Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Piekielne autentyki XXXVIII

48 549  
202   11  
A wieś polska nigdy nie zawiedzie... Wezwanie do wioski, jakieś 20 kilometrów od bazy. Na - to ważne - STADION!!! Że jakiś mecz, że ktoś oberwał po nogach i kulasem ruszyć nijak nie może. Na spokojnie, bo kod drugi, jedziemy.

Podziwiamy po drodze okoliczności przyrody, cały czas zachodząc w głowy, gdzie, w miejscowości, w której populacja wróbli przewyższa populację homo być może sapiens, jest rzeczony stadion?
Otóż - jeeeest!!!
Płyta boiska jak się patrzy. Trybuny co prawda trawiaste, ale gęsto obsadzone lokalesami w ilości wskazującej na wydarzenie jednoczące co najmniej trzy wsie.

A na płycie leży zawodnik miesiąca. Skręcony w precel, jęczący, obstawiony przez zatroskane dziewoje z gatunku lachonus vulgaris...
Zaczynamy badać. Łatwe to nie jest, bo gość jęczy nawet przy próbie dotknięcia spodenek - widać teraz unerwione sprzedają... ot mechanizacja...
A przejęte panny na wydaniu podpowiadają, płonąc rumieńcem podniecenia:
- K....wa, przecież ta prosta cię boli, nie?
- Nie no, k...wa ty głupia jesteeeś, ta krzywa chyba, nie?
Samego zainteresowanego trudno usłyszeć.
Ale, co ciekawe, łatwo wyczuć!
Wali bowiem z paszczy równo i ohydnie przetrawionym alkoholem. I się nawet tego nie wypiera: owszem, wypił, a co?
A nic... Tylko mi się nie komponuje sportowy strój z wyziewem rodem spod pachy smoka alkoholika...
Grzecznie bandażujemy, unieruchamiamy najbardziej podejrzaną kończynę i ładujemy mistrza do karetki.
Uzgadniamy miejsce na ortopedii, w odległości jakichś 40 kilometrów od nas.
Zaczynamy wypełzać karetką z płyty boiska na zbocze i dalej ku asfaltowi.
Goni za nami aborygen, spocony, wrzeszczący i - co oczywiste - zasuwa naprzemiennym halsem, nawalony jak szpadel...
Otwieram okno.

Jak tylko ruszyliśmy, wznowiono grę w - jak się okazuje - turnieju o puchar sołtysa - i kolejny Maradona leży ze zbezczeszczonym kolanem!
No w pytkę Zbysia!
Wracamy.

Leży, jeszcze bardziej napruty, niż poprzednik.
Płacze, że boli, żąda fajki, którą mu koleżka odpala i wsadza w paszczę...
Dopiero po zdecydowanej interwencji ratownika, oddaje peta i próbuje wyglądać na chorego.
Kłopot główny: musimy wezwać dodatkową karetkę, bo warstwowy przewóz pacjentów nie jest mile widziany przez dysponentów CPR.
Czekamy. Prawie godzinę, bo najbliższe jednostki są zajęte przy zawale, udarze i stanach rzeczywistego zagrożenia życia.
A my czekamy w polu z dwoma pijanymi "sportowcami".
Zjawia się odsiecz, ostatni zespół w okolicy. Przejmuje jednego supermena i wiezie do szpitala w kierunku przeciwnym, niż my.

Co w tym szczególnie piekielnego?
Po pierwsze, organizacja imprezy masowej bez śladu zabezpieczenia medycznego.
Po wtóre, zdjęcie na dwie godziny ostatnich zespołów z dużego rejonu, celem transportu wymienionych wyżej obywateli.
Nie wspomnę o czekaniu wśród bekających lokalesów i stada dziewoi, pozujących do sweet foci przy karetce.
Ale najgorsze jest to, że zdecydowana większość tubylców była kompletnie pijana! Łącznie z tzw. zawodnikami i organizatorami, jeszcze w trakcie trwania turnieju! A - jak mogliśmy zauważyć - zdecydowana ich większość przyjechała samochodami. Czyli miała zamiar wracać w stanie upojenia, starymi gruchotami z wydechem kalibru działa Oerlikon...

No i - klasyka - po powiadomieniu Policji uzyskaliśmy informację, że nie doszło na razie do naruszenia porządku i ładu publicznego, stąd nie ma podstaw do interwencji i zakończenia widowiska sportowego...
Wnoszę z tego, że dopiero pierwsze ofiary śmiertelne skłoniłyby dzielną kawalerię do zainteresowania tym wydarzeniem.
Gratuluję.
Wszystkim.
Zwłaszcza propagatorom zdrowego trybu życia...

by hellraiser

* * * * *


Siedzę sobie w domku, piorę, prasuję, sprzątam, gotuję i nagle rozlega się dzwonek do drzwi. Otwieram. Człowiek około trzydziestki trzyma w ręku kartkę. Podaję mi ją, biorę, czytam:
"Jestem głuchoniemy... nie mam przez to pracy... pieniędzy nie ma... renty nie ma... opieka się wypięła i ogólnie jest źle... Proszę o pomoc".
Nie pomogłam, mi nikt nie pomaga, sama muszę sobie radzić. Zamknęłam drzwi, a za drzwiami usłyszałam:
- To ch..j ci w dupę, szmato je..ana.

Uzdrowiłam niemowę, jest szansa, że teraz znajdzie pracę.

by koniec i kropka

* * * * *


Czy do jasnej ciasnej Poczta Polska to żart?!

Mieszkam w bloku nr 3, m. 24, ale od miesiąca dostaję listy i rachunki do jakiegoś pana Marka. Mieszka on blok dalej pod tym samym nr domu, ale blok nr 1. W końcu złapałem listonosza i spytałem się czemu dostarcza mi listy oraz rachunki do mnie. Odpowiedź?

[L] - No bo to blok dalej i nie chce mi się chodzić...

by tratatata

* * * * *


Jestem pracownikiem Punktu Obsługi Klienta.
Standardowo, jak co dzień, dzwonię do jednego z klientów z informacją, że może już przyjechać po odbiór swojego reklamowanego towaru, który wrócił właśnie z serwisu.
Klient zapowiada swoje przybycie w godzinach wieczornych.

Około godziny 20:00, na sklep wpada czterech kolesi w dość młodym wieku. Rozbawieni, głośni, trochę bezczelni. Jeden z nich okazuje się klientem, na którego czekałam. Przyjechał po swoje wypasione DVD. Sprzętu nie udało się naprawić, więc serwis przysłał mu całkiem nowy egzemplarz. Wszystko byłoby ładnie i cacy, gdyby nie dziwne zachowanie klienta i jego kolegów. Wyglądali na podekscytowanych jak dzieci, które narobiły sąsiadowi na wycieraczkę i które nie mogą się doczekać kiedy on to odkryje. Mieli podejrzanie błyszczące oczka i rozbiegane łapki. Jednym słowem moja szanowna osoba nie chciałaby ich spotkać w jakiejś ciemnej uliczce...

Przyniosłam DVD, kładę na ladę, a wesoła gromadka rzuca się na nie jak ubogie dzieci na rozdeptanego lizaka. Wyrywają sobie z rąk, rozbebeszają zawartość pudełka, zaglądają w każdy zakamarek sprzętu. Zupełnie jak banda małp w ZOO, którym rzuci się banana, z tym, że małpy nie rzucają tekstów w stylu:
- Wow! Jakie zaj*biste baterie!
- Patrz Maniek, patrz! Kieszonka na płytę otwiera się 40 razy na minutę!
- Stary widziałeś?! Folia bąbelkowa! HURRRRRA!
I tak w ten deseń.

Po kilku chwilach właściciel odtwarzacza podpisał mi odbiór sprzętu, a zwariowana gromadka oddaliła się salutując mi zamaszyście i wołając "narazicho siostro!", oraz pozostawiając mnie w stanie głębokiej głupawki zmieszanej z niedowierzaniem. Rodziny na zimę nie szukam, więc sorry panowie...

Na drugi dzień odbieram w pracy taki oto telefon:
- Bryyy... - słyszę w słuchawce głos jakiegoś zmarnowanego osobnika płci męskiej.
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc?
- Ja w sprawie DVD, nr reklamacji taki i taki.
Szukam w dokumentach i co widzę? To dzwoni pan właściciel uroczych małpek.
- A co się z nim dzieje? - Pytam.
- No ja się właśnie chciałem zapytać, kiedy mogę je odebrać z naprawy?
Dwa razy upewniałam się, czy dobrze słyszę. Ciąg dalszy żartów? Mają chłopaki tupet.
- Proszę pana, wczoraj wieczorem sama osobiście wydawałam panu to DVD, więc myślę, że nastąpiła jakaś pomyłka.
W telefonie zapadła długa cisza. Już myślałam, że klient się rozłączył/zasnął, gdy nagle słyszę:
- Ale mówi pani serio?
- Proszę pana, prima aprilis już był - zaczynam się wkurzać.
- Aha... - pada inteligentna odpowiedź. I znowu cisza. - A może mi pani powiedzieć o której i z kim ja przyszłem po ten odtwarzacz?
W skrócie? Kilku uciekinierów z zakładu zamkniętego na haju... No ale tego to mu nie powiem.
- No wie pan.., był pan i pana... hmm... kilku baaaardzo wesołych kolegów - Tu mu streszczam sytuację. Dodaję, że mam jego podpis na dokumentach.
- A! Maniek, Franek i Baca! A to sku*wysyny. Bo wie pani, trochę się wczoraj tego, no, wie pani. A potem była imprezka, wie pani. A potem było morze wódki, he he. No a potem.... a potem to ja już nie wiem co było. Budzę się i patrzę, że jest kartka, a na niej napisane, czy pamiętam o DVD. No więc nie pamiętam. No więc dzwonię do was zapytać. A to skurwysyny! O ja pie*dolę. Gdzie ja się tak naj*bałem? Gdzie jest moje DVD? Gdzie jest moje zaj*biste DVD?! - I tu się rozłączył.

Dwie godziny później odbieram telefon:
- To ja. - Słyszę przepity głos - Dvd znalazło się u Mańka. Odda za 2 litry wódki. Macie jakiś alkohol w dobrej promocji? Taki bardzo tani? Bo mi sku*wysyn portfel też zaj*bał...

by Casandra

* * * * *


Będąc dziecięciem, po raz pierwszy wysłana zostałam samodzielnie z koszyczkiem w celu poświęcenia pokarmów. Wiecie, odpowiedzialność, duma, poczucie misji.
W koszyczku różności, chlebek, kiełbaska, jajka, maleńkie upieczone specjalnie na tę okoliczność przez mamę babeczki, jakieś słodycze. Moja mama ma hopla na punkcie ręcznie robionych serwetek, więc koszyczek wieńczyło własnoręcznie udziergane cudo.

Przed kościołem był duży stół, na którym ustawiało się koszyczki, więc postawiłam swój, starając się zachować odległość od brzegu.
Po ceremonii odczekałam swoje, tłum rzucił się do koszyczków.
W moim został tylko chleb i sól z pieprzem. Nawet serwetkę zwinęli.
Pointy brak.

by bazienka

* * * * *


Historia pół piekielna, pół idiotyczna.

Pracuje aktualnie w hurtowni wielobranżowej. Mamy też swoją drukarnie, introligatornie. No to jest najmniej ważne. Ważne jest to że posiadamy również w ofercie natron (https://tinyurl.com/pvy6nxo - tu odsyłam jak by ktoś nie wiedział co to).

Ten papier jest cholernie ostry. Kto miał okazje przeciąć się kartką papieru, wie jak to cholernie boli.

Szef polecił nam informować klientów detalicznych podczas wydawania tegoż papieru, jakie ryzyko niesie szybki przejazd opuszkami palców, bądź dłonią po tym papierze.

Tak też robiliśmy. W piątek trafił się nam jeden odważny klient.

Standardowa formułka. Otrzymał swój towar chyba 6 kartek B1 Natronu, no to standard:
- Proszę uważać bo to bardzo ostry papier...
Klient:
- ŁEEE PANIE, DZIE TAM OSTRY...

I tu nastąpiło przesunięcie dłoni wzdłuż krawędzi papieru.

Najpierw uśmiech zagościł na twarzy jegomościa, bo myślał że dowiódł swej racji. Nie minęła może 1 sekunda, gdzie od uśmiechu przeszedł w stan wręcz AGONII, bo inaczej się tego nie da nazwać. Krew leci - dłoń rozcięta w 4 miejscach.

Jedyne co udowodnił, to to, że natron tnie skórę jak marzenie, a dodatkowo całkiem za darmo nabrudził nam na kafelkach w sklepie.

Potem tylko domagał się wymiany kartek, bo te sobie zakrwawił.

Zwrot nie został przyjęty.

by Rebot

* * * * *


Ostatnio byłam świadkiem dość... z braku lepszego słowa napiszę - osobliwej sytuacji.
Drogą jechał rowerzysta, który był wyprzedzany przez rowerzystę, który był wyprzedzany przez autobus, z kolei ten autobus, był wyprzedzany przez osobówkę.

Bezpieczeństwo przede wszystkim.

by bones

* * * * *


W pewnym centrum handlowym w kolejce do kabiny.

Wszystko zajęte, czekam ja, jakaś młoda kobitka i pani z dzieckiem[PzD]. Mały wciąż powtarza "ale śmieldzi!" i teatralnie, jak to dziecko macha rączką przy swojej twarzy. No, faktycznie, zapaszek jest, ale nie spodziewałabym się jednak kwiecistej łąki w publicznej toalecie. Z "aromatycznej" kabiny wychodzi młoda dziewczyna[D], a na jej miejsce pakuje się owa pani z synem i zaraz wybiega dopadając dziewczynę przy umywalkach.

[PzD] - Czy pani nienormalna jest?! Takie rzeczy to w domu niech se pani robi!
[D](nieco przestraszona) - Ale o co pani chodzi?
[PzD] - No ZESRAŁA się pani bezczelnie, tak przy ludziach i co, ja mam to wdychać, moje dziecko ma to wdychać?!
Na to dziewczę nieco już zarumienione, ze wstydu czy złości:
[D] - Tak. To był prezent specjalnie dla pani.
I wyszła.

Pani wrażliwa porwała synka z trującej kabiny (swoją drogą ciekawe dlaczego dopiero teraz) i wyszła mrucząc do niego coś o innej łazience.

Tak więc drogie panie, zawsze pamiętajcie stosować się do zasady - puszczajcie motylki, a nie bąki, a wasza kupa niech pachnie tylko Chanel numer 5.
No i broń Boże nie korzystajcie z publicznej toalety, one są stworzone najwyraźniej do wyższych celów.

by satu

* * * * *


Historia podrzucona przez kolegę z ochrony:

Noc, zima, na dworze minus 20. Na obiekcie dwóch ochroniarzy, "stary" i żółtodziób. Młody wychodzi na obchód, trwający ok 40 minut. Mija godzina, półtorej... Drugi ochroniarz dzwoni do tamtego na komórkę - nie odbiera. Idzie "po śladach" - może zasłabł i leży gdzieś w śniegu? Ani widu, ani słychu. Facet cały w nerwach. Dzwoni znów. Po którejś tam próbie delikwent odbiera:
- Gdzie jesteś? Szukam cię po całym obiekcie!
- A w domu, bo spać mi się chciało.

Zabić od razu, czy tylko wykastrować, żeby się nie rozmnażał?

by d1ler

<<< W poprzednim odcinku

2

Oglądany: 48549x | Komentarzy: 11 | Okejek: 202 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało