Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Piekielne autentyki XXVI

90 224  
261   38  
Tego lata, żeby się nie nudzić w wakacje dorabiałam sobie na małej stacji paliw. Kasy dwie, obok bistro. Nigdy nie zapomnę mojego "chrztu".

Pierwsza zmiana - nocka. Klientów nie ma, koleżanka zmyła się na zaplecze, kolega wyszedł zapalić, ja stoję na kasie. I wtedy wchodzi ON. Pan na oko 40lat. Uśmiechnięty. Od progu krzyczy "Dobry wieczór!". To ja też zadowolona.
(J)a
(K)lient

(J) Dobry wieczór. W czym mogę pomóc?
(K) Ja bym poprosił hot-doga
(J) Oczywiście. Parówka, parówka ser czy...
(K) Nieee... Z kabanosikiem poproszę.
(J) Niestety kabanosy są jeszcze zimne. Może pan wziąć z czymś innym lub zaczekać kilka minut na kabanosa.
(K) Oj złociutka, ale spieszę się. Daj kabanosa. Na pewno nie jest zimny.
(J) No zimny nie jest, ale ciepły też nie.
(K) Jak nie jest zamrożony to może być.
Co robić. Przygotowałam tego hot-doga, pan zapłacił, podziękował i wyszedł.
Mija minuta, wpada do sklepu i
(K) Ty szm*to! Kur*o zajeb*na! Chcesz mnie kur*a otruć!
(J) Aleee ja mówiłam panu, że kabanos jest zimny...
(K) A mnie gó*no obchodzi twój zasra*y kabanos! To ma być musztarda? To ma być ku*wa musztarda?! Taką musztardę to ty se w du*e wsadź ku*wo.
Po tych słowach klient szybko zmniejszył dzielący nas metr i dosłownie rozsmarował hot-doga na mojej twarzy, po czym szybko wyszedł.

Ehhh... Pierwszy dzień (raczej noc), 1 piekielny, twarz, włosy i bluzka w kure*skiej musztardzie. I bądź tu człowieku wyrozumiały dla klientów...

by kiniayeee

* * * * *


Cukiernia w centrum. Czekam w sporej kolejce, a [P]an przede mną prosi [E]kspedientkę o wydanie zamówionego przez niego wcześniej tortu:
E - Nazwisko pana?
P - Nie podawałem nazwiska, tylko napis.
E - A jaki napis?
P - "KOCHANYM RODZICOM Z OKAZJI ROZWODU".

Panią ekspedientkę zamurowało, podobnie jak większość kolejki. Podeszła do sprawy profesjonalnie, z kamienną twarzą sprawdziła torty naszykowane do odbioru, zajrzała na zaplecze - nie ma! Napis zapadłby w pamięć, ale to maj, multum komunii i pikników - może przeoczyła? Dzwoni więc do zmienniczki, ale i ona nic o takim nie wie.
/kolejka czeka w napięciu, nawet obsłużone już osoby zwlekają z wyjściem. Pan spokojny jak nenufar na tafli jeziora/
E - Bardzo pana przepraszam, ale nie mamy takiego zamówienia. Czy pan na pewno zamawiał na dzisiaj tort z takim napisem?
P - Nie, żartowałem tylko. Poproszę dwa pączki.

Pan spokojnie i grzecznie zapłacił i opuścił lokal, a mi dobry humor towarzyszył przez resztę dnia. :)

by Transport_mocy

* * * * *


To będzie opowieść o wierze i cudzie.

Historia jest sprzed wielu lat, opowiedziana mi przez koleżankę pediatrę.

W tamtym czasie pracowała ona w Poradni Endokrynologicznej zlokalizowanej przy Instytucie Pediatrii. Trafiło do niej dziecko dwuletnie z matką i babcią. Koleżanka po wysłuchaniu jego historii chciała te kobiety zabić. Skończyło się na zgłoszeniu sprawy do prokuratury.

Zanim przejdę do rzeczy wyjaśnię, że hormony tarczycowe są dla ludzi a zwłaszcza małych dzieci bardzo ważne. Badanie poziomu hormonów tarczycy obok testu na fenyloketonurię jest jednym z dwóch badań obowiązkowych jakie po porodzie wykonuje się wszystkim dzieciom. Powodem jest to, że nieleczona niedoczynność tarczycy u małych dzieci prowadzi do poważnych i nieodwracalnych późnień rozwoju umysłowego zwanych kretynizmem tarczycowym.

Ten dwulatek miał wykrytą po porodzie niedoczynność tarczycy. Matka jednak nie zgodziła się z lekarzami i zamiast dawać dziecku tyroksynę przez kolejne 2 lata, razem z przyparafialnym kółkiem modlili się o jego uzdrowienie. Do koleżanki owe zadowolone z siebie kobiety przyprowadziły chłopca z cechami kretynizmu tarczycowego, z prośbą o udokumentowanie cudownego wyleczenia za przyczyną Matki Boskiej.

by fak_dak

* * * * *


Jestem didżejem (nie mylić z wodzirejem).
Tak, gram w klubach już prawie dekadę i ciągle mi tego mało. To jest to co kocham i co sprawia wewnętrzną satysfakcję. I tak sobie już plumkam, głównie co weekend, w paru stolicznych miejscach. Stereotyp jaki jest, wszyscy wiemy - didżej to k*rwiarz i r*chacz, nieważne czy za "dekami" stoi przystojny facet z obrączką na palcu czy nastoletni gówniarz, który nie potrafiłby wyrwać najgorszego kaszalota na parkiecie. Didżej po prostu wyrywa lachony w liczbie większej od liczby zer po przecinku naszego długu publicznego. Nieważne, że jego największą miłością jest muzyka i doprowadzenie do zadowolenia nią wszystkich się bawiących, nie każdego indywidualnie w jakiś inny sposób. To teraz sytuacja, która jeszcze bardziej utwierdza mnie w owym przekonaniu ogółu ludzkości;)

Sobota, ok. północy. Klub.

Pogrywam sobie w najlepsze (w końcu czas, gdy ludzie już porządnie się rozgrzewają), palę jak to zwykle papierosa i raczę się napojem o złocistym kolorze. Wtedy podbija [O]na. Lat maksymalnie dziewiętnaście i pół, chyba świeżo odebrany dowód, coby swój wiek chłopakom na bramce udokumentować. Włosy rozwiane niczym Mandaryna na koncercie w Pcimiu Górnym, w pasie - ni to pasek, ni to spódniczka, w każdym razie rzecz niewiele zakrywająca miejsce, które publicznie zakryte być powinno. But oczywiście wysoki, z serii "Takie co ledwo na nich stoję, nie mówiąc o chodzeniu", zapewne pożyczony od mamy po niedawnym Sylwestrze. Bluzeczka adekwatna do pory roku (luty, średnio -20), czyli zapięta na jeden guziczek, przewiewna, ot coby (w tańcu) zbytnio nie przeszkadzała i śliczności pod nią skryte sowicie eksponowała. Myślę sobie: "Chłopcy pewnie na bramce popili, że larwę wpuścili.". Ale to już nie moja sprawa, [J]a jedynie stoję i obserwuję, nie mogąc się doczekać gorącej dyskusji z nowo odkrytym podgatunkiem płci pięknej.
[O]: Cześć, jesteś tu didżejem?

Nie, k*rwa, stoję i trzymam kredens, tudzież walizki z płytami, żeby od nadmiaru głośności mi z konsolety nie pospadały. I tak stoję tu sobie jakieś 3 lata - mniemam oczywiście w myślach, nie chcąc urazić eksponatu. Oczywiście rozumiem pytanie. Dziecko pewnie pierwszy raz w klubie, ludzi nie zna (choć mogło się skapnąć widząc mnie ze słuchawkami na uszach, akurat miksującego 2 kawałki).

[J]: Owszem, to ja. W czym mogę pomóc?
[O]: Zagrałbyś Lejdi Gagę albo Ryjanę? Weź zagraj coś fajnego!

Nie będąc na moim miejscu, zapewne nie zrozumiecie mojego burakowatego wyrazu twarzy, idącej pary z uszu, potowego tsunami płynącego z mego czoła i ogólnym MEGAwk*rwie. My didżeje, po prostu uwielbiamy jak ktoś nam mówi, żeby zagrać coś fajnego (czyli to, co do tej pory było ch*jowe tak? jakoś nie zauważyłem po pękającym w szwach klubie od kilku dobrych lat). Kochamy także, gdy proszą nas o współczesne gwiazdy popu, typu Pitból, Ryjana czy Lejdi Dżaga. Otóż jest jedna zasada. Co do stylu i sposobu grania może mieć zastrzeżenia tylko jedna osoba - właściciel lokalu. Didżej nie będzie się kierował zachcianką jednej osoby, gdy widzi, że parę setek świetnie bawi się na parkiecie przy dotychczasowej muzyce. Tym bardziej nie będzie zamieniał ambitniejszego house′owego pierd*lnięcia na komercyjne badziewie, grane nawet na Tv Trwam i w Radiu Maryja. Lecz, ze względu na kilkuletnie doświadczenie i masę takich sytuacji, zawsze staram się być spokojny i ładnie wytłumaczyć, ażeby osoba nie poczuła się urażona. To, co w duchu sobie pomyślę, niech zostanie dla mnie. ;)

[J]: Przykro mi, nie gramy dziś komercji.
[O]: Ale ja bardzo proszę...

I tutaj jej słodka minka niczym kot ze Shreka. A więc - myślę sobie - zwierzyna złapana, czas się zabawić. Zalotnym spojrzeniem i jednoznacznie wrednym uśmieszkiem kieruję do niej moje ulubione słowa, podczas konwersacji z takimi "kobietkami".

[J]: A co jesteś w stanie za to zrobić?

Z reguły po tym pytaniu dziewczyny odpuszczają albo jeszcze chwilkę pożartują i "rozstajemy się" w zgodzie i miłym wspomnieniu. Tym razem odpowiedź zbiła mnie kompletnie, tak jakby larweczka specjalnie na to czekała.

[O]: Loda ci zrobię! Zobaczysz, jeszcze takiego w życiu nie miałeś!

I śmieje się dziewczę, na dodatek bezceremonialnie jej ręka wędruje ku mojemu rozporkowi. Tylko dzięki refleksowi nabytemu podczas codziennej, kilkugodzinnej grze w szachy, zdołałem w porę złapać jej kończynę zdecydowanym ruchem, przy okazji szczerząc zębiska, a spojrzenie zmienić w spojrzenie kota, któremu inny kot narobi do kuwety.

[J]: Pohamuj się trochę dziewczynko, ciut za krótko się znamy!

Wtem zmieszana, z opuszczoną głową, nie wie bidulka co czynić, ale brnie dalej w sytuację.

[O]: Bo ja tak naprawdę nie przyszłam po kawałek. Mam dziś wieczór panieński (!!!) i to jest moje zadanie od przyjaciółek. Muszę zrobić loda didżejowi w klubie X. No i akurat Ty dziś tu grasz. Najlepiej tutaj, w czasie gdy miksujesz.

Chyba nie muszę mówić dokąd sięgała moja szczena, po wypowiedzeniu tych paru słów. Rozumiem, gdyby jeszcze tak bardzo by jej się didżej spodobał, czy naszłaby ją nieodparta ochota i ja akurat byłem w pobliżu. Ale żeby zakład?! I żeby w jakiś tydzień przed ślubem?! Swoim?! Skinąłem jedynie na koleżankę barmankę (zawsze mi pomaga, gdy jest "u mnie" ktoś upierdliwy), po czym ona wpada i szybkim "Jak tam, Kochanie?" próbuje spłoszyć insekta. Po części jej się to udało, bo dziewczę już kieruje się do zejścia, mówiąc na odchodne:

[O]: Zastanów się jeszcze, ja ci zapłacę, bo mam pieniądze!

Do końca imprezy czułem na sobie jedynie spojrzenia jej i przyjaciółek. Przed finiszem uraczyła mnie jeszcze na chwilę swą obecnością, wręczając zalotnie kartkę papieru z adresem.

Po imprezie, jak to zwykle cała obsługa zebrała się na zapleczu i popija piwko. Ja oczywiście dzielę się wrażeniami - chłopaki z baru mówią, że głupi jestem, bo nie dość, że i bym "pociupciał", to i jeszcze bym im flaszkę postawił. Na to jeden z kumpli mówi, że skoro mam adres, to on sobie z chęcią użyje. Po prostu poda się za mnie (że niby ciemno w lokalu, na pewno nie zapamiętała wyglądu), żebym mu dał jedynie jedną walizkę z płytami na dowód. A proszę cię bardzo, myślę sobie. Niech tylko jakaś płytka zginie, to płacisz podwójną wartość. Poszedł. I wrócił. Po jakiejś godzinie, z obitą mordą. Dziewczę, podając mi ową kartkę, chyba zapomniało, że mieszka z narzeczonym. ;)

To tyle, jeśli chodzi o pierwszą klubową historyjkę z mojej strony. Kto był piekielny? Dziewczę, bo gotowa dla przyjaciółek na taką rzecz przed ślubem? Czy też przyjaciółki, bo wysłały przyszłą Pannę Młodą do takiego zadania? Może ja, bo złamałem stereotyp i nie wziąłem podanego na tacy? A może narzeczony, bo pobił nam kolegę? :) Oceńcie sami.

PS. Walizki i płytek narzeczony nie uszkodził, ufff...

by lightman19

* * * * *


Jak się u nas drogi buduje.

Za studenckich lat wybraliśmy się we wrześniu z D., natenczas moją dziewczyną, w Bieszczady. Potrzebowaliśmy dotrzeć z Ustrzyk Górnych do Wołosatego. Jako, że nie zawsze miło jest maszerować po dziurawej drodze, złapaliśmy stopa - samochód ciężarowy wiozący asfalt.

Okazało się, że naprawiają drogę. Dni były deszczowe i gdy zbliżyliśmy się do remontowanego odcinka zobaczyliśmy, że drogowcy kładą nową warstwę asfaltu prosto na mokrą drogę, nie osuszali nawet dziur. Zapytałem kierowcę ciężarówki czy to ma sens pracować przy takiej pogodzie, bo już pierwszej zimy woda uwięziona między warstwami asfaltu rozsadzi nawierzchnię i za rok będą dziury, a za dwa nikt nie pozna, że tu był remont. Facet odpowiedział, że owszem, tak się stanie, ale mają pieniądze do wydania do końca roku i jak się nie wyrobią to trzeba będzie je oddać do centrali. A żal dać się dobru zmarnować.

by fak_dak

* * * * *


Pracuje na dziale rybnym w jednym z piekielnych sklepów. Lubię swoją prace ze względu na kontakt z ludźmi i tutaj jednak zaczynają się schody do piekieł.

Normalny dzień pracy. Stoję za ladą i obsługuje klientów, kolejka dosyć długa, gdyż sama na zmianie i ludków tez sporo naszło. Ja, uśmiechnięta zwracam się do pani piekielnej:

J-ja K-klientka

J- Dzień dobry, czy coś pani podać?
K- 10 gramów wędzonego łososia.
J- Niestety nie mogę ukroić tak malutkiego kawałka (polityka naszego ukochanego kierownika)
K- Pani mi nie będzie mówić ile ja czego mam jeść!!! Ja chcę tyle i tyle! Proszę mi ukroić! Nie obchodzi mnie, co wy tam sobie wymyślacie za zasady, ja mam prawo, ja chcę kupić, a pani mi nie daje!!! (drze się tak nade mną dobre 2 minuty).

W końcu mam dosyć decybeli i kroję pasek jak sznurówka, podaje piekielnej, która znalazła już inne zajęcie, a mianowicie stwierdziła chyba, że musi wymacać każdą rybę po kolei. Na moją prośbę o zaprzestanie maltretowania biednych rybich trupów, oczywiście odpowiada, że ona musi przecież świeżość sprawdzić!! I że właśnie wróciła z zagranicy i tam lepiej traktuje się klientów.

W końcu jednak piekielna idzie sobie dalej szukać ofiar (pracowników), a ja zajmuje się pracą. Pod koniec dnia przychodzi kolega z innego działu i podaje mi sznurówkę z łososia (tak, tę którą jakieś 5 godzin wcześniej ukroiłam dla piekielnej).
Gdzie kolega znalazł tę rybkę?
W pudełku z butami (nawet nie wyobrażam sobie, jaki zapach by miał na dziale, gdyby ta ryba leżała tam dłużej).

by codeyoumi

* * * * *


W święta zazwyczaj nie ruszam się z domu i byłem pewny, że nic do opowiedzenia na piekielnych mieć nie będę. A jednak.

Wybrałem się z rodziną na pasterkę do świątyni parafialnej. Kościół spory, ale ze względu na uroczysty charakter mszy, zjeżdża się naprawdę rzesza wiernych i ciężko o wolne miejsce siedzące. Pechowo dotarliśmy do kościoła dosłownie na 5 minut przed mszą i niestety dane mi było stać w tak zwanej "strefie etanolu". Jak się jednak później okazało, trafiłem na najlepsze możliwe miejsce.

Zbliża się upragniony koniec mszy, czas więc na przyjęcie komunii świętej. Marsz pingwinów wyrusza powoli, a w końcu i najbardziej rozgrzani panowie ruszają po zagrychę. Pewien pan, zdecydowanie nienaturalnie czerwony, ustawił się w kolejce za młodą i ładną blondynką. Krok do przodu i pan "przypadkowo" uderza w bądź co bądź zgrabny tyłek. Kolejny ruch i ta sama sytuacja. Dziewczyna piorunuje starszego pana spojrzeniem i rusza dalej. Rechot kloszarda i jego kolegów słychać już chyba pod ołtarzem. Ruch do przodu i pan znowu "naciera". Tym razem jednak się przeliczył - dziewczyna wykonała szybki zwrot w tył, kop w jaja i profesjonalnie wyprowadzony cios w nos.

Aż chrupnęło.

by Gerciu

* * * * *


Piękna, zimowa noc, ledwie godzina 3. Robię to, co jak wiadomo robi każdy ratownik w pracy, czyli leżę z brzuchem do góry w pracowniczym pokoju, czekając aż coś ciekawego będzie się działo. W międzyczasie odliczam czas do końca niezwykle nudnej służby (spokój jak rzadko...).

W końcu jest! Dzieje się coś, silne wymioty, paskudna gorączka, nieregularny oddech u małego dziecka. Jedziemy. Na miejscu dzwonimy domofonem. Słychać przez ziewanie:

-Halo?
-Pogotowie.
-Jakie pogotowie?
-Mamy wezwanie pod ten adres.
-Halo???
-Wzywała pani pogotowie?
-Nie, żadnego pogotowia. Coś się stało? Halo???
-Mamy wezwanie na Szatańską 13/2. To pani adres?
-Tak, to mój adres. Nie wzywałam pogotowia.

Każemy sprawdzić jeszcze raz adres - prawidłowy. Dyspo próbuje oddzwonić na numer, z którego wezwano pomoc. Nikt nie odbiera... Stoimy pod blokiem, bo może tylko numer mieszkania zły? I zaraz się wyjaśni? Nie wyjaśniło. Nikt nie odbiera, adres jak byk ten, ale pod tym adresem nikt nas nie potrzebuje. Po 30 minutach wracamy, jak będziemy potrzebni zgłoszą się jeszcze raz, trudno.

Sprawa nie daje nam spokoju (nie codziennie zdarza się, że ktoś nas wzywa i podaje błędny adres). Mija może 40 minut od powrotu do bazy. Znów wezwanie.
Patrzymy na adres: Szatańska 13/2...
No nic, jedziemy. Próbujemy jeszcze raz dzwonić pod ten sam adres.

-Halooo...?
-Pogotowie.
-Znowu? Jakie pogotowie?
-Wezwano nas znów pod ten adres, czy to Szatańska 13/2?
-Tak, to Szatańska 13/2, ale tu nikt nie wzywał pogotowia.
-Czy jest jakiś sąsiad, który mógł pomylić adresy?
-Halo???
-Czy wie pani może czy jakiś sąsiad mógł pomylić adresy?
-Nie znam sąsiadów, mieszkamy tu od niedawna.

No nic... Dyspo jeszcze raz zaczyna dzwonić pod numer, z którego zgłoszono wezwanie. Nikt nie odbiera... Każą nam wracać. Profilaktycznie rozglądamy się po okolicy szukając światła w oknie (które oznaczałoby, że ktoś nie śpi i mógłby to być potencjalny pomyłkowicz). Ciemno, głucho, zimno...
Wracamy.

Godzina 5:30 wezwanie. Na Szatańską 13/2, już lekko poddenerwowani jedziemy, bo objawy, które są podawane (wciąż te same) są groźne dla małych dzieci.
Na miejscu dzwonimy po raz kolejny.

-Halo!?
-Pogotowie.
-Jaja sobie robicie!?
-Proszę pani, dostajemy wciąż wezwanie pod ten adres.
-Ja nie wzywałam pogotowia!
-Naprawdę nie orientuje się pani kto mógłby wzywać pogotowie w okolicy?
-Nie wkurzaj mnie!

Odłożyła słuchawkę. Tym razem robimy rundkę po okolicy szukając jakiegokolwiek znaku świetlnego oznaczającego, że ktoś nie śpi. Rozglądamy się za jakimkolwiek życiem wokół nas. Przebyliśmy całą Szatańską. Nic... Ciemno, głucho, zimno...
Nieźle wściekli i zmarznięci wracamy.

Godzina 7:15 rano. Wezwanie, po usłyszeniu adresu Szatańska 13/2, aż się we mnie zagotowało. Chwilę trwała ostra dyskusja kolegi z wysyłającymi, że nie chcemy tam jechać. Ci jednak nieugięci wysyłają nas po raz czwarty pod ten adres.

Na miejscu zrezygnowani dzwonimy po raz kolejny tej nocy do niczemu winnej kobiety zwalając ją z łóżka i szykując się na solidny opieprz. Jednak ku naszemu zdziwieniu sytuacja była inna.

-Halo?
-Pogotowie.
-Dobrze, że jesteście.

*bzzzz*

Wchodzimy na górę i co widzimy? Spocone, wymiotujące dziecko, z gorączki aż czerwone na twarzy... Okazało się, że to ta pani cały czas wzywała pogotowie, ale zanim dojechaliśmy to syn przestawał wymiotować, więc za każdym razem uznawała, że już ok i postanowiła udawać, że wcale nikogo nie wzywała, tylko spała, a my bezczelnie śmieliśmy budzić ją trzykrotnie jednej nocy.

by zaszczurzony

<<< W poprzednim odcinku

3

Oglądany: 90224x | Komentarzy: 38 | Okejek: 261 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

27.11

26.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało