Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

7 dowodów na to, że alkohol to magiczny napój

133 170  
256   100  
Od kiedy nasz podobny do szympansa przodek po raz pierwszy skonsumowawszy sfermentowany owoc, co to spadł z drzewa, poczuł pod pokrywą czaszki przyjemny szum, alkohol stał się naszym wiernym towarzyszem.


Jak by nie patrzeć – procentowe płyny, niczym Panoramiksowy napój, mają cudowne właściwości, dzięki którym na chwilę stajemy się kimś lepszym. Tak w każdym razie nam się wydaje.

Stajesz się bogaty

Kiedy zaczynasz pić, jesteś ubogim pracownikiem korporacji zarabiającym tysiąc pińcet na rękę. Po kilku głębszych drinkach czujesz, że stać cię na więcej, a ilość hajsu na koncie rośnie wprost proporcjonalnie do stanu twego upodlenia. Pod koniec tankowania, na kilka chwil przed zalegnięciem twarzą w treści własnego żołądka, jesteś niczym cholerny Rockefeller – nie dość, że czujesz się jak posiadacz niewyobrażalnej fortuny, to jeszcze hojnie stawiasz wszystkim kolejki i szczodrze obdarowujesz kelnerki banknotami, śliniąc się mało dyskretnie.


To efekt bardzo typowy dla wszystkich tych, którzy radośnie upijają się z okazji otrzymania upragnionej wypłaty. Mimo że uczucie obrzydliwej zamożności wydaje się tak bardzo realne, że skłonni jesteśmy wyczarterować sobie samolot i kontynuować proces intoksykacji w jakimś bahamskim kurorcie, to zerknięcie na stan naszego konta następnego dnia sprawia, że kac z miejsca zmiażdżony zostaje przez cios potężniejszy niż uderzenie krasnoludzkiego młota bojowego.

Znasz kung fu!

Alkohol sprawia, że w ludzkim mózgu otwiera się tajemniczy portal łączący nas z tybetańskim klasztorem Shaolin, gdzie za sprawą siwego mędrca, w czasie nie dłuższym niż wypicie kilku szotów, poznajemy tajniki prastarej sztuki usuwania jedynek ze szczęk naszych rywali.


O jej skuteczności przekonujemy się, kiedy wybrawszy godnego nas przeciwnika dostajemy solidny wpier#ol zwieńczony powtórnym wpier#olem spuszczonym przez kulturalnie wypraszających nas z lokalu ochroniarzy. Na przyszłość zastosujemy się do nauk mistrza Lee, który to zwykł prawić: "Walka uniknięta to walka zwyciężona."

Jesteś psychologiem z powołania

Wystarczy, że wlejesz w siebie trochę wódki, abyś założył przy swoim stoliku mały gabinet porad psychologicznych. Dzięki alkoholowi widzisz ludzkie problemy i z miejsca potrafisz podzielić się ze swym pacjentem radą cenną jak złoto. Często używasz słowa „Szczerze?” - to tak na wypadek, gdyby rozmówca myślał, że chcesz go okłamać. Na koniec rozmowy możesz jeszcze powiedzieć „Stary, szanuję cię” - niech zna łaskę pana.


Stajesz się mistrzem słowa pisanego

Mimo że jeszcze parę godzin wcześniej byłeś borykającym się z problemem dysortografii nudziarzem, którego zdolności językowe kończyły się na nieskładnym pisaniu życzeń bożonarodzeniowych dla rodziny z Jęczydołów, to teraz – kiedy w twojej szlacheckiej krwi krąży alkoholowy dodatek – stajesz się mistrzem pióra o zasobie słów większym niż Wikipedia i wrażliwości, której pozazdrościłby ci najbardziej umęczony, romantyczny wieszcz. Chwyciwszy pewną ręką komórkę swą, w mig tworzysz SMS-a o treści tak kwiecistej, że twoja eks, która ze snu zostanie nim wyrwana, spędzi resztę nocy szlochając w poduszkę boleśnie żałując, że cię utraciła.


i prawdziwym wirtuozem wyrafinowanego podrywu

Jeden szot da ci nieco animuszu, drugi poprawi pewność siebie, trzeci zmotywuje do działania, a czwarty, piąty oraz szósty rozgrzeje przed akcją. Po siódmym i ósmym będziesz mógł już lekkim, swobodnym krokiem podbić do samotnej łani o licu gładkim jak jedwab i ciele Afrodyty (dziwne – jak wchodziłem do knajpy, to dziewczę wydawało mi się wyjątkowo szpetne...).


Za pomocą głosu godnego samego Barry'ego White'a, słowu wyszukanemu, śmiałemu gestowi i świdrującemu spojrzeniu, którym przeszyjesz kruchą duszyczkę swojej ofiary, sprawisz, że każda niewiasta poczuje mrowienie w okolicach krocza i czym prędzej zapragnie oddać się miłosnym uniesieniom.

Tańczysz niczym John Travolta w „Grease”

Twoje nogi stają się miękkie, a ruchy jakby jakieś nieskoordynowane... a mimo to niczym poczwarka przeobrażająca się w przepięknego czerwończyka dukacika (taki tam motyl), ty – człeczyna o drewnianym uchu, której taneczny talent z reguły ograniczał się do niezdarnego, dyskretnego tupania nóżką do Rudiego Schubertha, zmieniasz się we władcę parkietu, mistrza osiedla w break dance i czarującego króla tango. Następnym razem, kiedy rzucisz się w wir tanecznego żywiołu, poproś, aby ktoś nagrał twoje wyczyny – będzie czym się chwalić przed przyszłymi pokoleniami!


Jak anioła głos

Skoro już wiesz, że twój taniec wpędziłby w kompleksy samego Freda Astaire, warto abyś poznał też cudowny wpływ alkoholu na twe struny głosowe. Jeśli dotąd brzmiałeś jak przechodząca mutację wrona, to jest wielce prawdopodobne, że teraz już śpiewasz lepiej niż sam Niemen. O skali i czystości swego głosu przekonasz się udając się na karaoke. Rzuć się od razu na głęboką wodę. Może na początek coś prostego... Co powiesz na „Bohemian Rhapsody”? Za łatwe? „Stairway to heaven” zatem? Albo może „Nessun Dorma”? Właściwie co byś nie zaśpiewał, to i tak zabrzmi to doskonale, a wszyscy zgromadzeni całować cię będą po stopach, abyś tylko zaszczycił ich jeszcze jednym występem.


Doprawdy, aż dziw, że substancja, która czyni nas lepszymi w każdej dziedzinie, jest ciągle legalna!

Oglądany: 133170x | Komentarzy: 100 | Okejek: 256 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało