Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Piekielne autentyki III

62 076  
202   13  
Nazwisko brzmi lekko z niemiecka, aleTych co lubią poczytać, zapraszamy na trzecią część historyjek z życia wziętych.

Mój dziadek ze strony taty był z pochodzenia Żydem. Poza 1/4 genów odziedziczyłem po nim dość charakterystyczne nazwisko. Nazwisko brzmi lekko z niemiecka, ale...


...osoba choćby minimalnie świadoma historii i języka polskiego od razu skojarzy, że nazwisko jest żydowskie. Dla mniej świadomych tłumaczę, że gdybym był z tego portalu, to nie nazywałbym się Piekielny czy Piekielski, ale raczej na przykład Piekielbaum czy Piekielberg ;-)

Choć od urodzenia mieszkałem w Warszawie, z różnych rodzinnych przyczyn chrzczony byłem zupełnie gdzie indziej - w rodzinnym mieści moich dziadków ze strony mamy. Mogłem oczywiście załatwić sprawę korespondencyjnie, ale że akurat byłem niedaleko, zajechałem do miasta P., aby sprawę załatwić. Idę do właściwej parafii, pukam do kancelarii, wchodzę - widzę, że ksiądz (młody człowiek, pewnie niedługo po trzydziestce) rozmawia z jakąś starszą panią o wyglądzie typowo moherowym. Właściwie - nie tyle rozmawia, co z dość jednoznacznie udręczoną miną wysłuchuje jakiejś tyrady. Przeprosiłem i chciałem się wycofać, aby poczekać na korytarzu, ale ksiądz z naciskiem powiedział, żebym wszedł, bo on JUŻ KOŃCZY. Wyglądało na to, że uratowałem go od konieczności dalszego słuchania tyrad tej pani.

Mówię zatem o co chodzi, ksiądz z wyraźną ulgą siada do komputera (tak, już wtedy w większości parafii kancelaria była "wrzucona" do komputera, nie trzeba było szukać w księgach, wystarczyło znaleźć i wydrukować). Podaję rok urodzenia i nazwisko...

...I w tym momencie moherowa babcia (która cały czas siedziała na krześle obok) uniosła wysoko brwi i wygłosiła w stronę księdza (mnie nawet nie zaszczycając spojrzeniem):

- No ja nie wiem, proszę księdza! Przecież to chyba nie jest POLSKIE NAZWISKO!

Mnie w tym momencie szczęka lekko opadła, ksiądz popatrzył najpierw na panią z miną męczennika, potem na mnie z miną typu "Sam pan widzi, co ja tu mam..." - i nic nie mówiąc wrócił do przygotowywania zaświadczenia.

Ale babcia nie dała za wygraną. – To nie jest POLSKIE nazwisko, ja księdzu mówię, znam się na tym! Ja nie wiem, czy to tak można po prostu dać papierek! Ja myślę, że to trzeba chyba do biskupa zgłosić! (...i tak dalej, i tak dalej).

Już nabierałem powietrza, żeby powiedzieć babci co myślę (a nie byłoby to miłe), ale ksiądz nie wytrzymał pierwszy. Ochrzanił babcię (choć, muszę przyznać, w sposób kulturalny) i kazał jej "opuścić lokal". Babcia wyszła, wielce obrażona, rzucając jeszcze na odchodnym że "ona się proboszczowi poskarży", co ksiądz skwitował krótkim "Powodzenia".

Po wyjściu babci ksiądz kończył papierki, wydrukował, podpisał, pieczątkę przybił - ale widziałem, że jest wkurzony. Chcąc rozładować sytuację, powiedziałem żeby się nie przejmował, bo ludzie są różni, jak wiadomo, po czym dodałem pół-żartem:

- No, ale w sumie ta pani miała rację, to faktycznie nie jest polskie nazwisko...

Na co ksiądz popatrzył na mnie zmęczonym wzrokiem i powiedział:

- A wie pan, jak ta pani się nazywa? Z domu Schimdt, po mężu Schwarzmüller. I używa obu nazwisk.

Myślałem że się uduszę ze śmiechu.

by janhalb

* * * * *


Kilka historii przejazdowych:

I.
Policja nie ma odpowiednich protokołów w razie "W". Kiedy dochodzi do wypadku na przejeździe kolejowym wszystko jest wpisywane w zwykłe protokoły "drogowe" gdzie udział biorą dwa pojazdy drogowe. Biorą się z tego ładne kwiatki.

Policjant: Jaki jest numer rejestracyjny pojazdu?
JA: ET 22 1234 .
P: Dobrze. Muszę wpisać w protokół pojemność silnika.
Ja: Ale tu są silniki elektryczne.
P: To może pomińmy tę rubrykę. To jaka jest moc silnika?
J: Jednego czy wszystkich?
P: Eee? Ogólnie.
J: 3 000 kW.
P: Eee? Dobra, nieważne. Jaka tu jest skrzynia biegów?
J: Przekładnia elektryczna. Skrzyni jako takiej brak.
P: EEE? Nie, ja się poddaję. Tu nic nie pasuje.

II.
Środek dnia, widoczność piękna. Na przejeździe obowiązek zwolnienia dla pociągu do 20km/h, więc zwalniam. Gdzieś tam z prawej widzę podjeżdżający samochód. Zbliżam się już do przejazdu, prędkość 18km/h, patrzę a tu kobitka civic'em pakuje mi się pod zgarniacz. Trudno się mówi, sygnał, hamowanie nagłe i czekamy aż 2 400 ton się zatrzyma...

kilkanaście sekund i kilkadziesiąt metrów dalej...

Schodzę z lokomotywy zobaczyć czy babsko żyje. Nie zdążyłem zejść z drabinki gdy dolatuje mnie jej piękny skrzek:
- Ja na policję zadzwonię. Ty powinieneś siedzieć, a nie na ludzi polować. Byłam z prawej strony!
- Policję już wezwałem (taki obowiązek). Niech mi pani powie czy wszystko w porządku? Jechała pani sama?
A ta dalej swoje. Olałem ją i idę sprawdzić samochód. Daleko nie miałem, cały czas trzymał się zgarniacza. Na szczęście jechała sama, natomiast po tym jak się darła i latała w koło, wywnioskowałem, że jednak jest cała.
Przyjechała policja, komisja się zebrała. Pora wysłuchać uczestników. Pani opowiada pierwsza:

- Jechałam sobie do domu, dojeżdżam do przejazdu. Pociąg miał mnie z prawej i do tego zwolnił, więc jadę. A ten w tym momencie zaczął trąbić, no ale przecież miałam pierwszeństwo to jadę. A on jak przyspieszył i łup we mnie. To psychopata jakiś! Zabierzcie go! Pewnie pijany jest!
Już nawet nie musiałem opowiadać swojej wersji ;p

Nie żebym miał coś do kobiet na stanowiskach albo za kółkiem, ale mam po prostu do takich agentek szczęście.

by PeKaPista

* * * * *


Sytuacja może sprzed roku. Ostrzegam - mięcho latało w ilościach hurtowych.

Wybrałem się do małego marketu po większe zakupy. Towary wybrane, idę więc do kasy. Czekam więc na moment zwany "pożegnanie z forsą", kiedy zauważam że kolejka przesuwa się dość wolno. Co widzę? Przy kasie siedzi chłopaczek, uwija się jak w ukropie, ale widać, że pracuje od niedawna, bo niezbyt składnie mu to idzie. Przede mną stoi facet z żoną. Coraz bardziej się niecierpliwi i coraz głośniej zaczyna tę niecierpliwość okazywać. Im bardziej żona go ucisza, tym gość bardziej się nakręca. Przychodzi jego kolej. I się zaczyna:

[Facet z kolejki]: Co k...a kaleko? Nie umiesz tego szybciej robić? Tu ludzie czekają!
[Kasjer]: Przepraszam, dopiero się uczę.
[FZK]: A co mnie to k...a obchodzi?! Masz ruchy jak pedał! Wiesz ciotuniu jak na takich jak ty mówią w kryminale? Cwel. A wiesz co z takimi robią? (Tu opis zbiorowego gwałtu na współwięźniu).
[K]: Proszę przestać mnie obrażać, bo będę zmuszony wezwać ochronę.
[FZK]: K...a! Jeszcze frajer! Chodź ciotuniu przed ten burdel, pogadamy jak faceci. K...a, no... za...bię go, no... Ochroną będzie mnie straszył!

Faktycznie, zbliża się ochroniarz, kiedy z kolejki pod drugą kasą rozlega się głos drugiego, całkiem niepozornego faceta:

[Facet2]: Te, te, obrotniak! Weź się od....dol od małolata, co? A gdzieś ty siedział, że taki obcykany jesteś? No pytam się, na razie grzecznie: gdzie siedziałeś?
[FZK]: Pan do mnie to mówi?
[F2]: Nie, k...a, obok ciebie. Pytam się cieciu pi.....ny, gdzie siedziałeś? Chcesz wyjść, to chodź, ale k...a ze mną, a do małolata hamuj. Zbieraj te manaty i chodź, będę czekał przed wejściem. Pogadamy sobie kto gdzie siedział.
[FZK] (panika w oczach): Sądząc po pana języku, to na pewno pan właśnie więzienie opuścił, ja do pana nic nie mam, ja nie chcę kłopotów.
[F2]: Kłopoty to już masz szmato.
[FZK] (do ochroniarza): Ja rezygnuję z zakupów, proszę nas wyprowadzić, nasz samochód stoi...
[F2]: Idź, idź. Ale ja cię kojarzę. Ty jesteś z X (nazwa dzielnicy), to wiesz, oglądaj się tam za siebie, bo różnie bywa.

Facet płaci za to, co kasjer zdążył skasować (grzecznie pytając o cenę) i w obstawie ochroniarza opuszcza sklep. Chłopaczek na kasie oczy jak pięciozłotówki, wtedy zauważam, że facet z drugiej kolejki rozmawia z jakąś kobietą. Jego wypowiedź:

[F2]: Proszę pani, ja nie byłem święty, kraju że tak powiem trochę zwiedziłem. I z całym szacuneczkiem do pani, ale w...wia mnie, jak chłopaczyna chce sobie uczciwie dorobić, a taki cieć fika i zgrywa wielkiego garusa. Ta... siedział. Na kiblu chyba proszę pani. Nie... ja już się w takie rzeczy nie bawię, mnie wystarczy, że tak powiem przygód. Ale kiedyś trafi na takiego, co mu tak pysk skuje, że nie będzie wiedział gdzie góra, a gdzie dół.

W uzupełnieniu dodam, że facet naprawdę nie wyglądał na gościa z "bogatą" przeszłością. Dobrze ubrany, ogolony, fryzura normalna.

by LTM87

* * * * *


Siedzimy w domu we trójkę: moja narzeczona; Karol - dzieciak z zespołem Downa (którym moja luba opiekuje się, gdy jego rodzice są w pracy) i ja.
Dzwonek do drzwi. Otwieram i widzę panią w wieku ok 40 lat, z jakimiś papierkami w ręku. Generalnie typowa "(D)omokrążczyni". Kto mieszka w bloku ten wie - a to świadkowie Jehowy nawracają, a to jacyś "zieloni" ratują pandy, albo inni co zbierają na [tu wstawić dowolny cel]. I owa pani też zaczyna klepać wyuczoną formułkę:

D: - Dzień dobry, pomagamy dzieciom z upośledzeniem umysłowym, czy mógłby pan...
J: - Oczywiście, zapraszam do środka!
Pani trochę zdziwiona moim entuzjazmem wchodzi "na pokoje", ja proszę, żeby usiadła i zaczynam ją podpytywać, żeby zorientować się, czy faktycznie reprezentuje jakąś organizację dobroczynną, czy też jest to kolejna ściema celem wyrwania kasy od naiwnych. Oczywiście po kilku zdaniach widzę, że pani bladego pojęcia nie ma o temacie. Mało tego, nie potrafi nawet powiedzieć, kto ją przysyła. Wobec tego postanowiłem się trochę pobawić. A oto rozmowa:

J: - Naprawdę jestem bardzo zadowolony, że pani przyszła.
D: - No wie pan, staramy się pomagać...
J: - Świetnie! Co może nam pani zaoferować?
Domokrążczyni lekko się zmieszała i zaczyna nerwowo wertować papiery. Nie wiem, ściągę na nieprzewidziane sytuacje miała czy co?
D: - Bo wie pan, każdy grosz się liczy...
J: - Doskonale to wiem, droga pani, jestem wdzięczny, że proponuje nam pani pomoc.
D: - Ale...
J: - Oczywiście cudów się nie spodziewam, ale idzie wiosna, a syn (usynowiłem Karola na czas rozmowy) wyrósł z kurtki, więc chętnie przyjmiemy pomoc.
D: - Ale to my przyjmujemy pomoc, a nie dajemy! - Pani najwyraźniej puściły nerwy.

W tym momencie z drugiego pokoju wyszedł Karol. Pani spojrzała na niego, na mnie, znów na niego i nagle zerwała się z kanapy.
D: - To ja nie będę państwu przeszkadzać!
I wyrwała na korytarz.

by d1ler

* * * * *


Pisałem już, że dosyć młodo wyglądam, a dodając fakt, że nie noszę nigdy zarostu (poza jedno/dwu-dniówkami kiedy zwyczajnie nie zdążę), to często okazuje dowód osobisty.

Postanowiłem skosztować nieco lepszego alkoholu, więc wybrałem się do sklepu na zakupy + srebrną Olmece. Stoję przy kasie, poprosiłem o butelkę trunku i czekam dłuższą chwilę, w której pani obejrzała mnie od stóp do głów (każdy zna to spojrzenie chyba). Ja czekam, ludzie w kolejce coraz bardziej zniecierpliwieni. Powtórzyłem prośbę - brak efektu. W końcu pani wypaliła:

- Pokażesz wreszcie ten dowód?
- Nie prosiła pani, żebym pokazał.
- To ja mam cię jeszcze PROSIĆ??!!

by fireman

* * * * *


Moi rodzice mają dom na dużym terenie leśnym, do którego wiedzie szeroka droga z bramą. Tuż za bramą - cztery miejsca parkingowe "jak by więcej gości było". Ojciec idzie do sklepu po fajki - na miejscu parkingowym parkuje Golf. Panienka wysiada i bez słowa mija mojego Ojca i wychodzi przez bramę w nieznanym kierunku.
Ojciec: - Przepraszam, pani do kogo?
Panienka: - E?
O: - Pani do kogo? Zaparkowała pani na moim terenie.
P: - Panie, las jest wszystkich! - I poszła.

Ojciec poszedł po fajki. Wrócił i zwyczajnie zamknął na klucz bramę. Mimo, że od bramy do domu jest jakieś 100 czy 150 metrów, ojciec paląc papierosa na werandzie wyraźnie słyszał wrzaski panienki próbującej odzyskać Golfa.

Wiedzieliście, że słowa "przepraszam, czy mogę zostawić tutaj swój samochód na chwilkę" są magicznym kluczem do kłódki Gerda?

by kmdr

* * * * *


Historia sprzed kilkunastu lat.
Mam koleżankę, którą wychowywał dziadek. Mieszkali w kilkupiętrowej kamienicy. Antena tv była oczywiście na dachu. Co jakiś czas, czy to z powodu wiatru, czy innych sił, antena przekręcała się i obraz w telewizorze zaczynał "śnieżyć". Dziadek koleżanki szedł wtedy do mieszkającego po sąsiedzku żulika - pana (M)iecia, dawał mu na flaszkę, pan Miecio wchodził na dach i poprawiał antenę. Wszyscy byli zadowoleni.

Któregoś dnia dziadek wracając do domu usłyszał rozmowę pana Miecia i jego kolegów, "okupujących" murek przy śmietniku.

M: - ... i jak mi zbraknie na flaszkę, to idę na dach, przekręcam antenę i niedługo ten spod 9 przychodzi, żeby mu ją poprawić. I interes się kręci.

Dziadek kupił antenę satelitarną i zamontował za oknem. Interes przestał się kręcić.

by d1ler

* * * * *


Idę sobie spokojnie do pracy. W pewnym momencie zaczepia mnie pewien [P]an idący o dwóch kulach.

[P] - Przepraszam bardzo, gdzie jest ulica Dziewińska 91?

Ogólnie zdębiałem - mieszkam około 20 lat na tej ulicy, praktycznie na jej samym końcu i nigdy nie spotkałem takiego numeru. Tłumaczę więc, że na tej ulicy numery nieparzyste kończą się numerem 61 i jest to kamienica, [P] zaś chciał znaleźć Centrum Kształcenia, którego nigdy na tej ulicy nie było i nie ma.

[P] - Czyli znowu mnie PUP zrobił w ch*ja. Wie pan co, ja rozumiem wszystko. Ale ja się poruszam o dwóch kulach. I niech pan zgadnie gdzie mnie ostatnio wysłali - na kurs brukarski.

by chrisstofferr

* * * * *


Historia iście piekielna, opowiedziana mi jeszcze na studiach przez starszego kolegę, Laryngologa...
Wiecie co to jest zmęczenie śmiertelne? Na pewno wiecie.
To taki stan, kiedy człowiek się skupia na tak skomplikowanych czynnościach jak oddychanie, w oczach czuje tonę piachu i generalnie funkcjonuje na odruchach rdzeniowych. Dopóki nie zacząłem pracować i dyżurować, nie sądziłem, że coś takiego jest możliwe. Teraz jestem z tym zjawiskiem za pan brat, stąd wierzę opowieści Kolegi.

Dyżurował "za młodego" w Izbie Przyjęć. To takie piekielne miejsce, do którego schodzi się po nocy całkiem spora część społeczeństwa, przekonana o konieczności pokazania Doktorowi pryszcza na policzku czy pożalenia się, że od tygodnia napastuje go kleszcz w pośladku...
Tak koło 2 w nocy dyżurny - ten najmłodszy, bo to on trzyma wartę "na bramce" - ma już dość wszystkiego i nie kojarzy.

O tej właśnie porze w Izbie pojawił się tradycyjny pijak weekendowy. Pielęgniarki powiadomiły lekarza, że jest pacjent. Ten wstał, nie ubierał się - bo po północy już się nie opłaca zdejmować ciuchów - i z jednym otwartym okiem powlókł się obejrzeć ów dziw natury. Wchodzi, patrzy, siedzi kiwaczek z kompletnie krzywym nosem. Wniosek: złamany...
Niewiele myśląc, kolega podszedł i bez słowa złapał za organ powonienia, a następnie jednym zgrabnym ruchem ustawił go w pionie.
Pijak ryknął jak lew i rozdarł się:
- K....a, panie, ja tu z uchem przyszedłem!!!!
Na co kolega nie speszony tym, że właśnie bez znieczulenia nastawił stare złamanie, odparł:
- To nos masz pan gratis...

Zmęczenie to jednak straszna rzecz...
Ale pijak zrozumiał i nawet podziękował za podwójną procedurę.

by hellraiser

Oglądany: 62076x | Komentarzy: 13 | Okejek: 202 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

28.11

27.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało