprzeciwem wiatru” (jak lekkie i delikatne musiały być ówczesne maszyny, jeśli można było na nich balastować jak na jachcie!). Zakręt wykonał przy samej ziemi, jednocześnie pomyślnie podchodząc do lądowania.

Wszystkie te loty i pokazy odbywały się na terenie lotniska. Realia były takie, że organizatorom Pierwszego Wszechrosyjskiego Meetingu Lotniczego nawet nie przyszło do głowy, że ktoś mógłby wypuścić się na lot poza lotniskiem. Ale skoro zakazu nie było…

22 września odbywać się miały loty z pasażerami. Po wzięciu „pierwszego lepszego, który nawinął się pod rękę”, Piotrowski miał zamiar odbyć próbny lot, żeby wypróbować w powietrzu nowy silnik. „Po pierwszym wirażu ujrzałem morze, a potem sylwetki fortów kronsztadzkich w fantastycznym, różnobarwnym blasku zniżającego się północnego słońca. Wówczas to przyszła mu do głowy myśl jak na owe czasy szalona – pokonania dystansu 37 kilometrów nad morzem.

Lotnik doskonale znał zatokę. Miał dobrą pogodę i zapas paliwa na co najmniej godzinę lotu. Był spokojny. Dolatując do Kronsztadu na wysokości 600-700 metrów, rozglądał się za miejskim rynkiem, na którym mógłby bez problemu wylądować. I tu zaczęły się kłopoty: na placu wznoszono rusztowania. Na domiar złego, posłyszał charakterystyczne „przepuszczanie” cylindrów silnika – znak nieomylny, że trzeba lądować. Ale gdzie?

„Spostrzegłem malutki prostokąt – wielkości pudełka od zapałek. Podwórze koszarowe, otoczone murem i budynkami. A więc do tej studni? Niepodobieństwo!” Jednak – jak mówią – tonący i brzytwy się chwyta. W obliczu braku paliwa Piotrowski wziął kurs na dziedziniec koszar. I wtedy silnik… zgasł. Marynarz stojący na warcie, rekrut znad Wołgi, ujrzawszy lecącą w jego kierunku „ogromną muchę” rzucił broń i uciekł w panicznym strachu. Piotrowski tymczasem dotknął już ziemi, ale wciąż miał ogromną prędkość. Należało teraz wyskoczyć, wyciągając jednocześnie pasażera – zanim samolot roztrzaska się o ścianę koszar. I oto sprawdziła się jeszcze raz rzymska mądrość, że – audaces Fortuna iuvat. Samolot zatrzymał się w miejscu – śmigło zahaczyło o przeciągnięty w poprzek podwórza drut telefoniczny. Szczęście było podwójne. Gdyby śmigło nie zatrzymało się pionowo – drut przeciąłby lotnikowi gardło.

Tuż po wylądowaniu Piotrowski dał jeszcze raz pokaz iście ułańskiej fantazji, którym podbił serca mieszkańców miasta:

„Rozpoznałem w tłumie, który się momentalnie zebrał, inżyniera Sz. Zajmował on w Kronsztadzie stanowisko budowniczego portu. W związku z pewną sprawą zaciągnąłem u niego dług pieniężny, który stopniowo spłacałem. Przypomniałem sobie, że termin raty nastąpi za kilka dni. Wyjąłem więc 100 rubli i poszedłem na spotkanie Władka.
Gdy się dowiedziano, o co chodzi, wśród zebranych nastąpiło wielkie poruszenie.
– Lotnik płaci długi! – wołano. – Po to przyleciał, aby się nie spóźnić i w terminie zapłacić! Pierwszy pieniężny przekaz lotniczy”.


Już nazajutrz nadeszła depesza ze szkoły Blériota, winszująca pobicia światowego rekordu długości lotu – 37 kilometrów. Poprzedni był o 12 km krótszy i to bez pasażera, ustanowiony zresztą na samolocie dokładnie tego samego typu.

(Tekst jest mojego autorstwa, pierwotnie opublikowany na portalu Polska The Best).
2

Oglądany: 30960x | Komentarzy: 12 | Okejek: 146 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało