Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Mojżesz był na haju, czyli racjonalne wytłumaczenie biblijnych cudów

118 447  
390   204  
Pismo Święte pełne jest gości, którzy robią rzeczy tak niesamowite, że nawet najlepszy, obdarzony nadprzyrodzonymi mocami komiksowy superheros, mierzwiąc nerwowo swą pelerynkę, powinien schować się w najciemniejszy kąt i zostać tam na wieki. Tymczasem nasze racjonalne mózgi uparcie twierdzą, że cudów nie ma. Niech więc za wyjaśnianie biblijnych zjawisk zabiorą się tęgie umysły.

Płonący krzaczek? Nic niezwykłego!

No dobra, może nazywanie boskiego posłańca „płonącym krzaczkiem” nieco uwłacza jego godności. W Piśmie Świętym zastosowano określenie „gorejący krzew” i sami przyznajcie - brzmi to o niebo lepiej. Historia mówi o tym, jak to Mojżesz, młodzieńcem jeszcze będąc, podczas wypasania owiec swego teścia natknął się pod górą Synaj na anioła, który to przyjął formę ognistego krzaka.


W tym przypadku z pomocą idzie Dag Kristian Dysthe – profesor wydziału fizyki uniwersytetu w Oslo. Naukowiec swego czasu zajmował się fenomenem samospalających się roślin rosnących na Saharze. Okazuje się, że za zapłon odpowiada nagrzewająca się do ekstremalnie wysokiej temperatury darń. Na wulkanicznej ziemi w okolicach biblijnej góry łatwo też znaleźć źródła łatwopalnego ziemnego gazu… Przy odpowiednim szczęściu Mojżesz mógł być świadkiem tego rzadkiego, aczkolwiek naturalnego procesu.

Mojżesz był na haju?

A będąc przy Mojżeszu, zahaczymy o ciekawą teorię dotyczącą jego „rozmów” z Jahwe. No, bo powiedzmy sobie szczerze – nie ma nic złego w mówieniu do Boga. Problem zaczyna się wówczas, gdy Bóg nam odpowiada. Wówczas możemy mieć pewność, że albo cierpimy na schizofrenię, albo… napruliśmy się jakimś halucynogennym chwastem.


Profesor uniwersytetu w Jerozolimie, Benny Shanon twierdzi, że Mojżesz musiał przyjmować potężne dawki naturalnego psychodeliku rosnącego w okolicach góry Synaj. Shanon sugeruje, że mogła to być substancja zbliżona działaniem do amazońskiej Ayahuaski. Wiele osób raczących się enteogennymi środkami doznaje silnych, spirytystycznych uniesień, a nawet wrażenia kontaktu z boskimi istotami. Uczony twierdzi, że zarówno spotkanie z gadającym krzakiem, jak i moment, w którym Bóg dyktował przywódcy Izraelitów swoje przykazania, powstały w chwili, gdy Mojżesz musiał być na totalnej bani.

Wieża Babel? To ma sens!

Znamy tę historię – ludzie zdominowani przez pychę i samouwielbienie postanowili dosłownie „złapać Boga za nogi”. Zaczęli więc konstruować budowlę tak wysoką, że jej koniec sięgnąłby aż niebios. Stwórca, wyjątkowo przeczulony na swoim punkcie, uznał ten pomysł za nadzwyczaj idiotyczny i postanowiwszy zabawić się w trolla, pogmerał robotnikom w ustawieniach fabrycznych. W rezultacie ludzie nie mogli się dogadać. Wyraźnie poirytowani tą sytuacją walnęli kilofy w kąt i rozleźli się po całej Ziemi.


Parę lat temu grupa archeologów przetłumaczyła przeszło setkę zapisanych pismem klinowym znalezionych na terenie Środkowego Wschodu tekstów, datowanych na 2500 do nawet 5000 lat wstecz. Jedna z tablic zawierała opis pewnego przedsięwzięcia, za którym stał babiloński władca Nebokadnezar II. Otóż król ten postanowił zbudować gigantyczny ziggurat – świątynię ku czci Marduka – jednego z największych bóstw Mezopotamii. Co łączy ten projekt z biblijna wieżą? A to, że na tablicach bardzo wyraźnie zaznaczone jest, że władca osobiście ściągnął do siebie międzynarodową ekipę budowniczych.


Przy pracy nad zigguratem mieli pracować „ludzie z całego świata”. Jest więc niemalże pewne, że o szalonym przedsięwzięciu babilońskiego władcy wiedzieli wszyscy mieszkańcy Środkowego Wschodu, wliczając w to autorów Księgi Rodzaju.

Rozstąpienie się morza? Normalka!

Wydawać by się mogło, że już tak spektakularne wydarzenie jak rozstąpienie się wód Morza Czerwonego to coś, czego wytłumaczyć nie da się inaczej, jak interwencją samego Boga, który w ten sposób pragnął ułatwić Izraelitom ucieczkę z Egiptu. Na upartego natura dałaby sobie jednak i radę z takim "cudem"...

W historii znane są przypadki, kiedy huragan wieje tak mocno, że czasowo tworzy się lądowy pomost w miejscu, gdzie wcześniej znajdował się głęboki, wodny zbiornik. Taka sytuacja miała miejsce np. w 1882 roku, kiedy to grupa rybaków przeszła suchą nogą przez środek położonego w Egipcie jeziora Buhajrat al-Manzila.
Z drugiej jednak strony, w przypadku morza wiatr musiałby wiać pod odpowiednim kątem i być tak mocny, że nawet jeśli doszłoby do rozstąpienia
wód, to uradowani Izraelczycy prawdopodobnie prędzej by zostali efektownie zdmuchnięci, niż by majestatycznie przekroczyli morze. Chyba że… akwen, który pokonali Żydzi, wcale nie był Morzem Czerwonym. Cóż, w najstarszych hebrajskich zapisach mowa jest o „Morzu Trzcin”. A taka roślinność typowa jest raczej dla egipskiego Jeziora Gorzkiego. Niektórzy badacze Pisma Świętego sugerują, że Mojżesz wraz ze swą wesołą watahą trafił na suchy okres, kiedy to dało się skrócić sobie drogę pokonując, wtedy akurat mniej grząskie, bagna…

Jezus chodził po wodzie. To oczywiste

Syn Boży znał kilka fajnych trików, którymi wprawiał w osłupienie swych uczniów. Potrafił wskrzeszać zmarłych, zamieniać dowolny płyn w wysokoprocentową alpagę oraz uaktywniać „god mode” w chwilach, gdy każdy inny śmiertelnik wyciągnąłby kopyta. Oprócz tego chodził też po wodzie.


Co do tego ostatniego cudu to właściwie każdy z nas może odbyć sobie spacer po tej cieczy. Warunkiem jest to, żeby była ona w stałym stanie skupienia… No, właśnie – istnieje zjawisko zwane „wiosennym lodem”. W zbiornikach słodkowodnych, kiedy ciepłe prądy opływają zamarzniętą wodę, tworzą się cienkie, przejrzyste tafle lodu, które unoszą się na powierzchni jeziora. Być może Jezus wiedział, jak ten fakt wykorzystać (albo po prostu chodził po palikach).
Z drugiej strony nie zapominajmy, że po wodzie usiłował się przejść także święty Piotr. Być może biedaczek nie zauważył podstępu swojego mistrza i zamiast stanąć na lodzie, wpadł wprost w lodowate objęcia Jeziora Galilejskiego.

Arka Noego? Dobry pomysł na ewakuację, kiedy lodowiec topnieje

Postać gościa, który konstruuje wielką łódź, aby uchronić siebie i swoich najbliższych przed wielkim potopem, pojawia się nie tylko w Piśmie Świętym, ale także w azteckich legendach, w hinduskich wedach, podaniach rodem z Chin, a także i bardziej leciwych niż Stary Testament manuskryptach z terenów Bliskiego Wschodu. Coś zatem musiało być na rzeczy… A konkretnie – to „coś” to topniejące w szybkim tempie lodowce.


W 1991 roku dwaj badacze z nowojorskiego uniwersytetu, Walter Pitman i Bill Ryan, odkryli, że 10 tysięcy lat temu lodowiec zablokował łączącą Morze Śródziemne z Morzem Czarnym cieśninę Bosfor, w wyniku czego poziom wody w tym drugim obniżył się o całe 100 metrów! Przy najbliższym ociepleniu lodowiec ustąpił sile napierających tysięcy ton wody, która z impetem dwustu wodospadów Niagara zalała 150 tysięcy kilometrów kwadratowych suchego lądu! Dla nieszczęśników, którzy zdążyli się tam osiedlić, musiała być to prawdziwa apokalipsa. Prawdopodobnie w wyniku tej katastrofy życie straciło tysiące ludzi. Szczęście mógł mieć chyba tylko ktoś z głową na karku, kto przewidziawszy możliwość takiej klęski żywiołowej, zbudował sobie zawczasu masywną łódź…


Plagi egipskie to wcale nie przykład boskiego gniewu

Znamy tę historię – Bóg wkurzywszy się na ciemiężców, którzy nie chcieli zwrócić wolności przedstawicielom „narodu wybranego”, zsyła na Egipt serię dziesięciu okrutnych plag.
Być może również i za tymi wydarzeniami wcale nie stał Wszechmocny, tylko po raz kolejny doszło do konfrontacji człowieka z bezlitosnymi siłami Matki Natury.


Niektórzy uczeni uważają, że część plag mogła być sprawką gwałtownej zmiany klimatu. Dekady urodzaju i regularnych opadów znienacka ustąpiły suszy. Woda w Nilu opadła, a bieg rzeki znacznie zwolnił, zaczęły tworzyć się bagna, gdzie swój dom znalazły insekty – te same, które zaczęły nękać biednych Egipcjan. Wkrótce z odsieczą przyszły zwabione posiłkiem żaby, a w zanieczyszczonej, prawie nieruchomej wodzie Nilu pojawiły się krwistoczerwone glony.

Trzeba przyznać, że Egipcjanie mieli jeszcze większego pecha, bo te zjawiska wcale nie były końcem ich kłopotów. W tamtych czasach, czyli gdzieś tak 3500 lat temu, doszło do potężnej erupcji Thery, która dosłownie rozerwała wyspę, na której wulkan ten się znajdował.


W wyniku tej eksplozji Egipt nawiedziły fale tsunami, a ogromne obłoki wulkanicznego syfu wystrzelonego w atmosferę przesłoniły na jakiś czas niebo. Dla wymęczonych klęskami Egipcjan to musiała być przysłowiowa wisienka na torcie.

Sodoma, Gomora i wielki meteoryt

Kolejny przykład boskiego gniewu, który dopada niegodziwców, co to swymi uczynkami mieli czelność urazić Najwyższego. W tym wypadku siedliskiem zła, perwersji i ogólnego rozpasania było pięć miast, wśród których znalazła się Sodoma i Gomora. Bóg w tym wypadku uciekł się do rozsypania na głowy ich mieszkańców gradu ognia, który zamienił wszystko w dymiący popiół.


Jak było naprawdę? Tu do głosu dochodzi pewien szwajcarski hotelarz – Erich von Daniken, który przedstawia nam całkiem rozsądnie brzmiącą teorię, jakoby miasta te zostały zniszczone w wyniku eksplozji bomby atomowej zrzuconej na ziemię przez przedstawicieli obcej cywilizacji… Prawda, że brzmi to sensownie?
Dobra, mamy też nieco bardziej prawdopodobną teorię. Otóż jakieś 2200 lat przed narodzeniem Chrystusa przynajmniej 40 miast na całym świecie zostało całkiem zniszczonych przez deszcz meteorytów. Tak przynajmniej twierdzą badacze z uniwersytetu w Cambridge. Ponadto na terenie Środkowego Wschodu francuscy antropologowie znaleźli fragmenty meteorytów, które trafić na Ziemię musiały właśnie w tamtym okresie. Być może biblijne miasta zostały zbombardowane przez prawdziwy grad kosmicznych ciał niebieskich?


Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8

Oglądany: 118447x | Komentarzy: 204 | Okejek: 390 osób