Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Piekielne autentyki VII

61 552  
202   11  
Mały zestaw zabawnych historyjek z życia wziętych - po raz siódmy.

Wystawiłem niedawno na sprzedaż wersalkę. Wszystko opisałem i podałem, że jej transport można uzgodnić, wysyłając do mnie wiadomość. Odezwała się pewna pani:

P: Witam. Jestem zainteresowana zakupem wersalki i chciałabym uzgodnić jej wysyłkę.
J: Witam. Zaraz sprawdzę koszt na stronie internetowej firmy kurierskiej i Pani napiszę.
P: Nie, nie, nie. Wolę zwykłym listem.

Aha.

by stepyakermanskie

* * * * *


Mój kolega jest obecnie na studiach informatycznych. Dzisiejszą historię opisuję ja, ale z jego pełną aprobatą. Otóż dorabia on tworzeniem stron internetowych - jego klienci wiedzą, że wciąż się uczy i stąd niskie ceny, ale większość jest z efektów zadowolona.

Ostatnio jeden pan nie był. Może się zdarzyć i kolega zawsze wykonywał poprawki, stosował się do wszelkich uwag, w razie problemów szukał pomocy u kumpli z roku wyżej i nierzadko siedział nad projektami do nocy. Tym razem jednak za nic się spasować strony nie udało - zły kolor, zła czcionka, zły układ, złe fotografie (to mnie ubawiło, bo zdjęcia klient dostarczał osobiście) i ogólnie to nie tak miało być.

Jakie pan zaproponował rozwiązanie?
"Ja panu nie zapłacę!"
Uprzejme to było, ostatecznie kolega trochę czasu poświęcił (nie ma w zwyczaju brać zaliczek, ale po raz pierwszy go to kosztowało tyle nerwów), no ale pan zdecydował. No to klasyczna formułka, że strona nie będzie dostępna, dostarczone zdjęcia kolega usunie itd. Reakcja?
"Ha! A to pan informatyk i pan nie wie, że Z INTERNETU NIC SIĘ NIE DA WYMAZAĆ?! Ta strona zostaje, choćby się pan nie wiem jak starał, hahahahaha!"

No cóż. Kolega kliknął parę razy myszką i magicznie usunął stronę spod adresu, pod jakim miała być dostępna. Teraz czekamy na reakcję :)

by Leme

* * * * *


Jestem kontrolerem biletów.

Historia którą chciałbym opowiedzieć miała miejsce kilka lat temu. Jeden z kontrolerów ujawnił w autobusie turystę z Japonii, który nie posiadał biletu. Wysiadł z nim na przystanek po czym wziął od niego "w łapę". Kilka dni później wyleciał z pracy. Wpadł w bardzo głupi sposób.

Japończyk kilka dni później poszedł do punktu obsługi pasażera zgłaszając, że chce dopłacić resztę pieniędzy, ponieważ wyczytał w internecie, że kara wynosi ponad 100zł, a kontroler wziął od niego za mało.

by OkrutnyKanar

* * * * *


Niedawne zakończenie kariery przez Latający Cyrk Monty Pythona przypomniało mi jedną historię.

Było to lat temu niemal równo trzy, w czasie, kiedy wraz z lubą postanowiliśmy zmienić miejsce zamieszkania.
Pan właściciel dotychczasowego mieszkania [R]afał nie mógł przez jakiś czas zrozumieć, dlaczego nie chcemy zostać w 35 metrowej kawalerce po jego "propozycji" podniesienia ceny wynajmu do 1500 zł (standard późny PRL), tylko wynosimy się do 45 metrowego, dwupokojowego mieszkania za 1300 w dużo lepszej lokalizacji. Dzwonił, jęczał, proponował remont, cudował - ale byliśmy nieugięci ;). No, oczywiście obniżki nie zaproponował.

Po tym, jak dosyć dosadnie wyjaśniłem mu, jakie są stawki rynkowe w zestawieniu ze standardami zdecydował, że przeprowadzi remont przynajmniej łazienki, żeby mieć lepszą podstawę do dojenia nowych lokatorów.
A niech mają. Przynajmniej wanna nie będzie mieć tendencji do przewracania się.

Poprosił więc o możliwość zwymiarowania łazienki przez robotników. Akurat w pustostanie obok był generalny remont, więc dogadał się z tamtą ekipą, że i u niego ogarną.

Mieliśmy wtedy na tego gościa straszną alergię - po tym, jak co miesiąc przyjeżdżał osobiście po czynsz, robił niezapowiedziane wizyty np. w niedzielę o 7 rano, a nigdy nie wychodził od nas wcześniej niż po godzinie nie dając faka na czynione aluzje, nie chcieliśmy go oglądać i słuchać jego p...olenia. Zgodziliśmy się więc na wejście jego i robotników pod naszą nieobecność, w końcu to tylko wymiarowanie, obiecał, że żadnego syfu nie narobią, będzie pan zadowolony.

Ależ były z nas naiwne łosie...

Z [R] umówiłem się na najbliższy piątek, pasowało nam obu, bo dorabiając wraz z lubą jako obsługa DJ-ska mieliśmy roboczy wieczór, ekipa też wtedy mogła - ustawiliśmy się więc tego dnia rano, dałem [R] klucze do mieszkania, na ich zwrot już się nie umawialiśmy, bo wyprowadzaliśmy się dwa dni później, poradzimy sobie z jednym kompletem.

Z pracy wróciliśmy późno w nocy - jakoś o drugiej, czy trzeciej. Otwieramy drzwi posiadanymi kluczami, a tu zonk - nie otwierają się. Znaczy nie to co myślicie, nie zmienił zamków, zamki działają, ale drzwi mimo tego ani drgną.
Przez chwilę myślałem, że może wychodząc trzasnęli drzwiami, przewrócił się wieszak i podparł drzwi... no ale to powinny się uchylić choćby na parę centymetrów, a tu nic.
Metodą badawczą ;) poprzez pchanie drzwi na różnych wysokościach ustaliliśmy, że... są zamknięte na dodatkowy zamek! Taki bardzo nisko, na wysokości kolan, zamalowany farbą na mać, nigdy nie używany.
I jedyny, do którego nie mieliśmy klucza. Mimo późnej pory wykonałem kilka szybkich prób połączenia z [R]. Bezskutecznych.
Decyzja - wyłamujemy zamek. Po kilku celnych kopach poddał się... no, nie tyle zamek się poddał, co futryna - został z niej wyrwany cały metalowy element (ta obejma, w którą wchodzi "język" zamka) i niewielki kawałek drewna.

Nieważne, trochę hałasu, w zasadzie bardziej to wszystko zabawne niż piekielne, jesteśmy w środku, drzwi normalnie działają. Idziemy spać. Nad okrutnym syfem, jakiego brudnymi buciorami narobili robotnicy (i czemu w sypialni, całkiem nie po drodze do łazienki?) nawet nie chce mi się rozwodzić.

[R] zadzwonił do mnie następnego dnia, kiedy byłem w tramwaju. Przytaczam stenogram z rozmowy, wersja skrócona.

[R] Panie Badlin, dzwonił Pan?
[Ja] Tak, w nocy. Zamknął Pan drzwi na dodatkowy zamek, do którego nie mieliśmy klucza, musieliśmy wyważyć drzwi. Futryna jest lekko uszkodzona.
[R] Ojeejejejejejej, a bardzo? (gówno się przejął nami, bardziej futryną)
[Ja] Nie bardzo. Kawałek drewna jest wyrwany, podejrzewam, że da się to nawet od biedy zaszpachlować.
[R] Oj, niedobrze, to mógł Pan zadzwonić do mnie. (Przeczytajcie teraz pierwsze zdanie tej rozmowy). A czy mogę teraz podjechać obejrzeć drzwi?
[Ja] Niestety, teraz nas nie ma.
[R] Aha. A wieczorem?
[Ja] Wieczorem też nie. Pracujemy.
[R] Aha, aha. A bardzo drzwi są uszkodzone?
[Ja] W ogóle drzwi nie są uszkodzone. Futryna jedynie lekko. Drzwi są sprawne.
[R] Aha, aha. A dziś mógłbym podjechać?
[Ja] Już mówiłem, że nas nie ma.
[R] A wieczorem?
[Ja] Wieczorem też nie. Pracujemy.
[R] Aha, aha. A bardzo drzwi są uszkodzone?
[Ja] W ogóle drzwi nie są uszkodzone. Futryna jedynie lekko. Drzwi są sprawne.
[R] Aha, aha. A dziś mógłbym podjechać?
[Ja] Już mówiłem, że nas nie ma.
[R] A wieczorem?

Nie, nie zapętlił mi się tekst.
Rozmowa składająca się z powyższych IDENTYCZNYCH pytań i odpowiedzi trwała na trasie tramwajowej od CH Arkadia do metra Pole Mokotowskie. Kto wie, ten wie. Kto nie wie - 15-20 minut.

Po którymś obrocie tej debilnej konwersacji (?) nie wytrzymałem i krzyknąłem do słuchawki:
[Ja] Panie Rafale, czy Pan mnie kur.. słucha? Drzwi nie są uszkodzone, nie ma nas dziś, nie ma nas jutro, jak pan chce to Pan podjedzie sam, gówno mnie obchodzi!
[R] Aha, aha. Panie Badlin, ja przepraszam, to ja może podjadę wieczorem jak będziecie (!!!!!!!!!!!!!!), a w ogóle to zamknąłem drzwi na ten dolny zamek, bo myślałem, że to klucz od piwnicy.

Tak. Serio.
Po tym zdaniu, mój mózg stanął. Zrobił reset. Stanął. Zrobił reset.
Po dłuższym milczeniu po prostu się rozłączyłem, bo poczułem, jakby mi coś wyłączyło tak z 80% procesów, więc reszty mózgu potrzebowałem na krążenie i oddychanie.
W tym momencie naprawdę nie obchodziło mnie, czy przyjedzie, kiedy, czy wtedy będziemy itd.

Przyjechał dopiero w niedzielę wieczorem, kiedy się wyprowadzaliśmy.
Byliśmy z nim umówieni na konkretną godzinę na oddanie kluczy i kaucji, przyjechał półtorej godziny za wcześnie. Mojej lubej aż się ręce trzęsły, bo w czasie, kiedy ja nosiłem graty z 4 piętra bez windy na dół, ona odkurzała - a ten łoś stanął centralnie nad nią i patrzył.
Ogarnianie zajęło nam tyle, ile przewidywaliśmy, czyli po półtorej godzinie padliśmy bez ducha na krzesłach w kuchni, aby odsapnąć.
[R] w międzyczasie poszedł odwiedzić kolegę klatkę obok, więc jak wlazł do mieszkania, wniósł śliczne błoto na butach na świeżo odkurzane i myte podłogi w przedpokoju i kuchni. Mówię Wam, zmęczenie skutecznie studzi instynkt mordercy, inaczej pisałbym z Rakowieckiej albo innego miejsca odosobnienia.
Siadł. Zapalił papierosa. Popatrzył.

I p...olnął:
[R] Co, panie Badlin, wyprowadzacie się?

Luba rozpłakała się ze śmiechu i wybiegła na korytarz.

Ja, ze stoickim spokojem, wyjąłem wypowiedzenie umowy, klucze, położyłem na stole i odwarknąłem:
[Ja] Nie, panie Rafale. Nudzi nam się i tak sobie rzeczy po schodach nosimy.

Żartu nie złapał. Groźby w nim zakamuflowanej także.
Bo gdyby złapał groźbę, nie byłoby jego kolejnym, takie oto zdanie:
[R] Panie Badlin, no bo sprawa jest taka, że te drzwi zniszczone... to byście mi coś dopłacili na naprawę.

Uwierzcie, jak teraz to piszę, to po 3 latach pięści zaciskają mi się na klawiaturze.
Dlaczego go nie zabiłem tam, nie wiem. Wrzasnąłem jednak taki bluzg, że luba wraz z bratem, który nam pomagał, przybiegli w kilka sekund z parteru na 4 piętro. Poważnie, myśleli, że coś się dzieje.

Wziąłem od niego kaucję, co do grosza, powiedziałem "do widzenia" i wyszedłem. Padał deszcz, nasze rzeczy ledwo się mieściły pod daszkiem, my wcale, ale wolałem zmoknąć, niż siedzieć z tym kretynem jeszcze przez chwilę.

Po paru minutach, kiedy już podjechało auto przeprowadzkowe, [R] zszedł na dół.
I zapytał, podsumowując ten dzień i poprzedzające go wydarzenia:
[R] PANIE BADLIN, CZY PAN MA DO MNIE JAKIŚ ŻAL?

Nie, panie Rafałku. Nie. Opuszczam pana absolutnie BEZ ŻALU.

by badlin

* * * * *


Nie stać cię na szminkę Chanel? Nie szkodzi. Idź do drogerii, odgryź kawałek testera szminki i wyjdź ze sklepu ze szminką przemyconą w ustach. O.o

by glamglam

* * * * *


Lisica81 przypomniała mi historię z mojej uczelni, choć w tym przypadku piekielny jest zarówno profesor jak i studentka.

Egzamin z XX wieku, temat niezwykle obszerny, do nauki dużo, a wiadomo czego się nie douczę to "dowyglądam". W myśl tej zasady studentka V(!) roku przychodzi na egzamin ubrana w kabaretki, bardzo krótkie spodenki i bluzkę z dużym dekoltem. Weszła, usiadła i czeka na pytania (egzamin był ustny), a profesor wstaje i zaczyna rozpinać spodnie. Dziewczyna w szoku, a profesor spokojnie mówi:
- Skoro pani do mnie przychodzi w samych majtkach, to czemu ja mam tak nie egzaminować?

Dziewczyna miała wrócić jak się przebierze :)

by Fantasmagoria7

* * * * *


Wiedziałem, że podczas najbliższego ślubu spotkam się w pracy z kumplem - kamerzystą. To nie pierwszy raz, gdy mieliśmy obsługiwać tą samą imprezę, więc byłem zadowolony, że będzie z kim w przerwach pogadać.

Na miejscu okazało się, że zamiast kumpla z kamerą gania jakiś mocno starszy koleś. Później dowiedziałem się, że "mojego" filmowca Młodzi uznali za zbyt drogiego i obsługę video zamówili u jakiegoś znajomego znajomego znajomego.
Gdy po miesiącu spotkałem się z Młodymi by oddać gotowe albumy ze zdjęciami, Młoda dziękowała mi prawie na kolanach, bo zdjęcia będą ich jedyną pamiątką - pan kamerzysta miał zacięcie piosenkarskie i podczas całego wesela śpiewał, nucił, mruczał, itp., do każdej melodii granej przez zespół. Głosu nie miał wcale.
Śpiewał także w kościele...

by fotopstryk

* * * * *


Historia z czasów, gdy moja mama była nastolatką. Jej ojciec, a mój dziadek władał językiem niemieckim i, co ważniejsze, zawsze potrafił walnąć ciętą ripostę w odpowiednim momencie. Pewnego dnia, obydwie te umiejętności bardzo mu się przydały.

Gdańsk, plac w pobliżu Dworu Artusa. Niedaleko stało dwóch Niemców, komentujących głośno zabytek.

- Zobacz, widać że to wytwór niemieckiej kultury, a nie tych wieśniaków z Polski (czy jakoś tak).

Słysząc to, mój dziadek błyskawicznie się obrócił i zripostował po niemiecku:

- Tu niedaleko, jest również inny wytwór niemieckiej kultury - obóz koncentracyjny Stutthof.

by Gaja_Z_czekolady

* * * * *


Historia apteczna, może bardziej śmieszna, niż piekielna, choć dla wiekowego pana magistra za ladą, kto wie... ;)

Zdarzyło się, że wieczora pewnego zadzwoniło do mnie dziewczę, z prośbą, czy przed wpadnięciem do niej (celem wspólnego wyjścia) nie kupiłbym w aptece czegoś na zwalczenie lub przynajmniej zamaskowanie obiektu opryszczkopodobnego, który wyskoczył jej na wardze - no bo jak to tak, tu do znajomych, impreza, a ona taka potworna. A apteki koło niej brak. Wpadłem więc, i owszem, koło mojego mieszkania dyżurowała jedna apteka (godzina była relatywnie późna).

Apteka typowo z lat 90. Stare plakaty leków na ścianach, wszystko w drewnie, szpitalne gabloty na leki. Za ladą starszy, siwiuteńki pan magister właśnie kończył obsługiwać jakąś panią. Przede mną w kolejce ustawione już były 2 osoby, płci męskiej, ze mną również wchodził jeden. Przedział wiekowy wszystkich nas czterech, mniej więcej 23-28.

Osobnik numer 1, ewidentnie z nas najmłodszy, obejrzał się przez ramię i teatralnym szeptem zażądał prezerwatyw. Przysłowiowa brewka nie pykła. Nikomu. Oprócz szanownego pana magistra, któremu pykły obie. Dość obcesowo wypytał o rodzaj prezerwatyw i z wyrazem ewidentnego potępienia na twarzy, podał chłopakowi.

Facet nr 2 podał tylko receptę, bez słowa. Pan magister, spojrzał, przeczytał, uniósł głowę i zapytał głosem, którym z powodzeniem mógłby przemawiać któryś z archaniołów, przybywających zgładzić mamusię Ziemię i ogłosić Sąd Ostateczny:
- Tabletki antykoncepcyjne?!
- To dla żony, lekarz przepisał...
Tabletki zostały sprzedane, a mina pana magistra przedstawiała żywą pogardę dla "tej współczesnej młodzieży".

Walcząc z samym sobą, by nie wybuchnąć śmiechem, podszedłem do okienka i poprosiłem o coś, na opryszczkę, bo dziewczyna się nabawiła...
To... mógł nie być najlepszy pomysł. Pan magister zrobił się czerwony w okolicach oblicza, nazwę leku i jego cenę wręcz wysyczał. Miałem wrażenie, że gdyby nie oddzielająca nas lada, wyrzuciłby mnie z apteki.

Historia może nie byłaby ciekawa w żaden sposób (może i nadal nie będzie), ale... zatrzymałem się w okolicach wyjścia z apteki, by schować resztę do portfela. I usłyszałem. Usłyszałem, jak chłopak, jeden jedyny, który został w aptece po mnie zamawia. Zamawia wazelinę.

Nie chcę wiedzieć co się działo w aptece. Ja wytoczyłem się na zewnątrz i postanowiłem pośmiać się chwilę pod murkiem. Tak z 15 minut...

by PiotrusPan

<<< W poprzednim odcinku


Oglądany: 61552x | Komentarzy: 11 | Okejek: 202 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

17.09

16.09

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało