Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Niepokonani - muzycy rockowi, którzy nie dali się powalić

93 265  
304   26  
Ostatnio przedstawiliśmy wam „niepokonanych” rockowych, artystów, co to rozłożeni zostali przez całkiem błahe czynniki. Dziś spojrzymy na ten temat z drugiej strony i zaprezentujemy kilku muzycznych wymiataczy, których kariera stanęła przed dużym znakiem zapytania, ale dzięki ich wytrwałości i lekkiemu wstawiennictwu samego Rogatego, udało im się szczęśliwie wrócić na rockowe tory.

Ozzy Osbourne

Oto człowiek, który powinien już w połowie lat 70. zakończyć swój żywot i odejść na emeryturę wprost do piekielnego spa. Ale nie. Ozzy nie tylko przeżył lata ćpania i nie mniej intensywnego picia alkoholu, ale i do dziś trzyma się całkiem nieźle (troszkę go tylko telepie Parkinson, ale już zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić przez ostatnie lata). I tylko jeden raz w życiu zdarzyło mu się... umrzeć.

W grudniu 2003 roku wokalista rozbił się swoim quadem podczas rekreacyjnej przejażdżki po terenach swej posiadłości w Anglii. Ozzy złamał sobie jeden z szyjnych kręgów, obojczyk oraz sześć żeber. Ponadto przestał oddychać. Na szczęście ochroniarz artysty, co to zaznajomiony był z technikami pierwszej pomocy, na powrót „tchnął” życie w wokalistę Black Sabbath. Artysta przewieziony został do szpitala, gdzie czekało go bardziej kompleksowe przywracanie do życia. Ponoć Ozzy z rozrzewnieniem wspomina przeciwbólowe leki, którymi to częstowany był podczas rekonwalescencji.

Travis Barker

Jeszcze gorsze nieszczęście przydarzyło się znanemu z kapeli Blink-182 perkusiście, Travisowi Barkerowi, który to w 2008 roku cudem przeżył wypadek samolotowy. Na pokładzie maszyny, mającej dowieźć na koncert Travisa oraz współpracującego z jego zespołem DJ-a Adama Goldsteina, znalazło się 6 osób. Zginęli wszyscy oprócz Barkera i jego kumpla. Artysta z poparzeniami trzeciego stopnia trafił do szpitala.


Artysta stracił wprawdzie kilka swych charakterystycznych tatuaży, ale na szczęście wrócił do pełni zdrowia. Podobno fani, aby dodać swojemu idolowi trochę otuchy, grali na swoich perkusjach rozstawionych przed szpitalem, w którym dochodził do siebie Travis. Nie jesteśmy pewni, czy zdjęcie poniżej nie przedstawia reakcji artysty na ten nieustanny łomot...


Nikki Sixx

Pudel-metal to zdecydowanie najbardziej kontrowersyjny dla współczesnych miłośników ciężkiego grania okres w rockowych dziejach. Jednymi z naczelnych reprezentantów tego stylu byli członkowie kapeli Mötley Crüe. Oczywiście jak przystało na grupę, która jak by nie patrzeć wpisuje się w naczelną zasadę rock'n'rolla, czyli „Żyj szybko, umieraj młodo”, panowie lubili mocno zaszaleć.


W 1987 roku basista Nikki Sixx zrobił sobie bożonarodzeniowy prezent w postaci zastrzyku potężnej dawki heroiny, która wysłałaby na tamten świat pewnie niejednego z omawianych tu rockmanów. Muzyk odwalił kitę na całe dwie minuty. Dopiero szybka interwencja pogotowia i koński zastrzyk adrenaliny zaserwowany artyście w ambulansie, pomógł Sixxowi nieco się ogarnąć. Po tej ciężkiej przygodzie Nikki stwierdził „Ale jazda!” i wrócił do swojego pokoju hotelowego, aby strzelić sobie kolejną porcję narkotyku. W ciągu wszystkich lat kariery Sixx sześciokrotnie przedawkował. Wierzcie lub nie, ale podobno obecnie jest wzorem trzeźwości i uczciwości małżeńskiej.

Dave Gahan

Podobną „przygodę” miał lider Depeche Mode, który na początku lat 90. zdecydowanie olał dbanie o siebie. Mający problem z narkotykowym uzależnieniem muzyk wyraźnie podupadł na zdrowiu. W 1993 roku, podczas jednego z występów w ramach światowego tournée, Dave dostał ataku serca. Mimo że lekarze kategorycznie zabraniali mu kontynuowania trasy koncertowej, artysta zbagatelizował wszelkie doniesienia o swym kiepskim stanie.


W 1995 roku Gahan usiłował popełnić samobójstwo przez podcięcie sobie żył. Nieskutecznie. Dopiero rok później udało mu się osiągnąć cel, kiedy to w hotelu w Los Angeles wokalista zażył zdecydowanie za dużą porcję speedballa, czyli mieszanki heroiny z kokainą. Podobnie jak Nikki Sixx, Dave „umarł” na dwie minuty, podczas których sanitariusze usiłowali przywrócić go do życia. Krótko po tym, jak artysta odzyskał świadomość, trafił do aresztu za posiadanie narkotyków. To traumatyczne doświadczenie na zawsze nauczyło go unikania dragów.

Frank Zappa

Los wystawił na próbę zdrowie także i jednego z największych dziwaków w historii rocka. W 1971 roku podczas szwajcarskiego koncertu Zappy i jego grupy Mothers of Invention, jeden z mniej rozgarniętych fanów odpalił racę, dzięki której w ogniu stanęła cała sala. Z dymem poszedł sprzęt zespołu i wszystkie instrumenty. Tutaj, nieco przewrotnie, trzeba jednak powiedzieć, że to tragiczne wydarzenie miało swoją, istotną dla każdego miłośnika muzyki rockowej, pozytywną stronę. Kawałek „Smoke on the Water” Deep Purple zainspirowany został tym właśnie pożarem.


Po tygodniu Zappa i jego grupa pojawili się z wypożyczonymi instrumentami na scenie Rainbow Theatre w Londynie. Jednak i na tym występie pojawił się fan, który postanowił wszystkim zepsuć zabawę. Gość z impetem wpadł na scenę i zepchnął z niej Franka. Gitarzysta runął wprost na betonowy plac przeznaczony dla orkiestry. Mimo że wszyscy myśleli, że po takim uderzeniu Zappa zostanie zapakowany w czarny worek i przewieziony do kostnicy, artysta przeżył. Oprócz sporej ilości złamań, gwiazdor doznał poważnego urazu głowy, pleców, nóg i szyi. Zappa przez długi czas poruszał się na wózku, ale doszedł do siebie. Od tego czasu jego głos był znacznie niższy niż kiedykolwiek wcześniej – to efekt „naprawienia” zmiażdżonej krtani muzyka.

James Hetfield

Zespół Guns N' Roses zawsze lubił wzbogacać swe występy o efekty pirotechniczne. W 1992 roku, w ramach trasy koncertowej u boku Metalliki, zespół zagrał w Montrealu. Metallikowa ekipa stanęła na głowie, aby eksplozje i ogień były znacznie efektowniejsze od tego, co oferowali Gunsi.


Wyszło lepiej, niż wszyscy się spodziewali – nie tylko scena rozbłysła efektownymi wybuchami, ale także i w płomieniach stanął i sam wokalista zespołu, który pechowo wlazł na ładunek pirotechniczny. James Hetfield trafił do szpitala z poważnymi poparzeniami rąk i twarzy.


Tymczasem zirytowani zaistniałą sytuacją fani Metalliki postanowili wyładować swoją złość na Gunsach. Axl, który słynął z dość olewczego traktowania publiczności stwierdził, że warunki techniczne mu nie odpowiadają i że także i jego grupa nie będzie kontynuowała występu. Zniesmaczeni takim zachowaniem fani wszczęli zamieszki, podczas których wywracano samochody, demolowano sklepy i wzniecono pożary, których rozmach zdecydowanie przebił sceniczną pirotechnikę.
Tymczasem jeszcze nie do końca wyleczony Hetfield już trzy tygodnie później zagrał ze swoją grupą koncert w Phoenix.

Rick Allen

Allen to perkusista legendarnego zespołu hard-rockowego – Def Leppard. W 1984 roku bębniarz wsiadł za kierownicę swojej corvetty i mocno wcisnął pedał gazu. Może i by bezpiecznie dojechał do celu, gdyby nie pewien agresywny kierowca alfy romeo, który sprowokował Ricka do wciśnięcia gazu jeszcze mocniej. W pewnym momencie artysta stracił panowanie nad swoim autem. Corvetta wpadła w poślizg, a następnie wykonała efektowny ciąg dachowań. Allen, który nie miał zapiętego pasa, wyleciał z samochodu i wyjątkowo paskudnie uszkodził sobie lewe ramię (w praktyce to większość jego kończyny była odcięta). Dzięki szybkiej interwencji lekarzy z pobliskiego szpitala udało się rękę poskładać do kupy, ale niedługo potem wdała się infekcja i konieczna była amputacja.
W tej sytuacji oczywiste było dla Ricka, że jego kariera muzyczna runęła właśnie w gruzach. Innego natomiast zdania była reszta członków Def Leppard, którzy nawet nie chcieli słyszeć o graniu z kimś innym za bębnami niż Allen. Muzyk spędził całe tygodnie na konsultacjach z technikami. Pomocą też służył Jeff Rich – perkusista zespołu Status Quo, który ostatecznie pomógł Rickowi skonstruować półelektroniczny zestaw, który mógł być obsługiwany przez jednorękiego bębniarza. Wykonaniem instrumentu zajął się brytyjski producent elektronicznych perkusji - Simmons. Muzyk dość szybko przyzwyczaił się do tych nowych warunków i wkrótce nagrał ze swym macierzystym zespołem jeden z najlepszych albumów w historii hard-rocka - „Hysteria”. Dziś, po 30 latach od wypadku, Allen w dalszym ciągu bębni dla Def Leppard.




Źródła: 1, 2, 3
1

Oglądany: 93265x | Komentarzy: 26 | Okejek: 304 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

26.09

25.09

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało