Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Na dachu, część I opowieści o Północnym Luzonie - Filipiny oczami bojowniczki JM

35 892  
214   14  
Stickyrice: Zanim zacznę opowieść muszę nadmienić, że wszyscy znajomi śmieją się z mojego (nie)szczęścia do pogody. Jeśli postanawiam gdzieś wyjechać, to musi w tym miejscu padać. Nawet jeśli jest pora sucha. I nigdy nie jest to mały deszczyk. Mówią, że sprowadzam burze i ulewy gdziekolwiek się pojawiam i trzeba przyznać, że jest w tym trochę prawdy.

91-SAM_3376
Mateusz przyjechał z drugiego końca świata żeby się ze mną zobaczyć, więc zaplanowałam wyprawę w jedną z najbardziej interesujących części Filipin. Luzon to największa wyspa, na której znajduje się między innymi stolica, Manila. Od północy wyspa pokryta jest wysokimi górami. Spędziliśmy w nich tydzień, ale czuję, że mogłabym spędzić tam przynajmniej miesiąc, włócząc się po górskich wioskach.

Podróż zaczęliśmy od Manili, ale to miasto pominę w opowieści głównie dlatego, że spędziliśmy czas w Makati (stosunkowo nowoczesnej dzielnicy Manili) na lenistwie i ogarnianiu dalszej części podróży. Mogłabym napisać o taksówkarzach regularnie próbujących zrobić nas w jajo, ale to chyba zdarza się we wszystkich miastach świata ;)

BANAUE i BATAD

Z Manili wydostaliśmy się nocnym autobusem do Banaue. W autobusie oczywiście lodowato, bo klimatyzacja rozkręcona tak, żeby pozamrażać pasażerów. Ulubiona temperatura Filipińczyków to 16 stopni i absolutnie nie pojmują, że klimatyzacje można ustawić inaczej niż na mrożenie. Prośby i groźby nigdy nie pomagają. Jak błagam o miejsce na łodzi albo pokój w hostelu bez klimatyzacji to patrzą się na mnie jak na masochistę. Zawinięci w śpiwory przespaliśmy większość nocy w wygodnym jak na Filipiny autobusie (jak na polskie standardy za mało miejsca na nogi i rozkładane siedzonko na środku niezgodne z BHP).

Rano obudził nas człowiek, którego można było łatwo zidentyfikować jako naganiacza. Już godzinę przed Banaue usiłowano nam wcisnąć hostel, wycieczkę i kto wie co jeszcze. I była to trafna reprezentacja tego miasteczka pełnego naciągaczy, idealnie zorganizowanego tak, żeby wyciągnąć z turystów jak największe pieniądze. Serdecznie nie polecam hostelu o nazwie People’s Lodge. Omijać Banaue szerokim łukiem. Najlepiej od razu iść do Batad i tam szukać noclegu w schroniskach, a rano wrócić na autobus. Samo Banaue można obejrzeć na poniższym filmiku. Jedyna ciekawostka w tym miasteczku, to sposób budowania domów. Z poziomu drogi wyglądają na jednopiętrowe, ale są budowane nad przepaścią, więc zdarza się, że mają jeszcze kilka poziomów "piwnic" z oknami.


Batad jest malowniczo położoną wsią otoczoną tarasami ryżowymi i górami. Nie dochodzi tam żadna droga, a wszystkie produkty trzeba transportować na plecach po górskich ścieżkach, co nie jest łatwe. Także tutejszy ryż jest przenoszony w ten sposób aż do Banaue. Widok na tarasy bardzo ładny, to fakt. Mały, około godzinny treking też przyjemny. Nie braliśmy przewodnika, bo woleliśmy sami powłóczyć się po okolicy. Dojście do punktu widokowego nie stanowiło większego problemu, ale trzeba było przekraczać płynące zewsząd strumienie, balansować nad krawędzią urwiska i jak akrobata pokonywać murki tarasów ryżowych.
Po drodze padało i mieliśmy okazję obserwować ten widok. Kobieta zbierająca ryż z antycznych tarasów w kapeluszu - parasolce ;)

1-SAM_3234

Samo Batad jest zachwycające. Antyczne tarasy ryżowe są ręcznie układane z wapieni tak, żeby wykorzystać każdy skrawek ziemi nadający się pod uprawę ulubionego jedzenia Filipińczyków. Sposób uprawy nie zmienia się tu od setek lat. Bo i po co?

2-SAM_3250

Zgubiliśmy się tylko raz przypadkiem trafiając na tyły domku zgiętej w pół staruszeczki, która mimo wieku i odcięcia od świata znała trochę angielski, a do tego pluła momą i przejęta naszą sprawą chciała nam sama pokazać drogę. Wyglądała na lat co najmniej 150, więc odmówiliśmy obawiając się o jej zdrowie, gdyby miała nas prowadzić po takich ścieżkach:

3-SAM_3254

Co ciekawe, wracając minęliśmy bardzo podobną staruszeczkę, która zasuwała po tym murku szybciej od nas. Staruszeczka żuła momę. Moma czyli zestaw składający się z zielonego liścia (paper leaf - nie udało nam się dogadać z Filipińczykami o jaką roślinę im chodzi, ale prawdopodobnie o betel), brązowego liścia tytoniu, tamtejszego orzecha (prawdopodobnie Areca Palm), jakiejś łodyżki oraz startego kamienia wapiennego z tarasów ryżowych. (Zdjęcie momy pożyczone stąd)


Jednym słowem obrzydlistwo. Barwi ślinę na czerwono i powoduje czerwone plamy na wszystkich ulicach Banaue oraz na zębach miejscowych. Mieszkańcy wyglądają jak wampiry po obiedzie. Tubylcy twierdzą, że to ich rozgrzewa, dodaje energii i jest dobre dla zębów. Jedyne, czego jestem pewna, to że żucie tytoniu uzależnia. Czteropak momy kosztuje 10 pesos (ok. 70 groszy).

W drodze powrotnej z Batad złapała nas ulewa (zgodnie z oczekiwaniami). Lało tak strasznie, że nawet ceratowy płaszcz nie pomógł i byłam cała mokra. Wracaliśmy pod górę w ścianie deszczu, która zamieniła górską ścieżkę w potok. Kiedy w końcu przestało padać usłyszeliśmy grzmot, a przynajmniej takie było moje pierwsze skojarzenie. Grzmot był jednak zdecydowanie zbyt długi i miał zbyt wiele różnych tonów. Zeszły lawiny. Szliśmy dalej przekonani, że to gdzieś w górach daleko od nas, ale byliśmy w błędzie. Już po kilku minutach dotarliśmy do fragmentu drogi kompletnie zawalonego kamieniami i błotem.

4-SAM_3264

Filipińczyk zasuwa po ścieżce z koszami pełnymi produktów pierwszej potrzeby: sprite w lewym a cola w prawym. Przecież trzeba z czymś pić ten rum.

5-SAM_3268

Tuż obok osuwiska stały drewniane domki, w których pewnie mieszkali ludzie. Zabrakło metrów do tragedii. Filipińczycy stali i patrzyli jak koparka tuż nad krawędzią urwiska usuwa kamienie, żeby zrobić przejście. Mieliśmy szczęście, że po drugiej stronie lawiny właśnie były roboty drogowe. Obserwując spokój i opanowanie Filipińczyków, pomyśleliśmy, że dla nich to codzienność. Jak dowiedzieliśmy się po powrocie do hostelu, takie lawiny nie są częste w tym regionie i występują raz - dwa razy do roku. Po prostu zadziałał mój pech do pogody. Po 15 minutach czekania z duszą na ramieniu przeszliśmy pod osuwiskiem na drugą stronę.
Potem czekała nas jeszcze jedna przeprawa przez osuwisko. Tym razem jechaliśmy już drogą z powrotem do hotelu i po rumowisku jechały jeepneye wypełnione ludźmi po dach i na dachu.


Do zderzaka jednego z jeepneyów przywiązany był martwy wąż. Jak stwierdzili miejscowi – obiad ;)

6-SAM_3281

DROGA z BANAUE do SAGADY

Następnego ranka wyruszyliśmy do Sagady. Drogę przejechaliśmy na dachu jeepneya jadąc właściwie tuż nad przepaścią, a barierki były tylko od święta.

7-SAM_3337-001

Po fakcie stwierdzam, że widoki były lepsze niż w Batad. Zapierające dech w piersiach panoramy rozciągające się z krętej drogi prowadzącej nad urwiskiem. Wysokość bezwzględna tutejszych gór jest porównywalna do polskich Tatr, jednak ze względu na położenie względem morza wydają się być wyższe.

8-SAM_3313

9-SAM_3326
92-SAM_3392

Po drodze obserwowaliśmy skutki wczorajszej ulewy. Poniżej mężczyzna usuwa kamienie z drogi. Drugi, niewidoczny na zdjęciu spycha w dół te, które mogłyby się same osunąć.

93-SAM_3317

Wiatr we włosach. Przyjemna temperatura, ale po trzech godzinach na dachu nawet ja byłam spalona słońcem. Całą drogę żałowałam, że nie mamy czasu, żeby pochodzić po tych górach, żeby odwiedzić każdą wioskę i w ciszy podziwiać tutejsze pola wycięte w zboczach. A na tych polach dobrze znana marchewka, kapusta i ziemniaczki. Niższa temperatura w wyższych partiach gór pozwala na uprawy, które na nizinach nie są możliwe. To stąd całe Filipiny importują warzywa.

94-SAM_3349

Czasem wzdłuż drogi rosły sosny. Od 4 miesięcy nie widziałam nic iglastego. Przez chwilę poczułam się jakbym znowu była w Europie. Po drodze przejeżdżaliśmy przez Bontoc, małe, malownicze miasteczko otoczone polami ryżowymi.

95-SAM_3357
96-SAM_3364

Na niektórych tarasach właśnie trwały prace polowe. Na zdjęciu poniżej Filipińczyk i carabao, czyli wół wodny. Taka duża, ciemnoszara krowa z wielkimi rogami, która najbardziej lubi siedzieć w błocie i jest przeszczęśliwa na tarasach ryżowych. Carabao można też doić, ale mleko nie jest popularne na Filipinach. Większość bydła jest zjadana, a pomysł dojenia wywołuje reakcje pomiędzy zdziwieniem a zniesmaczeniem. Co ciekawe carabao English oznacza bardzo niski, "wieśniacki" poziom umiejętności językowych i przeplatanie angielskiego lokalnym dialektem. Filipińczycy używają tego określenia przepraszając mnie za swój angielski, bo myślą, że dla mnie to język ojczysty.

97-SAM_3366

Pomimo wszystkich urwisk i lawin dojechaliśmy szczęśliwie do Sagady, więc możecie się w przyszłym tygodniu spodziewać drugiej części górskich opowieści. Tym razem mniej podróżowania na dachu, a więcej pod ziemią. Będzie także o specjalnych kurczakach, wiszących trumnach i jednej z najniebezpieczniejszych dróg świata.

CDN.

Oglądany: 35892x | Komentarzy: 14 | Okejek: 214 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało