Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Piekielne autentyki IX

75 425  
235   30  
Tych co lubią poczytać, zapraszamy na dziewiątą część historyjek z życia wziętych.

Krótka, lekko straszna, ale nie do końca piekielna przygoda z dresami.

Godziny późno wieczorne, wychodzę z psem na spacer. Po załatwieniu psich potrzeb, wracamy do mieszkania. Jakieś 300-400m od bloku podbija dwóch dresów. Pierwsza myśl - cholera, nie mam telefonu, nie mam portfela, nie skroją mnie, więc będzie wpie*dol. Po chwili myśl druga - przecież mam psa, ugryzie jednego, drugi ucieknie, więc chyba będę żył.
Podeszli do mnie i jak na komendę zdjęli swoje zakapturzone bluzy. W głowie myśl "no ku*wa pięknie, pedały mi się trafiły, jakby nie mogli tylko wpierdzielić". Wtem odzywa się ten większy.

[D]res: Ty, psiarzu, który z nas ma większe muły?
[J]a: No ty... - I pokazałem ręką na tego większego.
[D] (zwracając się do kolegi) - A widzisz Krzychu, wygrałem. Wypieprzaj po żelki.

I sobie poszli.

by GranatPL

* * * * *


Historia Hellraisera przypomniała mi akcję, którą zrobiliśmy na AM koledze w akademiku.

Impreza. Kolega powszechnie Misiem zwany, zalał makówkę tak, że w zasadzie można by było zrobić z nim cokolwiek i nic by nie zauważył. No po prostu sam się prosił...

Akademik AM, więc cały komplet potrzebnych "specjalistów" się znalazł. Koledze nogę zagipsowaliśmy, rentgena z jakimś nieczytelnym maziajem zamiast nazwiska ze śmieci i pustą kartę wypisu ze szpitala zdobył kolega, który odrabiał akurat jakieś zaległości w klinikach (stary jestem - wtedy jeszcze w szpitalach nie było tak trudno załatwić tego typu rzeczy jak teraz...). Rano Misio obudził się w swoim łóżku z kompletem dokumentacji medycznej i gipsem na nodze. Jako, że M jak ja studiował farmację to w wypis (łacina) się nie wczytywał i sprawa przeszła - trochę się tylko dziwił, że nie za bardzo go boli...
Niesamowite jest to, że w akcję zaangażowane były cztery osoby i nikt nie puścił pary przez 4 tygodnie, przez które Misio chodził z gipsem. Pacjent dumny opowiadał tylko z dnia na dzień coraz bardziej odjazdową historię jak to on ostro imprezował i połamał sobie gnaty.

Wisienką na torcie było zdejmowanie gipsu w szpitalu. (Jakoś tak to chyba wtedy było, że żeby dostać odszkodowanie to trzeba było zdjąć gips w szpitalu, a nie samemu).
Kolega z lekarskiego, który fabrykował kartę wypisu wpisał na niej po łacinie, wcale nie złamane kopytko tylko poród z przez cesarskie cięcie. Koleżanka, która poszła z Misiem na zdjęcie opowiadała, że lekarz ze śmiechu aż się zapowietrzył. Do tego jak się okazało, że noga nigdy nie była złamana, z czym się wygadała wspomniana koleżanka...

Akademiki AM to specyficzne miejsce. Takie wspomnienia jak Grand Prix o 0,7 wódki - 3 piętra po schodach w górę i w dół z nogami potraktowanymi zastrzykiem zwiotczającym - pozostają na całe życie. :D

by jagas

* * * * *


Początek mojej krucjaty o wolność kart płatniczych i jednocześnie przypadek, którym ustanowiłem rekord własnej piekielności.

Niecałe dwa lata temu znajomy zamierzał kupić TV do sklepu - duży, do prezentowania oferty akurat na sklepie nieobecnej. Ze mną jako doradcą wybraliśmy się do jednego z sieciowych sklepów RTV/AGD. Jako, że suma zbliżająca się do 5 cyfr ("nie mniej jak 60 cali"), oczywiście bez gotówki - za to z kartą i dostępem online do konta, gdyby sklep wolał przelew. Informacja na miejscu, od - jak później wyszło - kierowniczki sklepu "powyżej tysiąca płatność tylko gotówką". Zgodnie z prawem mogła odmówić sprzedaży.

Szukanie przyczyn wyjaśniło rezultaty: pracownicy sklepu mieli premię zależną od obrotu (ilość sprzedanych produktów), natomiast kierownik placówki - uzależnioną od zysku, który prowizja za płatność kartą pomniejszała. Zakupów za duże kwoty raczej nie robi się ad hoc, więc klientom to nie przeszkadzało - po prostu płacili później, gotówką. Koledze przeszkadzało, więc ułożyliśmy piekielny plan.

Przez ponad dwa tygodnie rozmienialiśmy pieniądze, z zamiarem wybrania się do sklepu z zapasem monet (maksymalny nominał: 20 groszy). Ciężki pieniądz - dosłownie, około tony gotówki. Dodatkowo - wydrukowane fragmenty odpowiednich ustaw (dla zainteresowanych: Kodeks Wykroczeń art. 135) o obowiązku sprzedaży detalicznej i pełnomocnictwo notarialne dla mnie. Gwiazdka przyszła w czerwcu: sobota, 20 minut do zamknięcia, a za kasą Piekielna. Podaję model, informuję, że będę płacił gotówką, Piekielna uśmiechnięta, informuję, że w takim razie kolega idzie z pieniędzmi.

Mina [P]iekielnej gdy kolega wtoczył się z dwoma wiadrami groszy - bezcenna. Zaczyna protestować, że takiej drobnicy ona nie przyjmie, że tak nie można. Podsunięty pod nos art. 135 KW widocznie sprawił, że zmieniła zdanie. W tym momencie [K]olega zaoferował, że "może jednak kartą albo przelewem?"
[P]: Nie, bo taka kwota tylko gotówką!
[K]: Gotówką mamy tylko tak.
[P]: Wiecie, ile zajmie liczenie tego złomu?
[J]a: Krótko: mamy gotówkę, państwo nie mogą odmówić sprzedaży, proszę liczyć, doniesiemy resztę gotówki.
[P]: (wielkie oczy) To tego jest więcej?
[J]: Łącznie tona monet. Jako, że liczą to pracownicy, pozwolę sobie sprawdzić przez PIP, czy policzono im nadgodziny.

Kobieta wyglądała, jakby chciała mnie zabić. Ochroniarz, od którego zażądała usunięcia nas ze sklepu stwierdził tylko, że "oni nie robią nic niewłaściwego, a ja nie zamierzam biegać po sądach nie z mojej winy". Łącznie cztery osoby liczyły i sortowały gotówkę. W tym czasie jeden z pracowników (bardziej rozgarnięty, jak widać) zadzwonił do magazynu/centrali celem ściągnięcia liczarki do bilonu. Z liczarką, która dotarła prawie 2 godziny po planowanym zamknięciu, przyjechała niespodzianka.

Niespodzianką był dyrektor regionalny sieci sprzedaży, którego pracownicy centrali powiadomili mailowo o bardzo nietypowym zamówieniu - przybył sprawdzić co się dzieje. Po chwili tłumaczenia co i jak, wyśmianiu się z całej sytuacji (takie coś nigdy wcześniej się nie zdarzyło), poinformował, że "górny limit płatności kartą" to wymysł kierowniczki i zapytał, czy chcemy złożyć oficjalną skargę na zachowanie Piekielnej. Uznaliśmy, że skarga jest na miejscu, ale prosimy, żeby Piekielna pracy nie traciła - cały nasz wysiłek edukacyjny poszedłby na marne.

Finał: 20 minut później wychodziliśmy z zakupionym TV. Piekielna nadal pracuje w tym sklepie, na stanowisku kierownika zmiany, kierownikiem sklepu jest przytomny pracownik, który wpadł na pomysł liczarki, sklep przyjmuje karty przy dowolnie dużych operacjach, a ja - za pomysł i realizację operacji - będę się smażył w piekle. Zasłużyłem, a co! :)

by Asmodeusz

* * * * *


Wystawiłam ostatnio mikrofalówkę na jednym z portali do tego przeznaczonych. Chętnych trochę było, bo sprzęt mało używany i sprawny, a cena atrakcyjna, także co jakiś czas odzywali się zainteresowani.

Wczoraj sprawdzam pocztę, widzę maila o tytule "propozycja za mikrofaluwke", więc otwieram, oglądam załącznik i mało z krzesła nie spadłam. W załączniku było zdjęcie przedstawiające męskie przyrodzenie w stanie erekcji. No normalnie kolesiowi stał. Do tego dodał krótką notkę:

"czy tyle wystarczy za mikrofaluwke? hehe, sprzęcik za sprzęcik, co nie????"

Sama nie wiem jak oparłam się tej kuszącej propozycji, ale odpisałam.
Że drobnych nie przyjmuję.

by pannamigotka

* * * * *



Historia o piekielnym księdzu i piekielniejszym lekarzu wydarzyła się kilka lat temu w moim miasteczku powiatowym, w kościele podczas mszy. [Było o tym nawet w pewnym programie TVP co obcokrajowcy sądzą o Polakach].

W kościele trwa msza, podczas której ksiądz mówi o aborcji, że to morderstwo nienarodzonych dzieci. Dalej wymienia pewnego lekarza z imienia i nazwiska podając, że ten a ten lekarz dokonał dwóch aborcji i zasługuje na całkowite potępienie. W trakcie powyższego wystąpienia do ambony podchodzi pewien parafianin prosząc o zabranie głosu. [K]siądz uprzejmie zaprasza, ale nie wie on ani pozostali parafianie, iż jest to w/w [L]ekarz.
L: Nazywam się tak i tak [K zachowuje spokój], jestem tym i tym lekarzem [K zaczyna nabierać barw na twarzy], dokonałem nie dwóch, a pięciu aborcji - podniesionym głosem - w tym trzech u zakonnic [K próbuje wyrwać księdzu mikrofon, na ambonie szamotanina] PROSZĘ DO MNIE WIĘCEJ NIE PRZYSYŁAĆ ZAKONNIC.

U wszystkich parafian szok i niedowierzanie...

by plokijuty

* * * * *


Czytując Piekielnych, można się wiele nauczyć o kobietach podejrzanie się prowadzących. Wiemy już jak je zwalczać i rozpoznawać. Moglibyśmy napisać pracę zbiorową "młot na ladacznice". Widząc kobietę ubraną w czerwoną sukienkę, minispódniczkę, szpilki, spodnie, z jaskrawymi paznokciami, makijażem, (można dojść do wniosku, że tylko dziwki mają prawo do ubierania się w cokolwiek) wiemy od razu że jej intencje są nieczyste!

Dorzucę dziś do tego skarbczyka mądrości informację uzyskaną od specjalisty w dziedzinie moralności: księdza.

Wracam do mojego małego miasta autobusem. Przysiada się jegomość w koloratce. Nie zwróciłam za bardzo uwagi pochłonięta lekturą. Nagle, na mojej książce zmaterializowała się dłoń, a ojcowski głos ogłosił:
- Dziecko, tak się nie godzi.
Tsunami myśli w mojej małej główce: O co chodzi? O strój? Jak raz konserwatywny. Makijaż? Niewidoczny. Włosy? Spięte. Paznokcie? Bezbarwne. Może miejsca komuś nie ustąpiłam? Wszyscy siedzą. Włosów nie farbuję, na solarium nie chodzę, papierosów nie palę, więc co?
- Młoda dziewczyna musi się szanować. Nikt takiej nie będzie chciał.
No i czort, o co chodzi? Rozpoznał mnie z Piekielnych? Zesłali go z nieba, żeby mnie przekonał do zaprzestania ekscesów seksualnych?
- Żeby to jeszcze publicznie takie rzeczy. - Postukał palcem w okładkę mojej książki. - Ludzie widzą co czytasz.
Do głowy by mi nie przyszło, że o to chodzi. Zgadnijcie co to był za tytuł i wpiszcie pierwszą myśl w komentarzu, jeżeli chcecie. Nie był to Markiz de Sade. Ani Fanny Hill. Ani Lubiewo, ani nawet Zmierzch czy Harry Potter.
To był podręcznik do nauki pewnego programu graficznego. Dość mocno technicznego.

Pomyślałam, że księżulek po prostu nie łapie co to jest. Tłumaczę:
- Ale to taki program do projektowania, ja studiuję i...
- Jeszcze takie rzeczy studiować!
- Ale ja studiuję (nie podam nazwy kierunku, ale wydział architektury)...
- ALE TO JEST DLA MĘŻCZYZN! Przecież ty nigdy nie znajdziesz męża, bo jak sama będziesz mężem to nikt cię nie zechce! Kobieta to musi być kobieta, mężczyzna to mężczyzna! Tak to bóg zaplanował, nie można tego zmieniać! Jak tak będziesz robić to zostaniesz prostytutką! Tak kończą dziewczyny, które zmieniają naturę!
I tak dalej, aż do stacji metra.

Pamiętajcie, AutoCAD prostą drogą do nierządu.

by Tarija

* * * * *


Epizod o natrętnym wielbicielu z gatunku alkoholikus-taniochus.

Gdy w Polsce pracowałam dorywczo jako konserwatorka powierzchni płaskich w małym hoteliku, to zdarzało mi się wracać dość późno. Pracowałam na weekendy, bo w tygodniu do szkoły.
W tych czasach płaskie dość było ze mnie dziewczę, kształty przybyły z wiekiem.

Pewnego zimowego wieczora stoję sobie na przystanku autobusowym i czekam na autobus. Koło przystanku przechodzi pan menel, widząc mnie zatrzymuje się. Serduszko mi pykać szybciej zaczęło, bo przystanek na tzw. zadupiu i żadnej żywej, i trzeźwej duszy. Pan menel zbliża się do mnie i zagaduje:
- A panience to tak straszno nie stać tak?
- Nie.
Tu ohyda paskudnie się oblizuje i kontynuuje:
- Bo ja chętnie panience towarzystwa dotrzymam. Tam krzaki niedaleko, to może się ogrzejemy?
I tu cap łapie mnie za ramię. Krzyczeć: do kogo? walczyć: nie umiem. Ale dowcip jest u mnie zmysłem dość rozwiniętym.
- Jasne, spoko, tylko się odleję.
Pan uśmiecha się, a ja odchodzę kawałek od niego, jakieś pięć kroków. Rozpinam rozporek, wyjmuje ukradkiem butelkę z piciem (taka jak np od Jupika) i "załatwiam się" jak facet. I do tego jeszcze tekst (jak najbardziej męskim głosem):
- Bo widzi pan w tych babskich rzeczach to naprawdę trudno ch*** upchnąć!
Pan menel oczy w słup i uciekł ile sił w nogach.

I jak to poczucie humoru może uratować człowiekowi skórę...

by Cyanopsittaspixii

* * * * *


Dziś siedziała przede mną w autobusie [M]ama z [S]ynem. Nie zwracałam zbytnio na nich uwagi, czytałam gazetę.
Zupełnie mimowolnie podsłuchałam taki fragment:

[M]: Adrian, ja już z tobą nie wytrzymam, nie mam do ciebie siły! Nie dość, że nic mi nie pomagasz, syf w domu robisz, to jeszcze jesteś taki bezczelny!
[S]: Z reklamacją to do producenta, nie do mnie! A, sorry... Ty nie wiesz, kto jest moim producentem!

Synuś odwrócił się od mamy i odpalił techniawkę na słuchawkach, a mnie aż się głupio zrobiło.
Ostatnio coraz częściej robi mi się głupio za innych ludzi.

by gateway

* * * * *


Dostałem prośbę o opisanie nietypowych sposobów udzielania pomocy. To opisuję.

Wezwanie do wsi, na granicy rejonów. Daleko, droga kiepska, oględnie mówiąc. Wzywający dodzwonił się do sąsiedniej stacji Pogotowia, która potrafiła nam przekazać tylko tyle, że jedziemy do starszego pana z bólem w klatce piersiowej...
Wezwanie powszechne, może być poważne, ale możemy się natknąć na zgagę albo bóle kręgosłupa...
Do tego, Dyspozytor wysyła nas w kodzie drugim.
Wyjaśniam: kod pierwszy to bezwzględnie sygnały, bo dramat. Kod trzeci w zasadzie nie powinien dotyczyć zespołu ratunkowego, bo to wizyta dla lekarza POZ (akurat...).
Kod drugi to zmora dla zespołu. Bo oznacza: jeżeli kierownik ma ochotę, to lećcie na gwizdkach, a jak nie, to na spokojnie.
W wolnym tłumaczeniu: nie udało mi się zebrać porządnie wywiadu, więc zrzucam odpowiedzialność na was. Miłego wyjazdu, chłopcy :)

Ponieważ miejsce zdarzenia było naprawdę daleko, no i miałem jakieś złe przeczucia, poleciłem jazdę na szybko. Czyli błyskoteka, wyjce i cała naprzód.
Przypominam: wezwanie do bólu w klatce piersiowej, najpewniej zawał...
Wpadamy na podwórko, potem do chałupy.

Widoku, jaki się nam ukazał, nie zapomnę nigdy:
na podłodze pokoju leży facecik, wyjący z bólu jak potępieniec. Na brzuchu ślady bieżnika opon, jakieś duże, tak na oko. Więc pytam:
- Co dolega, co boli?
- Uuuuuuu... wszystko, panie wszystko!!!
- A od kiedy tak jest?
- A od kiedy mnie traktor przejechał!!!
Ból w klatce, nieprawdaż....
Sytuacja była poważna, choć groteskowa.

Nasz Dziadunio kierował pojazdem rolniczym. Nawalony jak szpak. A że ciągnik nie zapewnia dawki adrenaliny podobnej do prowadzenia Ferrari, usnął sobie słodko na siedzeniu...
I wypadł prosto pod to wielkie kolisko z tyłu ciągnika.
Rodzina była oczywiście również zanietrzeźwiona tak solidnie, że zorientowali się w sytuacji dopiero, kiedy traktor zatoczył na polu wielkie koło i wracając do domu walnął w ścianę stodoły.
Wtedy rozpoczęto poszukiwania pechowego operatora.
I tu zaczyna się piekielnie skuteczna pomoc medyczna ze strony rodziny...

Znaleźli. Wydłubali wbitego w pole dziadka ŁOPATAMI...
Trzymając za połamane i zwichnięte kończyny donieśli do domu.
A tam, najpierw wezwali karetkę, podając jedyny powód wezwania, jaki pamiętali. Bo jak sąsiad tak wzywał, to przyjechali, więc działa.
I - jako, że dochtór miał przyjechać - trza było dziadka wyszykować...

Kiedy weszliśmy, jedna osoba próbowała oskrobać mu oblicze brzytwą, na sucho, druga polewała powstałe rany wodą kolońską "Czar pegeeru", zaś dwie kolejne w pocie czoła prostowały powykręcane nogi celem upchnięcia ich w nogawkach świątecznych (do szpitala w końcu jedzie, do miasta) portek...
Byli tak zapamiętali w dziele przerabiania biedaka na modela, że musieliśmy siłą odsunąć ich od ledwo żywego z bólu człowieka, żeby unieruchomić pogruchotane kończyny i podać środki przeciwbólowe...
Udało nam się pozbierać pechowego traktorzystę.

Niestety, historia bez happy endu. Na skutek wielomiejscowych złamań miednicy i kończyn, starszy pan zmarł w szpitalu, na stole operacyjnym...
Do dziś nie wiem, na ile przyczyniła się do tego fachowa i pełna oddania pomoc, jaką otrzymał od najbliższych...
Na moją wyobraźnię działa zwłaszcza obrazek podważania dziadka łopatami, celem wydobycia z dziury w glinie...

by hellraiser

<<< W poprzednim odcinku


Oglądany: 75425x | Komentarzy: 30 | Okejek: 235 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało