Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

10 przypadków, w których ironia okazała się zabójcza

303 076  
695   57  
Głupota ma nagrody Darwina – przyznawane pośmiertnie osobom, które okazały się wyjątkowymi imbecylami podczas opuszczania naszego świata. Ironia coraz bardziej domaga się swoich własnych odznaczeń. Oto 10 przypadków, w których ironia losu zebrała swe śmiertelne żniwo.

#1. Śmierć na swoim własnym pogrzebie

Najwyraźniej raz umrzeć to za mało. Pewna Rosjanka zmarła na atak serca. Tak przynajmniej wydawało się lekarzom, którzy podpisali odpowiednie papiery i nadali przesyłkę do kostnicy, skąd nieżywą kobietę odebrała rodzina. Problem pojawił się dopiero na pogrzebie, kiedy... Fagilyu Mukhametzyanov postanowiła się ocknąć. Zorientowawszy się, że ostatni gwóźdź jest już w drodze, zaczęła drzeć się wniebogłosy. Ku zaskoczeniu, ale i przerażeniu pogrążonej w żałobie rodziny. Jednak po 10 minutach problem sam się rozwiązał. Rosjanka umarła. Znowu. Na atak serca. Najwyraźniej Jezus ma dobrych prawników od praw autorskich...

#2. Śmierć w katastrofie lotniczej... w symulatorze lotu

Gdzie tam FIFA, gdzie Call of Duty, gdzie Forza Motorsport. To dopiero realizm! Pewnego pięknego dnia w Kansas dwusilnikowy Beechcraft King Air 200 stracił zasilanie i runął wprost na jeden z budynków infrastruktury lotniska. Śmierć poniosła nie tylko załoga samolotu, ale również... trzej adepci sztuki latania, którzy w zaatakowanym budynku trenowali właśnie procedury bezpieczeństwa w symulatorze lotu.

#3. Utonięcie na przyjęciu ratowników

Setka ratowników i kolejna setka zaproszonych gości świętowała hucznie podczas suto zakrapianego przyjęcia. Wydawało się, że zabawie nie będzie końca. A jednak. W którymś momencie z dna wyłowiony został Jerome Moody. Chłopak utonął podczas przyjęcia dla ratowników. Mało tego - utonął podczas przyjęcia dla ratowników, które to przyjęcie zorganizowano z okazji... zakończenia pierwszego sezonu, podczas którego nikt nie utonął. Bardziej zabawnie byłoby już chyba tylko wtedy, gdyby okazało się, że Moody był jednym z ratowników, a nie zaproszonym na przyjęcie gościem.

#4. Szkło iście nietłukące

Gary Hoy, wzięty prawnik i inżynier z Toronto, nie lubił rzucać słów na wiatr. Kiedy o czymś mówił, chętnie podpierał się przykładami. Tak jak wtedy, kiedy mówił o wytrzymałości szkła w oknach budynku, w którym odbywały się zajęcia ze studentami. Hoy, dla podkreślenia swych słów, miał dziwny zwyczaj... rzucania się na okno. Po to, by pokazać, że szkło faktycznie jest "niezniszczalne". Zwykle odbijał się od tafli i wracał na środek sali, odprowadzany podejrzliwymi spojrzeniami (typu WTF?!) siedzących studentów. 9 lipca 1993 roku było jednak inaczej. Gary Hoy wziął solidny rozbieg i... zniknął za oknem wieżowca. Szkło wytrzymało uderzenie. Co innego framuga, która poddała się i wyleciała na zewnątrz razem z całym oknem i pechowym wykładowcą, dla którego był to ostatni pokaz.

#5. Woził segway razy kilka...

Kim był Jimi Heselden? Niegdysiejszy poszukiwacz złota zbił fortunę na produkcji barier ochronnych wykorzystywanych między innymi przez wojsko. Później jednak postanowił zainwestować i kupił firmę Segway, producenta dwukołowych wózków wykorzystywanych w 99% przez rozleniwionych ochroniarzy supermarketów. W każdym razie Jimi Heselden był tak zauroczony wynalazkiem, że postanowił samemu intensywnie go eksploatować. Przygoda nie trwała długo. Pod koniec września 2010 roku segway z Heseldenem za sterami zleciał z klifu, a 13-metrowa podróż w dół zakończyła się dla biznesmena śmiercią.

#6. Śmierć ze szczęścia

"Słuchanie Happy sprawia, że jestem happy!", napisała na Facebooku Courtney Sanford z Karoliny Północnej. Rzecz w tym, że kolejny raz okazało się, że zabawa telefonem podczas jazdy samochodem to nic dobrego. Zaledwie chwilę później dziewczyna była już bowiem martwa, a jej samochód sklejony z przodem jadącej z naprzeciwka śmieciarki. Cóż, wynika z tego, że przynajmniej umarła szczęśliwa. O ironio.

#7. Śmierć na elektrycznym... kiblu

Lawrence Baker za zabójstwo z 1979 roku został skazany na karę śmierci, ale osiem lat później skuteczne załatwienie sprawy zamieniono na dożywocie za kratkami. Baker uniknął więc posadzenia na krześle elektrycznym... co nie przeszkodziło mu jednak w ten właśnie sposób zginąć. Ze zbudowanymi własnoręcznie słuchawkami na uszach zasiadł pewnego pięknego dnia na aluminiowym tronie w swej komfortowej celi, a że izolacja zawiodła, to tyłek Lawrence'a domknął obwód i właściciel został śmiertelnie porażony prądem. Jak by nie było: co ma wisieć - nie utonie.

#8. Pierwszy polityk, który spełnił obietnicę

Nitaro Ito, działający w latach 70. kandydat do japońskiej Izby Reprezentantów, miał spore problemy z tym, by dorwać się do koryta. Sondaże nieubłaganie wieszczyły katastrofę. Zamiast więc poczynić kilka pustych obietnic nie do spełnienia, pan Ito postanowił zorganizować... show. Według planu miał zostać przez asystenta zaatakowany nożem, a następnie owym nożem dźgnąć się w nogę. By było bardziej dramatycznie. I to ostatnie udało mu się zrealizować. Ito dźgnął się tak celnie, że przeciął tętnicę i zaraz potem zmarł z wykrwawienia. Plany polityczne trafił szlag.

#9. Kaski są niepotrzebne!

Philip Contos był jednym z wielu motocyklistów, którym nie spodobało się nowe prawo wymagające od nich jazdy w kasku. Razem z 550 innymi protestującymi brał właśnie udział w demonstracji - wzorem naszej Masy Kretyńskiej jeździł po ulicach i blokował ruch. I wtedy coś poszło nie tak, bo Philip wykatapultował się z siedzenia swojego harleya, przeleciał przez kierownicę i wyrżnął gołym łbem o asfalt, ginąc na miejscu. Lekarze dodali tylko, że gdyby Contos miał na głowie kask, prawdopodobnie by przeżył.

#10. Do dwóch sko(cz)ków sztuka

Alvaro Sagnier, hiszpański aktor, dołączył do zaszczytnego grona 242 osób, które od 1981 roku zginęły w czasie uprawiania BASE jumpingu, czyli skoków spadochronowych, podczas których skacze się nie z samolotu czy helikoptera, a z wieżowców, urwisk skalnych i innych podobnych miejsc, z których nikt normalny nie chciałby skakać. I właśnie jeden z takich BASE skoków w Alpach zakończył się dla Sagniera tragicznie. Jakiś czas później wyczyn postanowił powtórzyć Dario Barrio, hiszpański szef kuchni, a prywatnie przyjaciel zmarłego aktora. Wyczyn powtórzył - aż zbyt dokładnie. Zabił się, oddając skok, którym chciał upamiętnić poprzednika. Następcy, który miałby ochotę upamiętnić tamtą dwójkę, póki co nie widać.
18

Oglądany: 303076x | Komentarzy: 57 | Okejek: 695 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

05.12

04.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało