Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Refleksje po szybkiej wizycie w Amsterdamie

136 805  
520   68  
Warto czasem poszperać w promocyjnych ofertach biur podróży. Dzięki temu zamiast standardowego weekendowego zamulania na polskim gruncie, zamulić sobie można na przykład w Amsterdamie. I to za naprawdę śmieszne pieniądze. A trzeba przyznać, że legendarna stolica Holandii to idealne miejsce na intensywną celebrację końca tygodnia.

Rowery, rowery, rowery...

Amsterdam to – jak wiadomo – europejska stolica kultury rowerowej. Rowery (których liczba przekracza już milion sztuk!) walają się dosłownie wszędzie – potknąć się można zarówno o maszyny wspomagane elektrycznymi silniczkami, jak i np. o przeżartą rdzą „kozę”, którą ktoś porzucił na ulicy pewnie z parę dekad wcześniej. Sporo rowerowego złomu kończy swój żywot w wodach przecinających miasto kanałów. Co roku trafia tam aż 25 tysięcy jednośladów, z czego jedynie ok. 8 tysięcy udaje się wyciągnąć na powierzchnię.
Większość ścieżek rowerowych to oznaczone sygnalizacją drogi jednokierunkowe, gdzie panują dokładnie takie same zasady jak na jezdni. Osoba przyzwyczajona do polskiej, rowerowej samowolki szybko może zostać przywołana do porządku przez Holendrów, dla których chyba jedynym problemem są gapowaci, zawalający drogę lub jeżdżący pod prąd turyści. Nie zmienia to faktu, że warto odwiedzić wypożyczalnię rowerów, gdzie za 8 euro wynająć sobie można zabytkową, niemożebnie skrzypiącą Gazellę i spędzić parę godzin na przeczesywaniu amsterdamskich uliczek.


Sugerujemy nie pozostawiać jednak wypożyczonych jednośladów na czteropiętrowym parkingu Bicycle Flat. Mieści się tam aż 4 tysiące rowerów! Upalony zielskiem turysta może mieć później niemały problem w zlokalizowaniu swojej maszyny.


…i małe autka

Podejrzewamy, że nałogowi amsterdamscy kierowcy samochodów muszą narzekać na ilość rowerzystów, podobnie jak polscy miłośnicy dwóch kółek psioczą na nadmierną ilość aut na ulicach. Dobrym rozwiązaniem jest zakup skutera. Prawo pozwala bowiem skuterzystom przemieszczać się po drogach rowerowych. Innym rozwiązaniem jest sprawienie sobie samochodu, przy którym Smart wygląda niczym tir z naczepą.


Oto Canta – produkowane w Holandii przez małą firmę Waaijenberg gówienko, które z racji swojej szerokości (1,1 metra!) traktowane jest przez prawo na podobnych zasadach jak np. wózek inwalidzki. Dzięki temu można nim jeździć po drogach rowerowych, a nawet... po centrach handlowych (tak przynajmniej zapewnia producent). Ten śmieszny samochodzik, na który nie jest wymagane prawo jazdy, potrafi rozpędzić się do prędkości 50 km/h, zajmuje ćwierć miejsca parkingowego i pali nie więcej niż przeciętny rower.

Wąskie domy

Holendrzy to prawdziwi mistrzowie w zagospodarowywaniu przestrzeni mieszkalnej. Czasem odległość między budynkami jest tak mała, że problem mogliby mieć dwaj usiłujący się minąć rowerzyści. Nie przeszkadza to jednak wypełnić tę lukę kolejnym domem. Cóż z tego, że będzie on mierzył jedynie 4 metry szerokości?


Rekordowo wąski dom (podobno najwęższy na świecie) ma niewiele ponad metr szerokości. Z historią tego budynku związana jest pewna legenda. Otóż w XVI wieku dwaj zamożni bracia Trip postawili sobie dom długi na 22 metry. Wiele osób zazdrościło braciom posiadania najszerszej kamienicy w Amsterdamie. Swojego podziwu nie krył nawet ich woźnica, który to przyglądając się budynkowi miał mamrotać po nosem „Boże, jakże chciałbym mieć dom, nawet jeśli miałby być szeroki jak drzwi wejściowe rezydencji mojego pana...” Pewnego razu jeden z braci usłyszał, co mówi woźnica i zadbał o to, aby życzenie ubogiego mężczyzny się spełniło.

Miasto zbudowane na szczudłach

Amsterdamska gleba jest mulista i podmokła, co bardzo utrudniało budowę domów. Aby budynek stał prosto i z biegiem czasu nie zatopił się w błocie, trzeba było wkopywać w ziemię wielkie drewniane bale jako fundament. I to głęboko – najczęściej wsporniki wpuszczone są na 15 do 20 metrów głębokości. Pałac królewski stoi na 13 659 palach (co daje ok. 20 pali na metr kwadratowy)!
Nietrudno zauważyć, że gęsto upchnięte koło siebie domy w całości przypominają krzywy zgryz nastolatka, który kategorycznie odmówił noszenia aparatu korekcyjnego.
W XVII wieku, gdy Amsterdam przeżywał prawdziwą rewolucję gospodarczą, drewno było bardzo drogim i niezwykle pożądanym towarem. Wszystkie okoliczne lasy zostały wykarczowane i żeby nie pójść z torbami, inwestorzy musieli drastycznie ograniczyć ilość pali instalowanych pod nowo powstającymi budynkami. Efekt oszczędzania na tym materiale budowlanym widać już było po kilku latach od zakończenia budowy...
Tak czy siak szacuje się, że łącznie w amsterdamskiej, grząskiej glebie znajduje się 11 milionów takich pali.


Tulipany

Poza trawką i prostytutkami to dla większości jeden z najbardziej charakterystycznych motywów, z których słynie nie tylko Amsterdam, ale i cała Holandia. Tulipany trafiły do tego kraju na przełomie XVI i XVII wieku z Imperium Osmańskiego. Dzięki holenderskim botanikom udało się stworzyć krzyżówki tych kwiatów, które to łatwiej znosiły zimny klimat. Wśród ówczesnej arystokracji wybuchła prawdziwa moda (określana mianem „tulipomanii”) na popisywanie się przed sąsiadami coraz to rzadszymi odmianami tulipanów. Ich cebulki osiągały wówczas nieprawdopodobnie wysokie ceny, np. za wyjątkowo egzotyczną wersję takiego kwiatka niektórzy arystokraci byli w stanie zapłacić nawet sześciokrotność swoich miesięcznych zarobków!


Tulipomania sprawiła, że handlarze i importerzy kwiatów bogacili się o tysiące guldenów. Z drugiej jednak strony wielu ekscentrycznych kolekcjonerów potrafiło doprowadzić się na skraj bankructwa, aby tylko zdobyć upragniony kwiatek...
Dziś jedną z atrakcji Amsterdamu jest kwiatowy rynek, gdzie oprócz niezliczonej ilości odmian tulipanów nabyć też można zestawy do hodowli marihuany...


Narkotyki

Nie ukrywajmy – to jeden z głównych celów, dla których do Amsterdamu zjeżdża 20 milionów turystów rocznie. Marihuana i wszystkie produkty na jej bazie można legalnie kupić i skonsumować na terenie amsterdamskich coffee shopów, które gęsto rozsiane są szczególnie po centrum miasta.


W dobrych lokalach lista dostępnych odmian trawki, haszyszu i „kosmicznych” ciasteczek przypomina restauracyjne menu.


Przed skosztowaniem jednego z oferowanych w coffee shopach cudów natury warto porozmawiać ze sprzedawcą i sprecyzować mu swoje potrzeby. Różnica pomiędzy mocą i działaniem serwowanych tam „dań” potrafi być naprawdę drastyczna. Zgodnie z obecnym prawem ilość posiadanej przez nas trawki nie może przekraczać 5 gramów.


Oprócz coffee shopów, oferujących narkotyki miękkie, Amsterdam pełen jest sklepików z psylocybinowymi grzybkami (czyli narkotykami al dente), szałwią wieszczą, psychoaktywnymi mieszankami ziołowymi oraz syntetycznymi dopalaczami. Gołym okiem widać, na jakie inne narkotyki jest szczególnie duży popyt wśród turystów.
Praktycznie na każdym rogu spotkać można Murzyna handlującego kokainą, ecstazy czy LSD, mimo że legalne odpowiedniki tych dragów można sobie nabyć w jednym z setek sklepów z dopalaczami.

Szacunek dla tych, co styrani

Większość takich weekendowych obieżyświatów jak my przyjeżdża do stolicy Holandii po to, aby palić skręty, jeździć na rowerze, wałęsać się po klubach oraz ślinić do prostytutek eksponujących swoje wdzięki w oświetlonych czerwonymi żarówkami kabinach. Nie brakuje jednak takich, których wolność nieco poniosła i niewinnie zaczęty wieczór przy haszyszu i ciepłej herbatce zamienił się w prawdziwą orgię pełną dragów, alkoholu i tanich kurtyzan z falliczną niespodzianką pomysłowo ukrytą w stringach.


Dla tych, którzy budzą się z głową zanurzoną w wystygłej zawartości własnych żołądków, nieskładnie mamrocząc „Ale czo szę ształo?”, powstało Centrum Informacji na temat Kaca. To przypominający przychodnię lokal, gdzie odziane w lekarskie fartuchy dziewczęta serwują „lekarstwo” o nazwie „Reset”. Napój zawierający kompleks witamin, aminokwasów oraz cholinę – organiczny związek wspomagający oczyszczanie wątroby z toksyn. Na szczęście, jako że melanż aż tak bardzo nas nie poniósł, nie musieliśmy korzystać z pomocy tego specyfiku.




Prostytucja

Od 1815 roku prostytucja jest legalnym zawodem, a panie świadczące usługi seksualne zrzeszone są w związkach zawodowych, płacą podatki i regularnie korzystają z opieki zdrowotnej. Prawo zabrania im jednak nachalnego nagabywania przechodniów. Prostytutki z de Wallen (tzw. dzielnicy czerwonych latarni) eksponują więc swoje wdzięki na podświetlonych czerwonymi lampami witrynach. Klient może sobie towar obejrzeć, zapytać o cenę (najczęściej 50 euro za 20 minut rozpusty), dogadać szczegóły wizyty oraz wytargować dodatkowe usługi.




Wariant podstawowy to najczęściej lodzik i standardowy, waginalny seks. Miłośnicy bardziej zaawansowanych zabaw powinni dogadać się z prostytutką zanim zdecydują się na wejście do jej „służbowego” pomieszczenia. Warto też zwrócić uwagę, że o ile dziewczyny (za odpowiednią opłatą) chętnie zgadzają się na np. seks analny, odrobinę sadomasochistycznych klimatów czy siadanie na twarzy swojemu klientowi, to już bardzo nie lubią turystów, którzy robią im zdjęcia. Co więcej – za nachalne fotografowanie „kobiet pracujących” można dostać łomot od samych Holendrów, dla których takie zachowanie jest przykładem okazywania braku szacunku dla najstarszego zawodu świata.


Seks za pieniądze traktowany jest tutaj jak każdy inny zawód i na przykład nikomu nie przeszkadza to, że witryny z prostytutkami (akurat tymi najbardziej szpetnymi – moim skromnym zdaniem) znajdują się dosłownie trzy metry od najstarszego kościoła w Amsterdamie (Oude Kerk z XIV wieku).

I to tyle. Więcej spostrzeżeń nie pamiętam. Z racji na mały bagaż i konieczność pozostawienia aparatu fotograficznego w domu, fotografie robiłem blantem i tylko kilka z nich nadało się do pokazania tutaj. Resztę podsunął mi wujo Google.
6

Oglądany: 136805x | Komentarzy: 68 | Okejek: 520 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

13.11

12.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało