Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Gigantyczne fabularne dziury w "Powrocie do przyszłości"

126 180  
400   97  
I kolejny raz wracamy do przyszłości. A raczej przeszłości, bo słynny film rozpoczynający trylogię Roberta Zemeckisa w tym roku kończy 30 wiosen! Mimo że produkcja ta w ogóle się nie zestarzała i w dalszym ciągu jej projekcja równoznaczna jest z pojawieniem się wypieków na naszych licach, najwyższy czas spojrzeć na nią nieco bardziej krytycznym okiem. Film, mimo że doskonały, zawiera bowiem całkiem sporo fabularnych dziur.

Marty stracił „ulepszone” dzieciństwo, które sam dla siebie stworzył

Główny bohater dzięki swojej podróży w czasie i posunięciom, które wykonał w przeszłości, zupełnie zmienił los swojej najbliższej rodziny. Wróciwszy do 1985 roku, młodzieniec odkrywa, że wszystko się zmieniło – jego ojciec nie jest już popychadłem, a popularnym pisarzem, matka nie zagląda do kieliszka, a w garażu czeka na Marty'ego wypucowana przez Biffa Toyota.


Z jakiegoś jednak powodu pamięć głównego bohatera nie zostaje „zaktualizowana” o nowe wspomnienia związane z dorastaniem w „ulepszonym” dzieciństwie. W gruncie rzeczy to dość tragiczny "happy end" – wszystko bowiem uległo zmianom, oprócz pamięci samego zainteresowanego. Marty, mimo że żyje teraz w naprawionej przez siebie rzeczywistości, w dalszym ciągu ma w głowie wspomnienia całkiem gównianego dzieciństwa...

Czemu Lorraine i George nie rozpoznali w swoim synu Marty'ego

Uproszczając - gość cofa się w czasie aż do roku 1955, gdzie poznaje nastoletnie wersje swoich rodziców i sprawia, że ci się w sobie zakochują. Młoda para bierze ślub i wkrótce na świat przychodzi syn. Ale zaraz, zaraz... chłopak dorasta i fizycznie zaczyna coraz bardziej przypominać Marty'ego. I nawet nosi majtki Calvina Kleina...
Czy Lorraine i George nie zauważyli, ze ich dziecko to ta sama osoba, która trzy dekady wcześniej specjalnie dla nich zagrała podczas ich pierwszego tańca, zwieńczonego pierwszym pocałunkiem? Takich rzeczy się przecież nie zapomina!


Zatrudnijmy gwałciciela!

W 1955 roku Biff w dość mało wyszukany sposób podrywa przyszłą matkę Marty'ego. Kiedy ta odrzuca jego zaloty, osiłek postanawia skorzystać z niezawodnej metody podbijania kobiecych serc, praktykowanej przez naszych jaskiniowych prapradziadów, czyli najzwyczajniej w świecie – usiłuje dziewczynę zgwałcić. W wyniku nieoczekiwanego zwrotu akcji Biff zostaje znokautowany przez George'a. Chłopak robi wrażenie na Lorraine i w rezultacie zdobywa jej serce. Marty wraca do domu z poczuciem wzorowo wykonanej misji. I wszystko byłby okej, gdyby nie to, że bohater, wróciwszy do domu...


...spotyka tam Biffa pracującego w charakterze podręcznego przydupasa. Na Trygława (i Swaroga!), jak można zatrudnić niedoszłego gwałciciela własnej żony? George, poj#bało cię?


W 1885 roku istnieją dwa wehikuły czasu

Dobra, to będzie trochę zawiłe, ale spróbować warto. A zatem... Pod koniec drugiej części filmu piorun trafia w wehikuł czasu, wysyłając go wraz z pasażerem, doktorem Brownem, do roku 1885. Na szczęście uczony, który ugrzązł gdzieś na dzikim zachodzie, kitra DeLoreana w starej kopalni i nakazuje pracownikom Western Union przekazać list z instrukcjami Marty'emu – nastolatkowi, który 70 lat później ma znajdować się w dokładnie określonym przez Browna miejscu. Genialne, prawda?


Chłopak znajduje maszynę czasu i z drobną pomocą młodszej, żyjącej w 1955 roku wersji uczonego cofa się do 1885 roku.
Tu zaczynają się jednak schody – jak tu odesłać bohaterów filmu do roku 1985, skoro samochód, którym podróżował Marty nie tylko jest zepsuty, ale i brakuje mu paliwa? A może by tak użyć wielkiego parowozu, który rozpędzi wehikuł do odpowiedniej prędkości, a następnie runie w przepaść?
A nie prościej by było skorzystać z drugiego DeLoreana, który kurzy się ukryty w kopalni? Albo chociaż wykorzystać jego części do naprawy uszkodzonego auta?


Tak, tak – już słyszymy doktora Browna, który robi wywód na temat czasowego paradoksu, który może zniszczyć cały wszechświat. Powiedzmy sobie jednak szczerze – tak naprawdę doktorek nie przejmuje się paradoksami. Przecież powiedziawszy sobie „A, jeb#ć to!” zmienił swój los, zakładając kamizelkę kuloodporną, która uchroniła go przed przeznaczoną mu śmiercią pod koniec pierwszej części filmu!

Czy Doc nie mógł wyprodukować benzyny?

Swoją drogą – w 1885 roku istniały już rafinerie naftowe. Doktor Brown – naukowiec, który w swojej stodole zbudował zaawansowaną technologicznie maszynę do produkcji kostek lodu, nie poradziłby sobie z rektyfikacją ropy naftowej?


… albo zostawić Marty'emu dłuższej notatki?

No dobra, załóżmy, że faktycznie łączenie ze sobą dwóch wehikułów czasu mogłoby rozwalić świat w drobny mak, a rektyfikacja benzyny jest nieco trudniejsza niż produkcja kostek lodu... Mamy jeszcze prostsze rozwiązanie. Przecież Doc Brown, który utknął w 1885 roku, wiedział co się w wehikule czasu zepsuło i jakie rzeczy są potrzebne, aby pojazd naprawić. Czy zamiast odwodzić Marty'ego od ratowniczej misji (bo i tak wiadomo, że ten by przecież nie pozostawił przyjaciela w opałach), nie wystarczyłoby zatem napisać do niego odrobinę dłuższy list? Coś w stylu „Młody, weź ze sobą kanister benzyny, lewarek i klucz – ósemkę”?


Kim jest John F. Kennedy?

A to już konkretna wpadka scenarzystów. W jednej ze scen Marty wspomina swojej żyjącej w 1955 roku przyszłej rodzicielce nazwisko późniejszego prezydenta USA. Dziewczyna reaguje pytaniem „Kim do diabła jest John F. Kennedy?” No cóż, w 1955 roku polityk ten był całkiem znany. Obejmował wówczas urząd senatora Massachusetts. A nawet gdyby Lorraine z jakiegoś powodu rzeczywiście nie wiedziała o kim mowa, to nazwisko Kennedy kojarzyć już musiała. Ojciec Johna - Joe Kennedy - był szalenie znanym businessmanem i celebrytą.


Paradoks z Chuckiem w tle

W pamiętnej scenie szkolnego dancingu Marty chwyta za gitarę i popisowo wykonuje numer „Johnny B. Goode”, wprawiając w osłupienie zebraną młodzież oraz resztę akompaniującego mu zespołu. Jeden z muzyków – Marvin, chwyta za telefon i dzwoni do swego kuzyna – Chucka Berry'ego, aby ten posłuchał nowatorskiego kawałka granego przez przybysza z przyszłości.


W ten sposób twórcy filmu sugerują, że Berry splagiatował słynny numer. Prawdziwą zagwozdką jest jednak fakt, że muzyk ten nigdy nie napisałby tej kompozycji, gdyby nie usłyszał gry Marty'ego. Tymczasem ten ostatni, nigdy by utworu tego nie wykonał, gdyby wcześniej nie zapoznał się z wersją Chucka Berry'ego. Ta sytuacja to coś na kształt węża zjadającego własny ogon.


Spokojnie moglibyśmy wymienić jeszcze z tuzin fabularnych dziur gęsto pokrywających „Powrót do przyszłości”. Pytanie tylko czy to coś zmieni? Trylogia Roberta Zemeckisa zasługuje na wieczną chwałę, nawet jeśli wypełniona jest niezliczoną ilością absurdów. Jednocześnie przypominamy też, że przyszłość sportretowana w drugiej części filmu właśnie nadeszła. Gdzie te latające samochody? Gdzie deskolotki? Gdzie samosuszące się ubrania? Życie to podła suka...


Źródła: 1, 2, 3, 4
61

Oglądany: 126180x | Komentarzy: 97 | Okejek: 400 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

27.05

26.05

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało