Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Piekielne autentyki XXXIV

80 775  
235   28  
A dziś w odcinku będzie o telefonach i telefonistkach, wezwaniu Policji celem ratowania męża, meblach kuchennych prawie na wymiar, oraz pewnym płaszczu. Zapraszam do lektury.

Dostaliśmy wezwanie na ulicę Piekielną. Rozhisteryzowana kobieta zadzwoniła po pomoc informując, że mąż zamknął się w mieszkaniu, groził samobójstwem, a teraz się nie odzywa, nie otwiera i telefonów nie odbiera. Ona nie ma klucza do mieszkania przy sobie, nie może wejść.

Po przyjeździe stwierdzamy, że faktycznie - w mieszkaniu cisza, kobieta zapłakana siedzi na schodach, błaga, żeby jej drzwi otworzyć, bo ona musi wejść.
A drzwi nie byle jakie. Metalowe, wzmacniane, antywłamaniowe, 4 zamki z czego 2 samozatrzaskowe.
Krótka narada ze Strażakami - i decyzja - niech rozwalają... Nie ma chwili do stracenia.

Kobieta nagle krzyk:

- Jak to? Drzwi rozwalacie? Wiecie ile one kosztowały? Po*ebało was? Normalnie to otwórzcie jakoś!!!

My w szoku... Jeden przez drugiego przekonujemy: Kobieto, ale tu życie, mąż, ratować trzeba...
Na co babeczka - już zupełnie spokojna:

- Ku*wa, to już mogłam te 400zł zapłacić ślusarzowi.

Co się okazało? Mąż Piekielnej, cały i zdrowy - w Berlinie na szkoleniu. Ona wychodziła do znajomych i zapomniała klucza - a że zamki samozatrzaskowe, to niestety zablokowała sobie możliwość powrotu do domu, przynajmniej do czasu przyjazdu męża. Mąż przez telefon poradził aby wezwała ślusarza, ale majster zażyczył sobie 400zł za otworzenie zamków bez uszkodzenia drzwi. Drogo, szkoda pieniędzy... Więc szanowna Piekielna wymyśliła, że policja ze strażakami wpuszczą ją do mieszkania, gdy powie, że ukochany targnął się na swoje życie. A tu niespodzianka... Źli mundurowi chcieli jej całe drzwi rozpieprzyć... Po szybkiej kalkulacji kosztów, nie pozostało jej nic innego, jak tylko przyznać się do kłamstwa.

Cóż, teraz wyjdzie jej znacznie drożej. Grzywna za bezpodstawne wezwanie służb - do niskich nie należy.

by DarylDixon

* * * * *

Ja zrozumiem prawie wszystko.

Ale faceta wysyłającego CV z adresu "sultan.lechtaczek@costam.pl" jednak nie rozumiem.

by theQ

* * * * *


Historia sprzed kilku dni. Oczywiście infolinia fioletowej:

[J] - Ja
[K] - Klient

[J] - Witam w Play, Armageddonis, w czym mogę pomóc?
[K] - Ja chciałem tylko powiedzieć, że to co się u was wyprawia to jest skandal! To jak się klienta traktuje!
[J] - Dobrze, w czym tkwi problem?
[K] - Chodzi o to, że ja chciałem sobie na czacie waszym na stronie z tą blondynką z reklam pogadać, a mi nie dali!
[J] - Z kim chciał pan pisać?
[K] - No z Basią! To pan nie wie kim jest Basia?!
[J] - (Głębokie westchnięcie) Chodzi panu o Barbarę Kurdej-Szatan?
[K] - Tak, tak o nią! No przecież u was pracuje, to czemu nie mogłem z nią pisać?
[J] - Proszę pana, zdaje pan sobie sprawę, że pani Kurdej-Szatan jest aktorką?
[K] - No tak, i co z tego?
[J ]- To proszę pana, że Play płaci pani Barbarze Kurdej-Szatan za występowanie w naszych reklamach, ale nie znaczy to, że pracuje ona w naszej firmie jako konsultant.
[K] - Ale jak to? To jest w takim razie wprowadzanie klienta w błąd!
[J] - Proszę pana, to jest REKLAMA, Pani Kurdej-Szatan nie pracuje w sieci Play jako konsultantka.
[K] - To jest skandal! Słucha mnie pan, jak jest reklama parówek, to jest w niej i propozycja podania, nie?! I wasza reklama to właśnie taka propozycja! Ona sugeruje ludziom, że Basia u was pracuje!
[J] - Proszę pana, pani Barbara nie pracowała, nie pracuje, i podejrzewam że również nie będzie pracowała w sieci Play na stanowisku konsultantki. Nie ma możliwości skontaktowania się z panią Kurdej-Szatan za pomocą naszego czatu. Na ten temat nie mam możliwości powiedzenia panu czegokolwiek więcej. Czy mogę pomóc panu w czymś jeszcze?
[K] - No jak przez czat nie, to może numer telefonu pan ma do niej? Wy to się pewnie wszyscy razem trzymacie, hehe.
[J] - Nie proszę pana. Nie mam numeru telefonu pani Barbary Kurdej-Szatan.
[K] - A to spie***lajcie wszyscy...
BIP BIP BIP.

A ja naiwnie myślałem, że mnie już nic nigdy nie zaskoczy.

by Armageddonis

* * * * *


Postanowiłem ostatnio sprzedać swój "stary" telefon, w celu zakupu nowego. Lubię bardzo nowinki techniczne, i nie kupuję różnych nowych rzeczy tylko po to żeby ludzie widzieli że mam.
Słowem wstępu żeby nie było niejasności: Telefon roczny (wtedy z wyższej półki), gwarancja jeszcze rok, pudełko, paragon zakupu, instrukcje, oryginalne słuchawki (nigdy nie używane) no i gratis dorzucam jeszcze słuchawki douszne Sennheiser z gwarancją jeszcze 19msc ( nowe gumki do uszu). Telefon zadbany, zawsze z folią i noszony w pokrowcu.

Sytuacja #1:

- Dzień dobry ja dzwonię w sprawie telefonu.
- Dzień dobry.
- Czy telefon ma gwarancję? (No jak byk w ogłoszeniu jest, że ma).
- Tak, posiada jeszcze 12 miesięcy gwarancji.
- A oferuje pan tutaj jakieś słuchawki gratis, czy jakbym z nich zrezygnowała to cena telefonu będzie mniejsza?
- Nie proszę pani, jak sam zwrot wskazuje są one dodawane jako gratis.
- A czy mogłabym obejrzeć telefon na żywo i ocenić jego stan?
- Hmm, no może być taka możliwość i możemy się umówić w jakimś miejscu.
- Dobrze, to proszę przyjechać do Wrocławia jutro na 12:00 na ulicy *takiej i takiej*
- Ale... To jest ponad 400km od mojego miejsca zamieszkania, nie ma takiej możliwości.
- Czyli nie przyjedzie pan?
- No nie.

*PIP PIP PIP*

Sytuacja #2:

Dzwoni do mnie przemiły pan, który też chciałby zobaczyć telefon i ocenić. Na szczęście klient z mojego miasta, więc umówiliśmy się na następny dzień.
Umówiliśmy się na 15:00, pomijając już fakt że spóźnił się prawie godzinę, no ale korki, centrum miasta czyli można wybaczyć.
Pan zachwycony telefonem ohh i ahh, że świetna oferta, ALE.. No właśnie Ale..

- Jestem zainteresowany, ale napisał pan w ogłoszeniu, że cena do malutkiej negocjacji.
- Tak, owszem a jaką pan cenę proponuje?
*Wyciąga zawinięte banknoty*
- Tutaj jest 600zł, bierze pan i już mnie tu nie ma.
- Ale przecież to prawie dwa razy mniej niż telefon jest wystawiony!
- Pieniądze od ręki daję, bierz pan!

No nie wziąłem... Spakowałem się i wyszedłem.

Sytuacja #3:

Dzwoni babka, zapowiada się całkiem konkretnie, opowiada mi całą historie jaka to ona biedna, że dziecko bardzo chciałoby ten telefon, że ono tak się ucieszyło, a to tak ciężko w życiu jest.

- No współczuje pani bardzo, ale czy jest pani zainteresowana?
- Tak, tak! Proszę wysłać telefon na adres *podaje adres*.
- Oczywiście, zapisałem. Jednak najpierw chciałbym dostać przelew na konto i wtedy telefon zostanie wysłany.
- Ale jak to?! To telefon nie jest za darmo?!
- No przecież jest dokładnie określona cena w ogłoszeniu, nie zauważyła pani?
- Ale ja taka biedna... Sama wychowuje dziecko...

Tym razem to ja się rozłączyłem, Pani jeszcze kilka razy dzwoniła, ale ignorowałem.

Sytuacja #4:

Umówiłem się na kolejne spotkanie, na miejsce przyszedł chłopak tak z 15-16 lat. Widać obeznany w temacie, coś tam pyta.
Ale nagle zaczyna wszystko pakować do swojego plecaka, wyciąga kartę ze swojego telefonu i wkłada do mojego. Na początku myślałem, że chce sprawdzić czy działa (mimo, że napisałem że telefon bez simlocka), po czym wyciąga banknoty i dodaje:

- Tutaj jest 900zł, a stary telefon zostawiam w rozliczeniu.

Mnie wmurowało lekko w siedzenie, a gówniarz zaczyna odchodzić.
Raz dwa go złapałem, zabrałem co swoje, oddałem co jego i odszedłem wkur**** strasznie.

Sytuacja # ...:

Piszą ludzie sms, maile, pytania na "dawniej tablica.pl".

*Czy telefon ma Wi-Fi?
*Witam, jest możliwość spłaty ratalnej?
*Jak spuścisz 400zł to biorę!
*Czy dowiezie mi Pan ten telefon do Warszawy? Bo wie Pan kurier 15zł to trochę drogo.. (No a ja mam gnać setki kilometrów i to jeszcze za darmo)
*Ja bym wziął już teraz, ale zapłacę za trzy tygodnie, bo wypłatę wtedy dostanę.
*Ten telefon to szajs! Kupię za max 300zł!

No i tego typu pytań jeszcze kilkanaście, aż ręce opadają...

Ale w końcu za trzecim spotkaniem udało się, miły pan wziął, zapłacił tyle ile trzeba i zadowolony jeszcze, że udało się dorwać w dobrej cenie. Obie strony zadowolone z transakcji, i o to chodziło. :)

Swoją drogą czy niektórzy naprawdę nie potrafią czytać ogłoszeń? Że nie odda się czegoś wartościowego za darmo i to najlepiej jak jeszcze by się przywiozło i na końcu pocałowało w cztery litery. Szkoda, bo wszyscy sobie tylko na tym nerwy szargamy.

by Kostek933

* * * * *


Dzwoni do nas szwagierka czy nie możemy im pożyczyć 50 zł, bo dzieci nie mają co jeść. No niestety nie mamy (mamy, ale szwagierka to typ pasożytniczy, może kiedyś tą dwójkę opiszę). Szkoda, ale brat pożyczy.

Co robi szwagierka?
Zamawia taksówkę. Na dobrą sprawę do brata ma dwa przystanki autobusem i drobny spacer. Spacer (kiedy do nas dzwoniła był ciepły dzień, nie padało) zająłby jej 20 minut i to maksymalnie. Ale ważne, że szlachta się wozi.

Za taksówkę zapłaciła koło 25 zł. 25 zł poszło na jajka niespodzianki, danonki (bo to tylko dzieci jedzą) i piwo, bo mamusia była zestresowana.

by Pulpecik

* * * * *


Z powodów rodzinnych nie skończyłem szkoły ponadgimnazjalnej, alimenty się skończyły to trzeba jakoś mamie finansowo ulżyć. Na wsi mieszkałem, więc dużo miejsc pracy nie było, nie licząc sezonowej. Największe szanse miałem w miejscowej ubojni kurczaków, więc tam się udałem.

Niestety nie potrzebowali pracowników "na już", ale powiedziano mi bym zostawił numer telefonu, bo "tu częsta rotacja" i zadzwonią jak będzie miejsce, czyli nie wiadomo kiedy, może jutro, może za pół roku. Zostawiłem i czekam. Miesiąc, drugi, trzeci, nic. W międzyczasie rozglądam się na czymś innym, ale ciężko znaleźć coś w pobliżu lub gdzie mógłbym dojechać bez samochodu. W końcu w gazecie widzę ogłoszenie z w/w ubojni iż poszukują pracowników na gwałt. "Zadzwonimy". No coś im nie wyszło ale dobra, zadzwonię ja. W trakcie rozmowy usłyszałem zdanie "ale ja nie szukam pracowników przez telefon, musi pan przyjść się pokazać". No to lecę się pokazać, znowu zostawiam numer i myślę że będzie to co wcześniej. Ale nie! Dzwonią! Mam się stawić wieczorem (praca w nocy, ok. 10 godzin).

Stawiam się o ustalonej godzinie w ustalonym miejscu i prawie od razu wio mnie do szatni. Dostałem ciuchy robocze, przebieram się, teraz trzeba kalosze czy gumiaki, jak kto woli. Ale jest problem: wszystkie są podpisane, od kogoś dowiaduję się, że czasem jak ktoś nie przychodzi to zostają. Czyli może mi się poszczęści i dostanę po kimś, a może nie i będę pracował chyba boso. Rękawiczki miałem przynieść własne o czym nikt mi nie powiedział, dostałem też po kimś. Do tego gumowy fartuch, tak, po kimś kogo akurat nie ma. Nadal nie wiem co miałbym robić. Oczywiście zanim dostałem buty i rękawice to inni już poszli na stanowiska. Mnie posłali na bodajże "stanowisko poubojowego przygotowania drobiu". Znaczy, wyrywanie flaków, nadal ciepłych i pełnych.
Na stanowisku dla "umilenia" pracy disco-polo z głośniczka. Znalazł się też amator takich rytmów, który postanowił nam zaśpiewać, wielokrotnie, ale musiał pod prawie każde słowo wstawić jakieś przekleństwo, najlepiej coś związanego z seksem. Z wyglądu pan śpiewak miał 20-30 lat. Ćwiczył też rzucanie flakami do celu, a celem oczywiście był nowy. Znaczy, ja. 4 godziny mi zajęło uświadomienie sobie, że żaden kierownik czy ktoś go nie uciszy. Całe 10 godzin wył. Z czego 7 dodatkowo rzucał.

Dwie z dwóch przerw spędziłem sortując kurze łapki i oczyszczając kurze serducha z jakiejś żółtej błony. Nikt też nie mógł mi powiedzieć na temat zarobków. "To zależy". Ale widziałem tam ciekawego kurczaka. Kolor jak mysz, rozmiar jak mysz, futro jak mysz. No ale w takim miejscu nie może być myszy, no nie? Na kilka minut przed końcem pracy dostałem znowu flakiem, powiedziałem "dość", przebrałem się, a wychodząc powiedziałem, że mam w dupie taki cyrk. Już wiem czemu tam "duża rotacja jest".

by Byczek1995

* * * * *

Przez parę dni zastępuję pracownicę mojego taty w sklepie meblowym. Odebrałam dzisiaj telefon od niezadowolonego klienta [K]

[J] - Sklep meblowy, słucham?
[K] - Oszuści! Złodzieje! Oszukaliście mnie! Złą kuchnię dostałem! Pozwę was, zobaczycie!

Myślę sobie, ani się nie przedstawił, ani nie powiedział, czy to kuchnia ze sklepu, czy z zamówienia. Można kupić od ręki kuchnię ze sklepu, lub zamówić u producenta. Może faktycznie przy ładowaniu coś się pomyliło i tragarze wsadzili nie tą. Ale przecież każdy towar zawsze dokładnie sprawdzamy przed wyjazdem i nie ma mowy o pomyłce! Więc staram się spokojnie dowiedzieć o co chodzi.

[J] - Ale o co chodzi, proszę pana? Co jest nie tak z kuchnią?
[K] - Zła jest! Oszuści! Za małą szafkę mi daliście!
[J] - A to kuchnia pod zamówienie, tak?
[K] - Tak! Wymiary dałem, wszystko dobrze wymierzyłem! Idioci u was pracują, nic nie wiecie!
[J] - Proszę kulturalniej, możemy załatwić to po dobroci, albo się rozłączam, i wtedy niech pan przywozi kuchnię do sklepu jeżeli chce pan reklamacje!
[K] - Ty ku**o! Nie będziesz mi groziła! Nic nie muszę! To ty mi będziesz po nią jechać! Do sądu pójdę i jeszcze odszkodowanie mi wypłacicie!
[J] - Jest pan tego taki pewny? To niech pan spojrzy na tył paragonu, co tam jest napisane?

A według naszego polskiego prawa możemy umieszczać na paragonie lub fakturze pieczątkę, lub może być dopisek na fakturze, że w przypadku reklamacji klient sam przywozi towar własnym transportem. Jest nam to na rękę, gdyż czasami dowozimy meble ludziom, którzy mieszkają 60 - 100 km od naszego sklepu. Nasze miasto znajduje się około godzinę drogi od granicy z Niemcami, a więc często mamy niemieckich klientów. Prosimy wtedy o przemyślane zakupy i uprzedzamy o tym, że po reklamacje nie jeździmy, tylko trzeba przywieźć samemu dany mebel. Jak na razie nielicznym się to nie podobało i wtedy rezygnowali z zakupu. Wolna wola, do niczego nie można zmuszać. Ale w większości przypadków ludzie rozumieją i wyrażają zgodę. W końcu samochód na wodę nie jeździ. ;)

Nagle facet zmalał, siły go chyba opuściły, bo cichutkim głosem zaczął od nowa.
[K] - No bo jest źle. Co mam zrobić?
[J] - Najpierw proszę mi powiedzieć jak się pan nazywa. Sprawdzę w bazie pana zamówienie i zaraz zobaczę o co chodzi. Która szafka jest za krótka?
[K] - Nazywam się Iksiński i ta szafka ostatnia co ma być przy ścianie jest za krótka o 15 cm!

Wpisuję nazwisko, wyskakuje mi rysunek, wymiary i oznaczenia i już widzę, że to co pan mówił jest zgodne z prawdą. Tyle, że ta szafka już przy składaniu zamówienia miała być krótsza o 15 cm, tylko blat miał dochodzić do ściany. Było zaznaczone nawet czerwonym kolorem, że to nie jest błąd i tak ma być. To już wiedziałam, że będzie ciekawie.

[J] - Ale proszę pana, według zamówienia ta szafka miała taka być. Wszystko się zgadza.
[K] - Jak to się zgadza, jest źle! Ty ku***, szm***! Kłamiesz mnie, bo nie chcesz mi pieniędzy oddać! Jak oddacie mi połowę pieniędzy to zapomnę o sprawie! Oszuści! Do rzecznika konsumenta pójdę ! Ty ku*** będziesz mnie okłamywać!
[J] - Nie będę z panem rozmawiać takim tonem. Do widzenia! - I się rozłączyłam. A co! Nie będę się denerwować.

Lecz nie musiałam długo czekać, minęło parę minut.
Na parking z rozpędu wjeżdża auto, a z niego wybiega łysawy facet. Na siedzeniu pasażera starsza kobieta, powoli wychodzi za panem. A ten już wparował do biura i od progu się drze i wyzywa od oszustów i złodziei. I tak krzyczy i krzyczy, przekrzyczeć się go nie da, więc drze się, aż kobietka [Kk] nie doszła do biura. Trzepnęła męża w ramię i się pyta.

[Kk] - Co się tak drzesz? Co ci ta pani zrobiła!
[K] - Jak to co! Szafkę za krótką nam przywieźli, a ta ku*** nie chce nic z tym zrobić!
[Kk] - Jak ty mówisz na tą panią! W tej chwili przeproś!
[K] - Nie! Oszukali nas!
[Kk] - A o którą szafkę chodzi proszę pani?

Pokazuję kobietce schematy, już zabieram się za tłumaczenia, a pani jak uderzyła pana w ramię!

[Kk] - Przecież ta szafka tak miała wyglądać, Zdzisiu! Sami to omawialiśmy! Że wstawię ten ładny wysoki koszyczek na przyprawy, co go od Jadzi na urodziny dostałam w to miejsce, bo jest za ładny, żeby go przykrywać! Przeproś panią i do samochodu, ale to już!
Pan zrobił się czerwony, zapowietrzył się, burknął pod nosem przepraszam i uciekł do samochodu. Kobietka jeszcze parę razy gorąco przepraszała i wróciła do samochodu. Jeszcze przez okno widziałam, jak krzyczy na niego w samochodzie i odjechali w siną dal.

Ale co się najadłam nerwów, to moje!
A wystarczy porozmawiać z żoną :)

by czerwony_kapturek

* * * * *


To co mnie spotkało wczoraj sprawiło, że przestaje mnie cokolwiek dziwić. A najmniej ludzka głupota.

Sobota, korzystając z wolnego dnia wybrałam się na zakupy. Weszłam do jednej z tzw. lepszych sieciówek. Było wcześnie, przed południem, sklep był prawie pusty, więc darowałam sobie marsz przez cały sklep i zaczęłam przymierzać kurtki przy dużym lustrze między wieszakami. Swój płaszcz, kupiony dwa lata temu w tym samym sklepie położyłam na wieszaku w zasięgu ręki. I to był mój błąd.

Kilka słów o płaszczu: granatowy, z kaczego puchu, świeżo odebrany z pralni, futrzany kołnierz, brak kaptura (istotne), trochę na mnie za duży (po pierwsze schudłam przez dwa lata, po drugie zimą lubię się ubierać na cebulkę, więc jakoś mi się to wszystko musi pod okryciem zmieścić).

Przeszłam może 10 kroków, żeby odwiesić przymierzaną przeze mnie kurtkę, gdy do mojego płaszcza podeszła Piekielna Pani [PP] 50 z [N]astoletnią córką i rozpoczęły przymierzanie.

[J]a: - Przepraszam bardzo, ale ten płaszcz jest mój - powiedziałam bardzo spokojnie i przyjaźnie, bo przecież każdemu może się zdarzyć pomyłka.

PP zupełnie nie przejęła się moją uwagą i wydawała N polecenia z gatunku "zapnij się", "obróć", "rękawy nie za długie?".

[J]: - Przepraszam - bardziej natarczywym tonem - to jest mój płaszcz. On nie jest na sprzedaż, proszę mi go oddać.

PP w dalszym ciągu nie reaguje, ale N zaczyna rozpinać płaszcz.
[PP] sycząc do N: - Przestań, to przecież jakaś oszustka, pierwsza tu przyszła i myśli, że jej się należy.

Przed oczami zobaczyłam czerwoną mgiełkę furii, odetchnęłam trzy razy i próbuję jeszcze raz:
[J]: - Nie oszustka, tylko właścicielka, proszę mi to oddać.
[PP]: - Odpieprz się, nie twoje, więc wara.
Mnie już szlag zupełnie trafił, myślę o tym, żeby nie wybuchnąć i nie przywalić durnej babie na środku sklepu. Konflikt zwęszyła ekspedientka[E1], idzie w naszym kierunku, a ja myślę, że ona zakończy tę idiotyczną dyskusję.
[E1]: - Czy mogę paniom w czymś pomóc?
[J]: - Proszę wytłumaczyć PP, że N ma na sobie moją własność, która nie jest na sprzedaż.
E1 z pełną uwagą ogląda płaszcz i dochodzi do wniosku, że jak najbardziej, oczywiście, co tylko szanowna PP sobie życzy, płaszcz jest w ofercie, płaci kartą czy gotówką.

Mnie już trzęsie ze złości, tłumaczę jak krowie na rowie, że owszem kurtka jest z tego sklepu, jest z kolekcji sprzed 2 lat, nie, nie macie państwo jej w sprzedaży, niech sprawdzi, nie ma metki, nosi ślady użytkowania, ale o proszę na manekinie wisi bardzo podobny model, różni się tylko kapturem. E1 ze skupieniem godnym tworzenia bomby atomowej porównuje oba ciuchy i stwierdza, że ona nie wie, sprawdzi w systemie, ewentualnie zawoła kierownika, jakoś problem rozwiążemy.

W tym momencie PP zaczyna wrzeszczeć, że jestem oszustką, złodziejką, wariatką, że ona dziecku kurtkę chce kupić, czasu nie ma, musi wracać obiad gotować, a ja jej tutaj bezczelnie zawracam głowę jakimiś farmazonami, że to nie jest na sprzedaż.

Do orzeczenia, że mój płaszcz jest mój potrzebne były dwie ekspedientki, kierownik sklepu, ochroniarz (sprawdził monitoring na którym widać, że wchodzę do sklepu w tym płaszczu). Gdy już wszystkie wyżej wymienione osoby były przekonane o mojej własności, N była na granicy płaczu, gotowa zdejmować płaszcz, PP w dalszym ciągu była zdeterminowana, żeby dziecku kurtkę kupić: tę, konkretną, żadną inną, bo przecież N w niej tak pięknie wygląda. Rozpoczęła więc licytacje. Zaczęła od 50 zł, podbijając cenę o 10 zł.

W ten sposób doszłyśmy do 300 zł. Obsługa sklepu zdenerwowana, zjawiło się więcej klientów, my przyciągaliśmy uwagę. Ja mam wrażenie, że wyjdę z siebie i stanę obok, a przynajmniej uduszę głupie babsko. Ja twardo się upieram, że nie sprzedam za żadne pieniądze, niech dzieciak mi kurtkę odda, zapomnimy o sprawie, ona ugotuje w domu obiad. PP dalej swoje.

Proszę E1 o wezwanie policji. PP dostaje szału, szarpie N, moją kurtkę i zarzeka się z ona to tu i teraz kupi. Prawie toczy pianę z ust.

Sprawa zakończyła się przyjazdem policji, histerią N, szaleństwem PP, oddaniem mi kurtki po wyraźnym poleceniu policjanta i prezentem w postaci karty prezentowej na 100 zł od sklepu w ramach rekompensaty.

Dla uściślenia:
1. Płaszcz kosztował mnie prawie tysiąc zł. Uwielbiam go, najcieplejsza rzecz jaką w życiu miałam.
2. Nie chciałam na siłę go z N zdejmować, żeby mnie nikt nie posądził o naruszenie nietykalności cielesnej, a poza tym nie chciałam jej zwyczajnie uszkodzić.

Wniosek dla mnie: zawsze idź do przymierzalni, szczególnie jeśli masz ubranie ze sklepu w którym się znajdujesz. Albo haftuj na ciuchach swoje imię i nazwisko, tak jak robią to mamy przedszkolaków na workach na buty.

by AnaLi
4

Oglądany: 80775x | Komentarzy: 28 | Okejek: 235 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

25.02

24.02

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało