Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Wietrznie i klimatycznie - Opuszczone miejsca Podlasia

65 463  
249   30  
UrbanExplorers: Dzisiejszego dnia chcielibyśmy was zabrać w podróż do dwóch miejsc. Pierwsza na celowniku była nieukończona mleczarnia obok Sokółki, choć z trafieniem do niej mieliśmy małe problemy.

Wyjechaliśmy z samego rana, by mieć jak najwięcej czasu na zdjęcia.
Gdy dojechaliśmy do samej Sokółki, wiedzieliśmy tylko "Gdzieś tutaj jest opuszczona mleczarnia" i nic więcej. Żadnego adresu, żadnej mapy. Staramy się dowiedzieć od miejscowych, gdzie ona się znajduje, lecz każdy kierował nas w stronę nowej mleczarni. Pojechaliśmy już do tej mleczarni i tam też nie wiedzieli, o co nam chodzi i o jaki obiekt pytamy.
Zrezygnowani krążeniem po Sokółce powoli wyjeżdżamy z miasta. W tle pojawia się jakiś kompleks, no cóż, nie szkodzi nam sprawdzić, co tam znajdziemy. Podjeżdżamy i bingo! Pojawia się nam obiekt widoczny powyżej.


Po wejściu od razu przyszło na myśl, że owa mleczarnia nie jest "opuszczona" tak jak nam sugerowano, lecz nikt nigdy jej nie ukończył.
W trakcie wyprawy spotkaliśmy jedną osobę, która co nieco opowiedziała nam o tym terenie. Mieszka obok i trochę się nim interesuje.


Ów kompleks jest ofiarą przemian ustrojowych. Rozpoczęto jego budowę pod koniec lat 80. Wszelkie prace wstrzymano wraz z upadkiem komunizmu.

Zastanawia mnie tylko jedno: skoro porzucono plany ukończenia owej mleczarni, a praktycznie w tym samym czasie wybudowano drugą mleczarnię, więc o co chodzi? Tym bardziej nie jestem tego w stanie ogarnąć, gdyż ten teren należy do nowej mleczarni, a nie innego przedsiębiorstwa.


Gdy powoli kierowaliśmy się na górę dopiero doszło do nas, że nie jest to jeden budynek mleczarni, tylko ogromny kompleks. Praktycznie gdzie nie spojrzeć widać było polanę obsianą pomniejszymi budynkami.

Pierwsze miejsce do jakiego trafiliśmy to elektrociepłownia. Schemat identyczny jak w innych budynkach tego typu. Miejsce na taśmociąg do podajników, miejsce na turbiny i piece oraz łatwy wywóz popiołu na dole. Była to czwarta elektrociepłownia, jaką było nam dane zobaczyć, więc o pomyłce nie było mowy.


Na górze nagminnym hasłem powtarzanym w kółko było "uważaj, dziura za tobą". Gdyby ktoś się chciał przejechać w to miejsce, to polecamy ostrożność w elektrociepłowni na piętrze, naprawdę można przelecieć parę metrów w dół i pożegnać się z życiem.


Wychodząc powoli z elektrociepłowni chodziła nam po głowie jedna myśl "Zebrać ludzi, dogadać się z firmą od paintballa i zrobić dużą fabularną akcję w klimacie postapokalipsy". Od osoby, którą spotkaliśmy, dowiedzieliśmy się, że mleczarnia, do której należy teren, raczej nie robiłaby problemów. Nie interesują się zbytnio tym miejscem i raczej w planach jest rozbicie na mniejsze działki, zburzenie budynków i sprzedaż owych działek pod tereny mieszkalne.


Idziemy zatem dalej, przedzierając się przez wszędobylskie krzaki i wały otaczające biurowiec wraz z garażami. O dziwo im szliśmy dalej przez teren, tym bardziej zniszczone były budynki, które nie przetrwały próby czasu i pogody.
Gdy wchodzisz do budynku i widzisz urwany sufit z żelbetu, nie nastraja cię to pozytywnie do eksploracji z jego resztkami nad głową w wietrzny dzień.



Kolejne miejsce obstawialiśmy jako serwis pojazdów należących do mleczarni. Za dużo nie było co oglądać, gruzowisko i toalety. Takie "miejsce przechodnie" na wyprawach.


W tle widzimy biurowiec, zbliżamy się do niego powoli, sprawdzając, czy do zamkniętych szczelnie garaży jest jednak jakieś wejście. Niestety nie ma. Cóż, idziemy dalej, gdy nagle słyszymy rozmowy dobiegające z owego biurowca. Dzisiejsza wyprawa obfituje w spotkania (przeważnie jesteśmy sami) i teraz rozmawiamy z ekipą, która przedstawia się nam jako "Troll Team".



Wnioskując po tablicy rejestracyjnej stojącego obok auta chłopaki też są z Białegostoku. Dowiedzieliśmy się od nich, że praktycznie nikt nie odwiedza i nie sprawdza tego miejsca, bywają tutaj bardzo często.


Kierowaliśmy się powoli do samochodu postawionego na drugim końcu kompleksu, gdy spotkaliśmy znów chłopaka, który mieszka w pobliżu i tym razem mówi do nas "Wiecie, w sumie chodźcie ze mną. Coś wam pokażę". Idziemy za nim i odchodzimy na jakieś 300 m od całego kompleksu. Przed nami ukazuje się betonowa konstrukcja w kształcie koła o średnicy 10 m. Na samej górze jest wejście (zabetonowane, ale okienko, przez które da się wejść ktoś wybił wcześniej). W środku widzimy schody prowadzące w dół konstrukcji zalanej wodą. Owa osoba planuje na początku lata przyjść z pompą w to miejsce i zobaczyć co jest w środku, czemu zostało to zalane i do czego mogło służyć. Jesteśmy umówieni, że gdy tylko ustali termin wypompowania wody, dowiemy się o tym i będziemy mogli nagrać timelapse z całej akcji.


Teraz w końcu opuszczamy teren mleczarni. Kierujemy się w stronę Sidry, by odnaleźć drewniany dworek zwany Wandzinem. Kierunek podróży mniej więcej znamy i przejeżdżając przez Sidrę wjeżdżamy do lasu na drogę, przy której ma znajdować się dworek. Nagle naszym oczom ukazuje się taki oto widok.


Dworek wybudowany prawdopodobnie w 1877 roku przez Kazimierza Eunarowicza dla jego żony Wandy, stąd nazwa posiadłości "Wandzin". Następca Kazimierza, Stanisław Eunarowicz, sprzedał go przed 1937 rokiem Bolesławowi Sulikowskiemu, w którego posiadaniu pozostał do 1953 roku. Nie był to duży majątek, więc nie objęła go powojenna parcelacja. Po œśmierci Sulikowskiego właścicielkami Wandzina stały się dwie siostry Albina i Stanisława Powarzy, które w 1976 roku sprzedały go Spółdzielni Kółek Rolniczych w Sidrze.


Gdy zbliżaliśmy się do pałacu, zaczęło robić się ciekawie i mieliśmy delikatną zapowiedź tego, co czeka nas w środku. Wzmagał się wiatr i deszcz zaczynał padać... poziomo.


Żadne zdjęcie, żadne słowo nie może oddać tego, co zgotował nam dworek po wejściu do niego. Zaczynało się delikatnie, to wiatr trzasnął jakimiś drzwiami, to coś się przetoczyło po ziemi.

Mimo iż konstrukcja z zewnątrz dawała nam nadzieję, że w środku znajdziemy coś ciekawego, rzeczywistość sprowadziła nas na ziemię. Wyniesiono absolutnie wszystko prócz ścian, drzwi i okien. No i oczywiście pieca kaflowego, piece kaflowe zostają zawsze.


Chyba ktoś próbował wyremontować pałacyk w pewnym momencie, ale nie starczyło mu chęci lub pieniędzy. Naszą nadzieją pozostało poddasze. Przeważnie tam zostaje coś wartego uwagi i zamierzaliśmy się dostać na nie za wszelką cenę.


Gdy znaleźliśmy schody na poddasze zrozumieliśmy jednocześnie, co będzie ceną wejścia. Nasze zdrowie postawione na szali próchna starych belek. Schody przestały istnieć, a to co z nich zostało, zostawało w ręce. Dosłownie rozpadały się w dłoni. Musieliśmy znaleźć inny sposób wejścia na owe poddasze.

Zaczynamy poszukiwania w dworku jak i na zewnątrz. W końcu znaleźliśmy coś, co się nada. Stare drzwi od budynków gospodarczych. Deski zbite razem kołkami. Prowizoryczna drabina, ale zadziałała. Jesteśmy na poddaszu.


No to jednak schody były zapowiedzią poddasza. Strop, belki pod nogami i belki nośne. Wszystko próchniało. Z obawy przed zawaleniem chodziliśmy tylko po najgrubszych elementach, jakie znaleźliśmy. Wszystko pomiędzy wypełnione sianem nie wyglądało zbyt pewnie.


Łyżwa to jedyne co znaleźliśmy w dworku po poprzednich właścicielach. Niby niewiele, ale poddasze bardziej przykuwało uwagę architekturą niż łyżwą.
W pewnym momencie zaparło nam dech w piersi. Stoimy na poddaszu, które nie jest pewne ani trochę, a wiatr przybrał na takiej sile, że wszystkie drzwi trzaskały naraz, wszystkie okna otwierały się i zamykały co chwilę, a w korytarzach zawodził wiatr. Przez minutę czy dwie staliśmy jak wryci na tym poddaszu, zastanawiając się co mamy zrobić, pałac cały drży od tego wiatru.


Powoli schodzimy po tych samych drzwiach, po których wchodziliśmy. Wiatr przybiera na sile, w pałacu robi się coraz głośniej.
Strasznie dziwne wrażenie, gdy już stoisz na dole, jakiś metr od drzwi, a one otwierają się i zamykają z ogromną siła przed twoimi oczami. Za plecami masz dokładnie to samo, a okno po drugiej stronie pomieszczenia otwiera się na zmianę, to lewe skrzydło, to prawe.


Powoli kierujemy się w stronę wyjścia, już nie tylko wiatr, ale i deszcz zaczyna przybierać na sile. Cóż, zrobimy tylko jeszcze jedno zdjęcie z tyłu dworku i wracamy do Białegostoku.


Klasycznie po więcej zdjęć z wypraw zapraszamy na nasz profil facebookowy.

Oglądany: 65463x | Komentarzy: 30 | Okejek: 249 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

21.05

20.05

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało