Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Skoro w obronie wolności religijnej wszystko jest dopuszczalne, to mamy kilka nowych propozycji

127 989  
462   154  
Parę dni temu polski Trybunał Konstytucyjny twierdząc, że cierpienie zwierząt nie powinno być ważniejsze niż swoboda religijna, usankcjonował ubój rytualny w naszym kraju. Ku radości przedstawicieli gmin żydowskich, mniejszości muzułmańskich, a nade wszystko – producentów mięsa.

Cieszymy się bardzo, że Trybunał zachował zdrowy rozsądek i nie ugiął się pod naciskiem lewackich wege-terrorystów. W imię tolerancji sugerujemy, aby TK rozważył legalizację kilku innych, tradycyjnych zwyczajów religijnych.

Obrzezanie kobiet

Z uwagi na mniejszość muzułmańską stanowczo domagamy się usankcjonowania ceremonialnego obcinania kilkuletnim dziewczynkom warg sromowych oraz łechtaczek. Oczywiście bez znieczulenia. Ta stara tradycja niesie za sobą same korzyści – w taki sposób można mieć przede wszystkim pewność, że dorastająca niewiasta nie będzie za bardzo interesowała się chłopcami i zachowa dziewictwo aż do dnia swego ślubu.


Trudno przecież, żeby banda rozwrzeszczanych feministek przekreśliła zwyczaj, który liczy sobie tysiące lat. Tym bardziej, że obrzezanie kobiet jest całkiem popularne również i dzisiaj – szacuje się, że dziennie zabieg ten przechodzi 6 tysięcy dziewczynek (czyli coś ok. 2 milionów dzieci rocznie).

Paradowanie nago

Może i mniejszość hinduska nie jest u nas jakoś specjalnie liczna, ale przecież idea tolerancji religijnej powinna dotyczyć nawet i najmniejszych grup wyznaniowych. Pamiętając zatem o członkach sekt Jainism oraz Digambar domagamy się, aby osoby, które do nich należą miały konstytucyjne prawo do publicznego paradowania z pindolem na wierzchu. Zgodnie z doktryną tych ugrupowań wszystkie formy życia są sobie równe, a wierni powinni dążyć do odrzucenia wszelkich zbędnych im rzeczy i uczuć (ponoć najbardziej gorliwi wyznawcy odrzucają jedzenie, picie, a nawet sen). Uduchowieni mnisi pozbywają się ubrań. Jedynymi przedmiotami, które przy sobie noszą są tykwa z wodą i miotełka do usuwania z drogi wszelkich żyjątek, które przecież mogą zostać przypadkiem rozdeptane.


Legalizacja LSD (oczywiście tylko do celów sakralnych!)

To kolejna rzecz, która należałoby zalegalizować. W 1966 roku Timothy Leary (ostatnio o nim pisaliśmy – Leary był harvardzkim uczonym, któremu badania nad psychodelikami nieco wymknęły się spod kontroli) założył organizację League of Spiritual Discovery. Już sam skrót tej nazwy mówi dużo o zainteresowaniach jej członków. Podobny „chwyt” zastosowali Beatlesi, tytułując jeden ze swoich kawałków „Lucy in the Sky with Diamonds”.


Zanim LSD zostało w Stanach zdelegalizowane, ugrupowanie to prowadziło spirytystyczne sesje, w których, zgodnie z intencją Leary'ego, kwas pełnił rolę najświętszego sakramentu.
Jesteśmy pewni, że niejeden wyleniały hippis czy też nieco młodszy miłośnik narkotycznych eksperymentów w mig stałby się gorliwym wyznawcą tej organizacji, gdyby tylko religijna wolność, tak przecież bardzo chroniona przez Trybunał, objęła też wykorzystywanie LSD podczas ceremonii. No, bo przecież – w czym jest gorsze zarzucanie kwasu od jedzenia ciała własnego boga?

Podniebne pogrzeby

A to tradycja wywodząca się z Tybetu. Umrzyk rozbierany jest do naga, jego ciało nacina się ostrym nożem i zostawia na pastwę padlinożernych ptaszysk. Zwyczaj ten praktykowany jest po dziś dzień, pod warunkiem, że rodzina nieboszczyka wyrazi na to zgodę.


W naszym kraju mieszka 32 obywateli tej historycznej krainy, dlatego też i w tym przypadku apelujemy o tolerancję także i dla osób, które po śmierci pragną być potraktowane w ten niecodzienny sposób. Zdecydowanie uważamy, że sanepidowskie normy nie powinny wchodzić w paradę religijnej wolności i prawa do wybrania sobie pogrzebu zgodnego z wierzeniami świętej pamięci zmarłego. Nawet jeśli pochówek musiałby się odbyć na dachu jakiegoś wieżowca, a „obróbką” zwłok miałyby się zająć gołębie, gawrony tudzież sikory bogatki.

Palenie wdów na stosie

Sati była boginią – żoną Sziwy. To ona jako pierwsza dokonała rytualnego samobójstwa, polegającego na samospaleniu się. Wśród szczególnie gorliwych wyznawców hinduizmu sati to nazwa ceremonii, podczas której na stosie, obok zmarłego mężczyzny, kładzie się też całkiem żywą wdowę... Mimo że jej udział w takim rytuale był teoretycznie dobrowolny, to zazwyczaj sama zainteresowana nie miała zbyt wiele do gadania. Najczęściej faszerowano babinę opium lub innymi dragami, a następnie oddelegowywano wprost w płomienie. Dziś, na przekór zakazom i próbom zerwania z tą makabryczną praktyką, sati w dalszym ciągu jest wykonywane, szczególnie na prowincjach.


Mamy głęboką nadzieję, że w tak cywilizowanym i tolerancyjnym kraju jak Polska uszanuje się tę tradycję i już wkrótce mniejszość hinduska będzie mogła zarówno palić zwłoki na stosach, a następnie wrzucać niedopieczone szczątki do rzek i potoków, a także i całkiem legalnie pozbywać się owdowiałych kobiet.

Kanibalizm

Zjadanie bliskich ma dość długą tradycję w wielu kulturach na całym świecie. Dziś zwyczaj ten praktykowany jest przynajmniej w kilku zakątkach naszego globu. Członkowie pewnej indyjskiej sekty – Aghori – twierdzą, że istoty ludzkie najbardziej boją się śmierci i że ze strachem tym trzeba się skonfrontować. Tylko bowiem w ten sposób osiągnąć można oświecenie. Owa konfrontacja sprowadza się do wyciągania gnijących trupów dryfujących po odmętach Gangesu, a następnie ceremonialnego pałaszowania fragmentów ich ciał.


Tymczasem członkowie amazońskiego plemienia Yanomami mają w zwyczaju kremowanie zwłok swoich najbliższych i mieszanie prochów z bananowa papką. Zjedzenie tej „potrawy” ma sprawić, że dusza nieboszczyka pozostaje u boku swych współplemieńców.
Wujo Google nie znalazł u nas żadnych przedstawicieli obu grup, aczkolwiek warto by usankcjonować zwyczaj ceremonialnego kanibalizmu. Kto wie – może któregoś dnia znajdzie się ktoś, kto postanowi kogoś skonsumować na ciepło i zrzuci winę na kultywowanie starej tradycji? Dobrze by mieć te sprawy uregulowane zawczasu.

Polowanie na wiedźmy

Ongiś ten piękny zwyczaj był w Europie dość popularny, dlatego może łatwiej będzie ponownie zalegalizować tradycję, która już kiedyś była u nas praktykowana.
Polowania na wiedźmy są w dalszym ciągu praktykowane np. w Papui – Nowej Gwinei, gdzie co jakiś czas media informują o kolejnym publicznym linczu (poprzedzonym okrutnymi torturami) na wiedźmie, która to miała zesłać na lokalną społeczność klątwę nieurodzaju.

Nie jest to jedyne miejsce, gdzie strach przed czarami sprawia, że ludzie wszczynają poszukiwania czarownic. Zwyczaj ten zaobserwowano na przykład pośród wielu społeczności afrykańskich. Ba, nie dalej jak pięć lat temu sam prezydent Gambii Yahya Jammeh uznał, że winę za śmierć jego ciotki ponosi rzucony przez jakąś kostropatą czarownicę urok. Polityk zorganizował więc oddział uzdrowicieli, który ruszył na krucjatę przeciw miejscowym czarodziejom. Nieszczęśnicy, którzy wpadli w ich ręce byli bici do nieprzytomności i pojeni napojem, który oprócz potężnego haju wywołuje też nieziemską biegunkę.


Uważamy, że postawa prezydenta Yahya (swoją drogą – ten gość twierdzi, że potrafi leczyć chorych na aids za pomocą ziół) jest godna pochwały. Zwyczaj tępienia czarownic należy przywrócić i u nas. Najlepiej wraz z sądami inkwizycyjnymi.

Legalna trawka dla Rastafarian?

Jak wiadomo konsumpcja marihuany jest ściśle związana z ruchem Rastafari, gdzie palenie konopi traktuje się jako jeden z najważniejszych sakramentów. Wiele wskazuje na to, że „święte ziele” pojawiło się na Jamajce dzięki hinduskim niewolnikom. Przyjmowanie trawki ma oczyścić ciało i umysł, zbliżyć wiernego do samego Jah. Rastafarianie nawet doszukują się w Piśmie Świętym fragmentów, które wręcz nakazują im wdychanie konopnego dymu. Krzak marihuany to nic innego jak biblijne Drzewo Życia, a wielkim miłośnikiem trawki miał być sam Jezus. Syn Boży oraz jego uczniowie stosowali w swych ceremoniach olej do namaszczania, którego częścią był tajemniczy składnik zwany „kaneh-bosm”. Według Jamajczyków chodzi tu o „cannabis”, a konkretnie olej z konopi indyjskiej.
Ruch Rastafari dotarł do Polski w latach 70. i ma się całkiem nieźle do dziś...


Niestety, teraz musimy zejść na ziemię. Ten sam Trybunał Konstytucyjny, który nie miał problemu z wydaniem zgody na przeprowadzanie uboju rytualnego, dosłownie parę tygodni wcześniej umorzył postępowanie w sprawie konstytucyjności prohibicji marihuany. Nie ma co się czarować natchnionym pieprzeniem o religijnej wolności i chęci dogodzenia biednym mniejszościom wyznaniowym. Wysyłane na eksport mięso z rytualnego uboju warte jest 1,5 miliarda złotych rocznie. A gdy mówimy o takiej kasie, to na bok idą wszystkie moralne opory i wątpliwości.

Oglądany: 127989x | Komentarzy: 154 | Okejek: 462 osób